wtorek, 27 czerwca 2017

Stephen King "Dziewczyna, która kochała Toma Gordona"

Wiem co powiecie.. Stephen King. Znowu. A ja nawet nie będę udawać, że mi przykro, ponieważ tak.. macie racje.. Stephen King. ZNOWU. Uśmiecham się pisząc to 'znowu'. Naprawdę. Pewnie dlatego, że za każdym razem kiedy pojawia się tu nazwisko Pana Kinga, to bardziej niż pewne, że mam za sobą cudownie spędzony czas, z cudownie napisaną książką, cudownego autora. Wiecie, że się trochę droczę. Przeciągam na siłę bzdurny wstęp. Udaję, że wiem co robię. Popełniam mnóstwo błędów dla zabawy. Piszę tak jak się pisać nie powinno. Ale tylko przez chwilę. Bo mogę. 


Jeśli jesteście tutaj nowi, musicie coś o mnie wiedzieć zanim zaczniecie czytać ten tekst (chociaż na dobrą sprawę zaczęliście go czytać jakieś pół minuty temu). Kocham Stephena Kinga. Tak. Powiedziałam to. Znowu. I nie myślcie, że to tylko takie gadanie. Nie. Ja NAPRAWDĘ kocham Stephena Kinga. Więc jeśli w trakcie czytania stwierdzicie, że coś ze mną nie tak.. że może trochę przesadzam, że jestem nieco.. nieco zbyt entuzjastyczna jeśli chodzi o książki Kinga, cóż.. zapewne macie racje. Dlatego przymrużcie jedno oko, a później drugie, i wiedzcie, że nawet nie próbuję przesadzać. 

Kto potrafi pisać książki o chodzeniu, które będą interesujące? Dam wam małą podpowiedź.. jego nazwisko zawsze zajmuje pół miejsca na stronie tytułowej.. zapewne dla tych, którzy usilnie próbują ignorować fenomen tego autora. Tak, to Stephen King. Człowiek, który zmusza nas do czytania książek nie mających prawa być ciekawymi, a jednak. Nie miałam pojęcia o czym będzie ta książka, wierzcie mi na słowo. Z natury nie lubię czytać opisów zamieszczonych na tyłach książek. Nie wiem dlaczego.. tak po prostu jest. Jednak zawsze w głowie czytelnika pojawia się wyobrażenie na temat danej książki. Pewnie dlatego sądziłam, że 'Dziewczyna, która kochała Toma Gordona' to książka o kobiecie, która wymyśliła sobie jakiegoś mężczyznę i zaczęła tracić rozum. Wiem, że się śmiejecie, wy, którzy czytaliście tą książkę. Powiem to raz.. nie miałam racji. Nie. To książka o dziewczynce zgubionej w lesie. Dziewczynce, która krąży i krąży, i krąży.. dziewczynce z walkmanem, zakochanej w Tomie Gordonie. Tak po prostu.

Kiedy zaczęłam czytać i doszło do mnie co tak naprawdę będzie się działo w tej książce, cóż.. w sumie nie miałam pojęcia co o tym myśleć. Jedną książkę Kinga o chodzeniu miałam już za sobą i nie byłam pewna czy jestem psychicznie przygotowana na kolejną tego typu historię w tak, mimo pozorów. krótkim czasie. Z drugiej strony.. czy na powieści Stephena Kinga można być psychicznie przygotowanym? Otóż nie. Nie jesteście w stanie przewidzieć co ten nieszczęsny pisarz znowu wymyśli. Ja przestałam bawić się w jasnowidza już dawno temu. To nie typ autora, który daje czytelnikowi to czego czytelnik pragnie. Nie. To typ autora, który napisze książkę tak jak chce z kilku powodów.. Bo może. Bo chce. Bo może. Bo chce. Więc jeśli nie lubicie czytelniczego dyskomfortu, nie polubicie się z Kingiem.. czy warto jednak zaryzykować? Oj, warto.

Przez pierwszą część książki działo się niewiele, ale jako czytelnik w Kinga już wprawiony, pozostawałam czujna. Wiem co on potrafi, wiem kiedy potrafi, i wiem jak potrafi. Dziewczyna zgubiła się w lesie. W porządku. Dziewczynka słucha meczów przez swojego walkmana. W porządku. Dziewczynka chodzi, płacze, więcej chodzi, myśli.. i ciągnie się to przez jakiś czas, i podoba się to nam bardziej niżbyśmy chcieli, i być może nawet tracimy na chwilę, na krótką chwilę czujność.. i wtedy wchodzi King i jego paranoje, które stają się naszymi. Nagle coś pojawia się w ciemności, i czujemy tego wzrok na sobie, chociaż nie powinniśmy, bo jak? To przecież tylko książka. Tylko książka. Tylko i wyłącznie książka. 

Ale dyskomfort pozostaje,
Pozostaje uczucie bycia obserwowanym.
Pozostaje niepewność.

To tylko King moi drodzy. Słaby taki ten autor. Pierdoły pisze, nie książki. To nawet nie jest prawdziwa literatura. Nie czytajcie.. nie warto. Dobrze.. koniec nieśmiesznych żartów. To tylko King moi drodzy czytelnicy, nic więcej.. to tylko historie takie jak ta, które sprawiają, że chcę więcej, i więcej, i więcej.. a to nawet nie jego najlepsza książka. Nie. Nie umieściłabym jej w czołówce moich ukochanych powieści mistrza. To tylko jedna z jego powieści, którą po prostu napisał, która została wydana i trafiła w końcu w moje ręce, w ręce czytelnika nieświadomego, zakochanego, wdzięcznego. Czasami coś nie musi mieć sensu, wiecie o tym? Literatura nie zawsze musi poruszać poważne tematy, nie zawsze musi być życiowa. Mam wystarczająco dużo życia i rzeczywistości wokół siebie. Czasami jestem wdzięczna, po prostu wdzięczna, za tego popaprańca i książki takie jak ta. Nie oceniajcie mnie za te bzdury i za to, że cóż.. kocham Stephena Kinga.

Może kiedyś nawet napiszę recenzję na temat książki, a nie list miłosny do autora.. może, ale nie czekajcie na to. 

piątek, 23 czerwca 2017

Klasyka nie gryzie #5: John Steinbeck 'Myszy i ludzie'

Od czasu do czasu w ręce wpada nam książka, o której dużo słyszeliśmy, ale tak naprawdę, niekoniecznie coś o niej wiemy. 'Myszy i ludzie' to już książka klasyczna, chociaż w porównaniu do innych klasyków, można określić ją mianem młodzika. Jeżeli będziecie chcieli (a wierzcie mi, będziecie chcieli) pożrecie tą książeczkę w ciągu jednego dnia. Nie powiem wam dlaczego. Tak po prostu się stanie. I będziecie niewiarygodnie zadowoleni.



Zacznijmy może od tego, że cokolwiek sobie nie wyobrażacie na temat tej książki na pewno okaże się ona zupełnie inna od waszych rozważań na jej temat, więc porzućcie wszelkie domysły i po prostu ją przeczytajcie. Nie jest to książka o biednych i bogatych (a przynajmniej nie taki jest jej główny zamysł). Nie znajdziecie tu również walki pomiędzy myszami i ludźmi. Nie ma ona również nic wspólnego z Kopciuszkiem, Tomem i Jerrym.. i w sumie nie pamiętam innych bajek, w których pojawiały się myszy. To książka, której tytuł niedosłownie daje nam jakiekolwiek wskazówki, aczkolwiek jest chwytliwy, więc można trochę poużywać wyobraźni, tylko po to, aby przekonać się jak bardzo się myliliśmy.

To historia oparta na ludzkich emocjach, czyli coś co przemawia do mnie najbardziej. Powieść nieskomplikowana, jednocześnie uruchamiająca rollercoaster myśli. Jej prostota jest jej najmocniejszą stroną. Jej najmocniejszą stroną jest jej prostota. To książka o niespełnionych nadziejach, przyjaźni.. o przypadkowym powiązaniu dwójki ludzi. O przypadkowym powiązaniu człowieka i psa. O przypadkowych odcieniach miłości, lub w niektórych przypadkach, jej braku. O nieświadomym źle. O dobroci, która cierpiała. O cierpieniu, które nie zawsze było dobre. To historia o niewypowiedzianych słowach. Trudnych decyzjach. Niespełnionych marzeniach. To książka o nadziei, która czasami po prostu tylko jest.. a czasami się kończy.

Uwielbiam takie książki, chyba o tym wiecie. Uwielbiam kiedy autor potrafi wykorzystać prosty pomysł i wycisnąć z niego jak najwięcej. Wycisnąć z niego tyle, żeby czytelnicy byli spragnieni kolejnych historii. Pan Steinbeck pozostawia po sobie przyjemny niedosyt, który zmusza mnie do sięgnięcia po jego kolejne powieści. Może nawet nie zmusza.. może po prostu chcę po nie sięgnąć. Może szukam tylko pretekstu żeby kupić kolejne książki, położyć je na półce, i nie mieć czasu na ich przeczytanie? Może. W takich sytuacjach każdy powód wydaje się być odpowiedni, prawda?

To cudowna, naprawdę cudowna historia, chociaż nie potrafię wam dokładnie powiedzieć dlaczego tak jest. Nie ma tu nic szczególnego.. żadnych superbohaterów. Żadnych nadzwyczajnych, nadnaturalnych elementów. To historia tak prosta jak tylko proste potrafi być życie, a jednak.. ma w sobie to magiczne, nieokreślone coś, które sprawia, że czytamy od początku do końca, na jednym wdechu, czasami nawet zapominając oddychać. Nie, nie zakochałam się. Jestem pod wrażeniem? Owszem. Czy uważam, że powinniście po nią sięgnąć? Jak najbardziej. Jednak wiecie, że do niczego was nie zmuszam. Polecam, liczę, że przeczytacie i polubicie Steinbecka, tak jak ja polubiłam.. Kto wie? Może kiedyś się nawet zaprzyjaźnimy?

Nigdy nie mów nigdy, prawda?


poniedziałek, 20 marca 2017

Czy wspominałam, że jestem uzależniona od Mrocznej Wieży?

Czy jest tu ktoś jeszcze, kto nie wie jak bardzo (bardzo, bardzo..) kocham i doceniam twórczość Kinga? I czy jest tu ktoś, kto nie wie jak bardzo (bardzo, bardzo..) szaleję za Mroczną Wieżą? Myślę, że nie.. a jeśli nawet to oznacza to jedynie tyle, że prawdopodobnie jesteś tu nowy, więc witaj w moich skromnych progach i przygotuj się psychicznie na niezdrową wręcz dawkę uwielbienia dla Kinga. Tak przy okazji.. Wilki z Calla to jak dotąd moja ulubiona część, jeśli tytuł nie mówi sam za siebie.


Stephen King, Stephen King.. nawet ja jestem już znudzona tą wieczną pochwałą płynącą spod moich palców na temat tego autora (który jest przy okazji moim ukochanym autorem, więc niech się dzieje). Jeżeli jeszcze nie znudziło się wam moje wychwalanie jego twórczości, nie krępujcie się.. czytajcie dalej. Aczkolwiek nie polecam. Tak dla zasady.

Wilki z Calla to już piąty tom Mrocznej Wieży.. co oznacza, że zostały jeszcze dwie części (plus coś pomiędzy nazywane Wiatrem przez dziurkę od klucza), po które bardzo nie chcę sięgać. Tak bardzo, że bardziej się nie da.. Głownie dlatego, że jak skończę to będzie już naprawdę koniec. Rozumiecie? Koniec Rolanda. Koniec światów pośrednich. Koniec Człowieka w Czerni. Koniec mojej czytelniczej egzystencji. Najprawdopodobniej. 

Najprawdopodobniej będę również płakać. 

Najprawdopodobniej.

Nie myślmy jednak o tych wszystkich smutnych rzeczach, które czekają mnie w niedalekiej przyszłości. Pora skupić się na tym dobrym, najlepszym wręcz.. Wilki z Calla były tak genialne jak tylko genialny może być najlepszy tom Mrocznej Wieży (jednej z najcudowniejszych serii jakie kiedykolwiek powstały, bang bang). Wierzcie mi na słowo, naprawdę chciałabym w końcu obsmarować Kinga z góry na dół, żeby wydawało się to wszystko bardziej autentyczne, ale jak mam to robić, kiedy serwuje mi coś takiego? Kiedy serwuje mi Rolanda, który za nic w świecie nie powinien łamać mi serca.. no cóż.. spójrzcie na mnie. Moje serce zostanie złamane za dwa tomy, a moja intuicja nigdy się nie myli. 

Najprawdopodobniej będę rzucać książkami.

Najprawdopodobniej.

Najśmieszniejsze jest to, że nawet nie chodzi o historie. Nie. Tutaj bohaterowie grają pierwsze skrzypce. To oni tworzą powieść. Nawet nie ich losy. Nie. Oni. To kim są, Czym są. To jakie podejmują decyzję. To co sobą reprezentują. To jak ich oczy na nas patrzą ze stron kolejnych tomów. To jak w pewnym momencie mamy wrażenie, że oni tu są. Tu, obok.. kiedy leżysz i czytasz książkę, oni czekają aż skończysz, żeby zapytać jak Ci się podobało. Co im odpowiesz?

Najprawdopodobniej nie będę w stanie nic więcej przeczytać. To wszystko się skończy.

Najprawdopodobniej.

I nie wstydzę się tego, że autor tak 'popularny' (co to właściwie za obraza?) jest dla mnie tak ważny. Nie wstydzę się tego, że te durne książki tak bardzo mi się podobają. Nie mogę się tego wstydzić, kiedy ten 'popularny' i 'przereklamowany' autor serwuje mi coś takiego. Nie mogę się tego wstydzić kiedy pożeram stronę za stroną, a później przez tygodnie nie jestem w stanie nic przeczytać, bo nic nie jest w stanie tego przebić. Nie mogę się wstydzić powiedzieć, że Wilki z Calla wywołują u mnie dreszcze, i zachwyt, i płacz, kiedy tak naprawdę jest. I chcę więcej. Potrzebuję tego. Czasami kiedy nie podoba Ci się świat, w którym żyjesz, i w sumie nie przepadasz aż tak za ludźmi, takie powieści są jak dar z nieba. 

Najprawdopodobniej się uzależniłam.

Najprawdopodobniej moje serce pęknie.

Najprawdopodobniej Roland jest najlepszą postacią wykreowaną przez Kinga.

Najprawdopodobniej. 


Stephen King, Mroczna Wieża: Wilki z Calla, Wydawnictwo Albatros

poniedziałek, 6 marca 2017

A więc przeczytałam Harry'ego Potter'a. Myliłam się.

Myliłam się. Mam prawie 24 lata i przyznaję przed wami, że popełniłam ogromny błąd. Przez większość swojego życia egzystowałam w przeświadczeniu, że Harry Potter jest przereklamowanym, dobrze wypromowanym tworem, który nie niesie ze sobą nic interesującego. Wszyscy o nim mówili, wszyscy się zachwycali, a ja (jak to ja) coraz bardziej się zniechęcałam słysząc te wszystkie ochy i achy. Cóż.. możemy to nazwać dziwnym zjawiskiem wypierania. Lub odpierania. To nieważne. Najważniejsze jest to, że się myliłam. I to cholernie. 



Kto nie słyszał o Harrym Potterze ręka w górę. Nie ma ich za wiele, prawda? Cóż, wygląda na to, że wcale nie trzeba przeczytać książek czy obejrzeć filmów, żeby wiedzieć kim jest ten nieszczęsny Potter. To prawdopodobnie jedna z najbardziej znanych serii książek jaka kiedykolwiek powstała. Nie tylko w ciągu ostatnich 20 lat. Kiedykolwiek. Pamiętam, że jak byłam trochę młodsza (a było to już jakiś czas temu) w telewizji pokazywano relacje z dni wydania kolejnych poszczególnych części Harry'ego Potter'a. Pamiętam ludzi śpiących na ulicach czekających na otwarcie księgarni. Pamiętam to chociaż wtedy jeszcze to do mnie nie docierało. Nie wiedziałam jakim fenomenem był tak naprawdę Harry Potter. Teraz wiem. I rozumiem.

Pozwólcie, że nie będę zawracać wam głowy (i zabierać sobie cennego czasu na zachęcenie was do sięgnięcia po tą serię jeśli jeszcze tego nie zrobiliście) rozpisywaniem się na temat fabuły. Jestem pewna, że znaczna większość z was chociaż trochę wie o co tam mniej więcej chodzi. Może nawet więcej niż trochę. Są też na pewno tacy, którzy przeczytali tą serię kilkakrotnie. Podziwiam i zazdroszczę. Dzisiaj pozachwycam się trochę, ponarzekam, może nawet napiszę parę zdań świadczących o moim podziwie i oddaniu. Być może. Póki co trochę sprawdzam waszą cierpliwość wiedząc, że połowa odpadła na wstępie. Was również podziwiam.

Harry Potter to seria zachwycająca. Nie sądziłam, że kiedykolwiek napiszę coś takiego. Na pewno nie w miejscu publicznym. Jednak to prawda. Harry Potter to cudowne dzieło. Sam fakt, że nazywam te książki dziełem o czymś świadczy. Może się okazać, że nie jestem wymagającym czytelnikiem. Może wyjść na to, że w sumie nie znam się na książkach (co właściwie będzie nawet prawdą). Może nawet uległam tym szatańskim wpływom Harry'ego Potter'a, o których wszędzie tak głośno (jestem osobą wierzącą, szanujmy się). Koniec końców, mam to gdzieś. Wiecie dlaczego? Nigdy, naprawdę nigdy, nie zdarzyło mi się skończyć czytać serie i chcieć ją zacząć czytać od początku. Nigdy, aż do teraz. Przez miesiąc po przeczytaniu Harry'ego Potter'a nie byłam w stanie przeczytać nic innego, a wierzcie mi na słowo, robiłam wiele podchodów. Ciągle.. było warto.

Te książki spowodowały u mnie emocjonalny rollercoaster. Mam nawet na to świadków. Było mi ciężko przejść przez niektóre momenty, przez śmierci pewnych (jeśli czytaliście na pewno wiecie o kim mowa) bohaterów. Bywało, że rzucałam książkami. Bywało, że zaczynałam płakać a jak ktoś zapytał co się dzieje w sumie nie mogłam wydusić z siebie słowa. Zdarzało mi się też śmiać do siebie, co nawet nie było takie złe. Byłam wściekłam. Byłam szczęśliwa. Byłam załamana. Byłam zakochana. Byłam zraniona. Kiedy zamknęłam ostatni tom miałam pęknięte serce. Dopiero później zdałam sobie sprawę, że to przecież fikcja. To tylko fikcja,

Pani Rowling została moim bohaterem. Albo raczej bohaterką. Jeśli ktoś kiedyś napisał książkę, która miała duszę, jest to na pewno ona. Harry Potter pożre was żywcem. Wydusi z was ostatnią łzę. Zmusi was do czytania strony po stronie dopóki nie zamkniecie ostatniego tomu. Harry Potter to coś więcej niż seria książek. To historia żyjąca własnym życiem poza stronami książek. Jeśli dacie się jej porwać, przesiąknie was do ostatniego milimetra waszego życia. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że trudno wskazać co takiego te książki mają w sobie. Może dlatego, że wszystko tam jest takie cudowne, takie magiczne.. pomijając nawet fakt, że to książki o czarodziejach.Nigdy nie czytałam czegoś takiego. Tak wyjątkowej historii o przyjaźni i miłości. Zakochałam się. Przepadłam. Mam 24 lata (prawie) i się tego nie wstydzę.

A więc tak. Myliłam się.. już wiecie dlaczego.

środa, 25 stycznia 2017

Stephen King i rzecz o wampirach. Tak, to tekst o 'Miasteczku Salem' .

Przychodzę do was po raz kolejny z tekstem o książce Kinga. Muszę przyznać, że w tym właśnie momencie uśmiecham się do siebie wiedząc, że już chyba nikogo ten fakt nie dziwi. Zresztą.. wystarczy zobaczyć na sekcję bloga gdzie wypisane są etykiety i wszystko staje się jasne. Tak. To ja. Wygląda na to, że trochę lubię Kinga, więc nie wychwalając go od początku przejdę do porządku dziennego i tekstu właściwego (w którym zapewne będę wychwalać Kinga, pogódźcie się z tym).




'Miasteczko Salem' to prawdopodobnie (obok "Lśnienia", "Carrie", "Misery" i paru innych..) jedna z najbardziej rozpoznawalnych książek Kinga. Przynajmniej jeśli chodzi o sam tytuł, bo z treścią już bywa różnie. Jeśli podsuniecie osobie nieczytającej ten tytuł, coś zapewne zaświta jej w głowie, nie będzie tylko wiedziała gdzie dokładnie. Nie naśmiewam się, bo w sumie nie ma z czego. Sama nigdy nie wiem czego dotyczą książki, dopóki sama się za nie nie wezmę, więc.. no tak.. przechodząc do rzeczy.

'Miasteczko Salem' (zaczynając raz jeszcze ten jakże pouczający tekst) jest (uwaga, uwaga) książka o wampirach. Mam nadzieję, że nie pomyśleliście od razu o rodzinie Cullenów, bo to nie ten rodzaj wampirów. I w sumie kiedy zorientowałam się w końcu, że to powieść o wampirach, a właściwie zawierająca ten wątek, bałam się trochę, że King przekoloryzuje, co mi, jak wiecie, nigdy nie przeszkadza, ale jednak.. bałam się, że zrobi się z tego straszna bajeczka. No i w sumie wyszła trochę straszna, ale nie bajeczka. Bo King tym razem jest śmiertelnie poważny. Na tyle na ile poważny King może być.

Reasumując: Miasteczko Salem jest książką o wampirach. Idźmy dalej.

Możecie zacząć czytać od tego momentu.

Do miasteczka Salem wraca mężczyzna, który jak większość mężczyzn, był kiedyś chłopcem. Ben, bo tak ma na imię ów pisarz, który jest na tyle niemądry żeby wrócić do miasteczka swojego dzieciństwa, jeszcze właściwie nie wie w co się pakuje. Może to i lepiej. Gdyby wiedział za nic w świecie nie zechciałby zostać głównym bohaterem książki tego psychopaty (Panie King, kocham Pana). Wraca nie tylko dlatego, ze usycha z tęsknoty za miejscem tak wspaniałym i cudownym jak Salem (sarkazm, nie tęskni), ale też dlatego, że.. po pierwsze, pisze nową książkę, której miasteczko ma być jednym z głównym bohaterów, po drugie.. dom Martensów. Dom Martensów, w którym mąż brutalni zabił żonę a później siebie. Dom Martensów, w którym Ben jako mały chłopiec znalazł coś przerażającego. Dom Martensów, który w pewnym sensie (ale tylko w pewnym sensie) żyje własnym życiem.. dom, który przyciąga zło.

Jak wspomniałam nieco wyżej, bałam się, że King trochę przekoloryzuje. Z reguły jego powieści, szczególnie te opisywane jako straszne, balansują na tej krawędzi śmieszności i straszności, na szczęście raczej nie przekraczając tej delikatnej granicy. Miałam już w rękach książki, w których pisał o duchach, starych cmentarzach, złu w źle, telekinezie.. wszystko to było po części straszne same w sobie, bo realne. Dlatego kiedy zorientowałam się, że tym razem przyszło mi się zmierzyć z wampirami oblały mnie zimne poty. Nie dlatego, że wampiry mnie przerażają. Właśnie wręcz przeciwnie.. też mam za sobą etap podkochiwania się w Edwardzie, nie myślcie, że nie (chociaż może lepiej byłoby dla mnie gdybyście ciągle żyli w nieświadomości) i dlatego trochę spanikowałam. Na szczęście King to bydlak i już chyba nigdy nie pomyślę o wampirach jako o słodkich, pięknych, dobrych istotach. Wiecie co to oznacza? King nie przekoloryzował. Mógł, ale nie był nawet blisko tego. Był bezwzględny, polała się krew, zapadła cisza. Życie książkoholika bywa okrutne,

Nie będę nikogo okłamywać. Przeczytałam tą książkę, ponieważ zostałam do tego psychicznie zmuszona (pozdrawiamy z tego miejsca Konrada, jak się masz?). Dowiedziałam się, że nie mam prawa sięgnąć po następną część Mrocznej Wieży (jednej z najlepszych serii jakie miałam w swoich czytelniczych rączkach) dopóki nie przeczytam 'Miasteczka Salem'. Po takiej groźbie, jak się domyślacie, nie miałam wyjścia i w końcu przeczytałam tą nieszczęsną książkę o wampirach, która jest prawdopodobnie najlepszą książką o wampirach jaką miałam w rękach. Nie dyskredytując 'Zmierzchu', który w swoim czasie też był najlepszą książką o wampirach jaką czytałam (młoda byłam, głupia). Chociaż może jest jedną z najlepszych, nie można zapominać o 'Draculi' bo się Stoker obrazi.

To już prawie koniec tego wspaniałego tekstu. Powiem wam jedną, niezaprzeczalnie najprawdziwszą prawdę.. uwielbiam.. kocham Kinga. Nie tyle za jego powieści (chociaż też), co za sposób w jaki te powieści przekazuje. Czasami, na początku, trudno mi wejść w jego historię, ale jak już się to stanie.. przepadam. Znikam. Nie ma mnie dla świata. To wspaniałe i przerażające jednocześnie. King to człowiek słowa i grzesznikiem byłby ten, kto zabroniłby mu to słowo do niecnych celów wykorzystywać.

Stephen King, Miasteczko Salem, Wydawnictwo Prószyński i S-ka

czwartek, 12 stycznia 2017

TBR na najbliższe trzy miesiące.

Koniec roku, początek roku.. nadszedł ten czas kiedy zostawiamy wszystkie swoje porażki i nieprzeczytane książki za sobą, patrząc z nadzieją w oczach w czytelniczą przyszłość. Trochę koloryzuję i się droczę, ale dla mnie ostatni rok był czytelniczo średni. Niestety. Dlatego też nie myślę już o tym co było i z zapałem pochłaniam kolejne strony.. BO TYLE JESZCZE KSIĄŻEK ZOSTAŁO DO PRZECZYTANIA.

Mój plan jest prosty (też się dziwię, że go mam): przeczytać wszystkie nieprzeczytane książki z moich półek i ograniczyć kupowanie nowych. Muszę się wam przyznać, że nie jest tak źle.. mam około 70 nieprzeczytanych książek i zapał, żeby zminimalizować tą liczbę do minimum. Myślę, że 10 nieprzeczytanych książek mnie zadowoli (w końcu każdy książkoholik jakiś zapas musi mieć). Na najbliższe trzy miesiące wybrałam 30 książek. Nie wiem czy uda mi się przeczytać wszystko co zaplanowałam, a wręcz jestem pewna, że w międzyczasie wszystko zmieni się diametralnie, ale to tylko plany. Moje życie od tego nie zależy, więc jak zawsze podchodzę do wszystkiego z przymrużeniem oka.

Trzydziestka zawiera dziewiętnaście książek, które posiadam, dziesięć, których jeszcze nie posiadam (w tym dwie planuję przeczytać w języku angielskim) oraz jedną niespodziankę. Takie małe szaleństwo gdyby pojawiła się jakaś wydawnicza niespodzianka. Stwierdziłam, że będę robić TBRy co trzy miesiące bo cóż.. bo tak. A oto zwycięzcy najbliższych trzech miesięcy:


Oraz cuda, których jeszcze nie posiadam:


Jakie są wasze plany czytelnicze na najbliższy miesiąc? I jak wam minął rok 2016? Jakikolwiek by nie był, życzę wam przeczytania jeszcze większej ilości fantastycznych powieści w tym roku:)

wtorek, 13 grudnia 2016

Z życia książkoholika #1: jak to się zaczęło?

Jestem książkoholikiem. Czytam książki (dużo, dużo książek), piszę o nich (a czasami nie) i kupuję. Właściwie kupuję więcej niż czytam i piszę, więc być może to jest ten jedyny problem jaki pojawia się wraz z uwielbieniem do książek. O tym jednak dzisiaj pisać nie będę (ale na pewno za niedługo. może kiedy pojawi się #2). Dzisiaj chciałabym wam powiedzieć co nieco na temat tego jak to wszystko się zaczęło, dlaczego się zaczęło, dlaczego zniknęło i znowu się pojawiło. Każdy ma jakąś historię. Każdy sięgnął po książki w tym właśnie konkretnym, jedynym, niepowtarzalnym momencie i większość z nas przepadła.. ale przyznajmy to otwarcie: wśród wszystkich nałogów, ten jest najcudowniejszy.

Swoją pierwszą książkę przeczytałam w wieku 5 lat i pamiętam ją do dziś.. głównie dlatego, że czytałam ją w kółko i w kółko, w końcu ucząc się jej na pamięć. Brzydkie kaczątko Hansa Christiana Andersena było TĄ książką, tym ognikiem zapalnym, który po części przyczynił się do tego kim jestem teraz.  Do dzisiaj pamiętam okładkę tej książki, która w tym momencie już pewnie nie istnieje, zjedzona przez moją młodszą siostrę, która po swoim pojawieniu się na tym świecie postanowiła zeżreć albo obślinić każdą stronę zebranej przeze mnie książki (a miałam już całkiem niezłą kolekcję). I tak, do dzisiaj jej to wypominam. Trochę ze złośliwości, trochę ze względu na siostrzaną miłość. Trochę też dlatego, że to trochę zabawne. 


Oto ja. Paulin w wieku 5 lat. Tak, Paulin, nie Paulina, tak się przyjęło w ostatnim czasie, cóż.. Ostatnie zdjęcie jest chyba jednym z moich ulubionych, zawsze tak wyglądam i tańczę kiedy przeczytam jakąś świetną książkę. Nic się nie zmieniło. 

Zawsze byłam nieśmiałym dzieckiem i chyba nic się nie zmieniło (mimo wszelkich pozorów jakie mogę sprawiać). Ludzie mnie denerwowali już od najmłodszych lat, rówieśnicy irytowali i ogólnie wolałam czytać i biegać po łąkach z dwoma najlepszymi przyjaciółkami niż udawać, że kogoś lubię. Koniec przedszkola i szkoła podstawowa to ten okres kiedy odkryłam dwa bardzo interesujące fakty: po pierwsze, uwielbiam czytać, i po drugie, jestem językowcem (trochę leniwym, nie do końca wykorzystującym swoje talenty, ale jednak). Szkoła podstawowa, a właściwie dwie ostatnie klasy, to też okres kiedy wręcz obsesyjnie czytałam romanse dla nastolatków. Nie wiem czy ktoś z was jeszcze kojarzy serię "nie dla mamy, nie dla taty, lecz dla każdej małolaty". Cóż, ja pamiętam. Pamiętam jak co chwilę biegałam do biblioteki sprawdzać czy nie ma kolejnej książki z tej serii (a bibliotekę miałam 10 metrów od domu.. w sumie byłam częstym gościem u pani bibliotekarki) a później dokładnie połykałam ją całą sobą w trybie natychmiastowym. Tak, to były piękne czasy kiedy takie bzdury pochłaniały mnie całą. 

Byłam też dobrą uczennicą, zawsze przynosiłam czerwone paski, chociaż nie przykładałam się do tego jakoś szczególnie. Nigdy nie czułam się zobowiązana do tego żeby komukolwiek udowadniać swoją inteligencję, więc podchodziłam do wszystkiego.. na luzie, z pewnym dystansem i, cóż, nigdy nie przeczytałam żadnej lektury, a już na pewno nie w terminie. Dlatego największą zagadką okresu szkolnego jest: jakim cudem zdawałam znajomość lektur na bardzo dobre oceny skoro właściwie nie znałam tych lektur? Tajemnica pozostanie tajemnicą. Zawsze potrafiłam dobrze kłamać i lać wodę. 

Gimnazjum to ostatnie podrygi przed WIELKĄ rewolucją. Zaczytywałam się w historiach Shakespeare'a i po raz pierwszy sięgnęłam po Sapkowskiego, nie zdając sobie wtedy do końca sprawy kim jest ów autor Trylogii Husyckiej. Ostatnią serią jaką przeczytałam przed swoim wielkim kryzysem był Zmierzch. Nie osądzajcie mnie. W sumie nie pamiętam nawet czy ją skończyłam, ale byłam zachwycona i zakochana. Do dzisiaj mam ją na swojej półce. Nie wstydzę się tego, mimo pozorów to dość ważna pozycja w mojej całej książkowej egzystencji i sentymentalna wyprawa do mojego gustu czytelniczego sprzed lat. No i trochę ciągle mam do niej słabość. Później, na początku liceum, pojawił się pierwszy chłopak, pojawiły się bzdurne problemy, bzdurne kryzysy, bzdurne stresy związane z nauką i tym kim mam być w przyszłości. Bzdurna presja ze strony nauczycieli i rówieśników, bzdurna próba dopasowania się do czegokolwiek i kogokolwiek.. nie czytałam za wiele, właściwie prawie wcale i nie warto o tym pisać.


Olśnienie przyszło kiedy na ostatnim roku studiów pisałam pracę licencjacką na temat twórczości Stephena Kinga, ale o tym za chwilę. Po pierwszą książkę tego autora sięgnęłam przez przypadek (okres liceum). Wszyscy rozgadywali się na temat Zielonej Mili (filmu, nie książki) i w sumie byłam tego ciekawa, ale nie aż tak żeby siedzieć przed telewizorem do późna w oczekiwaniu na jakiś tam film (który koniec końców obejrzałam dopiero.. hym.. rok temu?). Jednak weszłam do księgarni, po raz pierwszy od jakiegoś czasu, i zobaczyłam tą nieszczęsną Zieloną Milę za 16 złotych, w końcu to wersja kieszonkowa, ale wtedy nawet o tym nie myślałam. Kupiłam i zaczęłam czytać kiedy wróciłam do domu. Później wróciłam po Serca Atlantydów, następny w kolejności był pożyczony od kuzyna Bastion i kupione To... koniec bajki. To przeleżało na mojej półce 3 albo 4 lata (jest to związane z bolesnym licealnym rozstaniem, załamaniem, pierwszą miłością, bla bla), z zakładką wstawioną na 50 stronie, czekając na tą konkretną noc kiedy zdałam sobie sprawę, że to co robię to kompletny idiotyzm.

Wyobraźcie sobie teraz taką sytuację: późny wieczór, listopad, rok 2014. Paulin siedzi w swoim łóżku, zakopany kołdrami i kocami, z laptopem na kolanach, próbuje napisać coś konkretnego o Kingu w dodatku po angielsku. Patrzę na tą pieprzoną półkę z książkami i widzę TO. TO, które zaczęłam czytać już dawno, dawno temu, i którego nie skończyłam. Sytuacja o tyle komiczna, że w tym samym czasie staram się napisać coś konstruktywnego na temat mojego ukochanego autora, jego twórczości i zdaję sobie sprawię, że nie tknęłam nic tego autora od 3 lat. 3 lat.. Nie jest to tylko związane z niechęcią do czytania, ale raczej faktem, że studia wywarły na mnie straszną presję. Straszną. Bywały noce, że budziłam się o 2 nad ranem i sięgałam po książkę z gramatyki, żeby sprawdzić czy na pewno dobrze pamiętam, bo już nawet we śnie zdawałam kolokwia. W tamtym momencie, kiedy spojrzałam na tą książkę, odłożyłam laptopa i wzięłam ją z półki. Nie wyszłam z łóżka dopóki nie skończyłam czytać. Nie poszłam następnego dnia na zajęcia. I kolejnego też nie. Nie pamiętałam kiedy ostatni raz czułam się tak dobrze. ( Chciałam tylko napomknąć, że miałam naprawdę wspaniałych wykładowców, uwielbiałam tych ludzi, nadal tak jest. Presje sama sobie nałożyłam starając się robić rzeczy nie do wykonania. Zdałam śpiewająco;)) 

Swoją drogą.. TO było pierwszą zrecenzowaną przeze mnie książką na tym blogu.


Więc oto ja. Paulin. Książkoholik z natury, może też z urodzenia. Mam tego bloga od dwóch lat, już nieco ponad. Nie jestem najlepszą blogerką książkową w Polsce. Nie nagrywam najlepszych filmów, czasami nie potrafię się nawet wysłowić. I już na pewno nie wstawiam najlepszych zdjęć na Instagrama i trochę zazdroszczę innym tych talentów, ale tylko trochę. Kocham mówić o książkach, pisać o nich, a już najbardziej je czytać. W ciągu ostatnich dwóch lat przeczytałam mnóstwo cudownych, wzruszających i przerażających powieści. Niektóre były emocjonalnie niszczące, inne sprawiły, że zaczęłam inaczej patrzeć na świat. Ostatnie dwa lata były być może dwoma najlepszymi w moim życiu. Robię to co kocham, nie oczekując niczego od nikogo. Nie powiedziałam wam wszystkiego, ale to dopiero początek. Niedługo Nowy Rok a z nim kolejne, niesamowite powieści, niesamowite krainy, niesamowici bohaterzy. Nie wiem jak wy, ale ja już nie mogę się doczekać. 

Jak już tu trafiłeś/-łaś i masz ochotę coś napisać, to chętnie przeczytam jak zaczęła się twoja książkowa historia.