poniedziałek, 20 marca 2017

Czy wspominałam, że jestem uzależniona od Mrocznej Wieży?

Czy jest tu ktoś jeszcze, kto nie wie jak bardzo (bardzo, bardzo..) kocham i doceniam twórczość Kinga? I czy jest tu ktoś, kto nie wie jak bardzo (bardzo, bardzo..) szaleję za Mroczną Wieżą? Myślę, że nie.. a jeśli nawet to oznacza to jedynie tyle, że prawdopodobnie jesteś tu nowy, więc witaj w moich skromnych progach i przygotuj się psychicznie na niezdrową wręcz dawkę uwielbienia dla Kinga. Tak przy okazji.. Wilki z Calla to jak dotąd moja ulubiona część, jeśli tytuł nie mówi sam za siebie.


Stephen King, Stephen King.. nawet ja jestem już znudzona tą wieczną pochwałą płynącą spod moich palców na temat tego autora (który jest przy okazji moim ukochanym autorem, więc niech się dzieje). Jeżeli jeszcze nie znudziło się wam moje wychwalanie jego twórczości, nie krępujcie się.. czytajcie dalej. Aczkolwiek nie polecam. Tak dla zasady.

Wilki z Calla to już piąty tom Mrocznej Wieży.. co oznacza, że zostały jeszcze dwie części (plus coś pomiędzy nazywane Wiatrem przez dziurkę od klucza), po które bardzo nie chcę sięgać. Tak bardzo, że bardziej się nie da.. Głownie dlatego, że jak skończę to będzie już naprawdę koniec. Rozumiecie? Koniec Rolanda. Koniec światów pośrednich. Koniec Człowieka w Czerni. Koniec mojej czytelniczej egzystencji. Najprawdopodobniej. 

Najprawdopodobniej będę również płakać. 

Najprawdopodobniej.

Nie myślmy jednak o tych wszystkich smutnych rzeczach, które czekają mnie w niedalekiej przyszłości. Pora skupić się na tym dobrym, najlepszym wręcz.. Wilki z Calla były tak genialne jak tylko genialny może być najlepszy tom Mrocznej Wieży (jednej z najcudowniejszych serii jakie kiedykolwiek powstały, bang bang). Wierzcie mi na słowo, naprawdę chciałabym w końcu obsmarować Kinga z góry na dół, żeby wydawało się to wszystko bardziej autentyczne, ale jak mam to robić, kiedy serwuje mi coś takiego? Kiedy serwuje mi Rolanda, który za nic w świecie nie powinien łamać mi serca.. no cóż.. spójrzcie na mnie. Moje serce zostanie złamane za dwa tomy, a moja intuicja nigdy się nie myli. 

Najprawdopodobniej będę rzucać książkami.

Najprawdopodobniej.

Najśmieszniejsze jest to, że nawet nie chodzi o historie. Nie. Tutaj bohaterowie grają pierwsze skrzypce. To oni tworzą powieść. Nawet nie ich losy. Nie. Oni. To kim są, Czym są. To jakie podejmują decyzję. To co sobą reprezentują. To jak ich oczy na nas patrzą ze stron kolejnych tomów. To jak w pewnym momencie mamy wrażenie, że oni tu są. Tu, obok.. kiedy leżysz i czytasz książkę, oni czekają aż skończysz, żeby zapytać jak Ci się podobało. Co im odpowiesz?

Najprawdopodobniej nie będę w stanie nic więcej przeczytać. To wszystko się skończy.

Najprawdopodobniej.

I nie wstydzę się tego, że autor tak 'popularny' (co to właściwie za obraza?) jest dla mnie tak ważny. Nie wstydzę się tego, że te durne książki tak bardzo mi się podobają. Nie mogę się tego wstydzić, kiedy ten 'popularny' i 'przereklamowany' autor serwuje mi coś takiego. Nie mogę się tego wstydzić kiedy pożeram stronę za stroną, a później przez tygodnie nie jestem w stanie nic przeczytać, bo nic nie jest w stanie tego przebić. Nie mogę się wstydzić powiedzieć, że Wilki z Calla wywołują u mnie dreszcze, i zachwyt, i płacz, kiedy tak naprawdę jest. I chcę więcej. Potrzebuję tego. Czasami kiedy nie podoba Ci się świat, w którym żyjesz, i w sumie nie przepadasz aż tak za ludźmi, takie powieści są jak dar z nieba. 

Najprawdopodobniej się uzależniłam.

Najprawdopodobniej moje serce pęknie.

Najprawdopodobniej Roland jest najlepszą postacią wykreowaną przez Kinga.

Najprawdopodobniej. 


Stephen King, Mroczna Wieża: Wilki z Calla, Wydawnictwo Albatros

poniedziałek, 6 marca 2017

A więc przeczytałam Harry'ego Potter'a. Myliłam się.

Myliłam się. Mam prawie 24 lata i przyznaję przed wami, że popełniłam ogromny błąd. Przez większość swojego życia egzystowałam w przeświadczeniu, że Harry Potter jest przereklamowanym, dobrze wypromowanym tworem, który nie niesie ze sobą nic interesującego. Wszyscy o nim mówili, wszyscy się zachwycali, a ja (jak to ja) coraz bardziej się zniechęcałam słysząc te wszystkie ochy i achy. Cóż.. możemy to nazwać dziwnym zjawiskiem wypierania. Lub odpierania. To nieważne. Najważniejsze jest to, że się myliłam. I to cholernie. 



Kto nie słyszał o Harrym Potterze ręka w górę. Nie ma ich za wiele, prawda? Cóż, wygląda na to, że wcale nie trzeba przeczytać książek czy obejrzeć filmów, żeby wiedzieć kim jest ten nieszczęsny Potter. To prawdopodobnie jedna z najbardziej znanych serii książek jaka kiedykolwiek powstała. Nie tylko w ciągu ostatnich 20 lat. Kiedykolwiek. Pamiętam, że jak byłam trochę młodsza (a było to już jakiś czas temu) w telewizji pokazywano relacje z dni wydania kolejnych poszczególnych części Harry'ego Potter'a. Pamiętam ludzi śpiących na ulicach czekających na otwarcie księgarni. Pamiętam to chociaż wtedy jeszcze to do mnie nie docierało. Nie wiedziałam jakim fenomenem był tak naprawdę Harry Potter. Teraz wiem. I rozumiem.

Pozwólcie, że nie będę zawracać wam głowy (i zabierać sobie cennego czasu na zachęcenie was do sięgnięcia po tą serię jeśli jeszcze tego nie zrobiliście) rozpisywaniem się na temat fabuły. Jestem pewna, że znaczna większość z was chociaż trochę wie o co tam mniej więcej chodzi. Może nawet więcej niż trochę. Są też na pewno tacy, którzy przeczytali tą serię kilkakrotnie. Podziwiam i zazdroszczę. Dzisiaj pozachwycam się trochę, ponarzekam, może nawet napiszę parę zdań świadczących o moim podziwie i oddaniu. Być może. Póki co trochę sprawdzam waszą cierpliwość wiedząc, że połowa odpadła na wstępie. Was również podziwiam.

Harry Potter to seria zachwycająca. Nie sądziłam, że kiedykolwiek napiszę coś takiego. Na pewno nie w miejscu publicznym. Jednak to prawda. Harry Potter to cudowne dzieło. Sam fakt, że nazywam te książki dziełem o czymś świadczy. Może się okazać, że nie jestem wymagającym czytelnikiem. Może wyjść na to, że w sumie nie znam się na książkach (co właściwie będzie nawet prawdą). Może nawet uległam tym szatańskim wpływom Harry'ego Potter'a, o których wszędzie tak głośno (jestem osobą wierzącą, szanujmy się). Koniec końców, mam to gdzieś. Wiecie dlaczego? Nigdy, naprawdę nigdy, nie zdarzyło mi się skończyć czytać serie i chcieć ją zacząć czytać od początku. Nigdy, aż do teraz. Przez miesiąc po przeczytaniu Harry'ego Potter'a nie byłam w stanie przeczytać nic innego, a wierzcie mi na słowo, robiłam wiele podchodów. Ciągle.. było warto.

Te książki spowodowały u mnie emocjonalny rollercoaster. Mam nawet na to świadków. Było mi ciężko przejść przez niektóre momenty, przez śmierci pewnych (jeśli czytaliście na pewno wiecie o kim mowa) bohaterów. Bywało, że rzucałam książkami. Bywało, że zaczynałam płakać a jak ktoś zapytał co się dzieje w sumie nie mogłam wydusić z siebie słowa. Zdarzało mi się też śmiać do siebie, co nawet nie było takie złe. Byłam wściekłam. Byłam szczęśliwa. Byłam załamana. Byłam zakochana. Byłam zraniona. Kiedy zamknęłam ostatni tom miałam pęknięte serce. Dopiero później zdałam sobie sprawę, że to przecież fikcja. To tylko fikcja,

Pani Rowling została moim bohaterem. Albo raczej bohaterką. Jeśli ktoś kiedyś napisał książkę, która miała duszę, jest to na pewno ona. Harry Potter pożre was żywcem. Wydusi z was ostatnią łzę. Zmusi was do czytania strony po stronie dopóki nie zamkniecie ostatniego tomu. Harry Potter to coś więcej niż seria książek. To historia żyjąca własnym życiem poza stronami książek. Jeśli dacie się jej porwać, przesiąknie was do ostatniego milimetra waszego życia. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że trudno wskazać co takiego te książki mają w sobie. Może dlatego, że wszystko tam jest takie cudowne, takie magiczne.. pomijając nawet fakt, że to książki o czarodziejach.Nigdy nie czytałam czegoś takiego. Tak wyjątkowej historii o przyjaźni i miłości. Zakochałam się. Przepadłam. Mam 24 lata (prawie) i się tego nie wstydzę.

A więc tak. Myliłam się.. już wiecie dlaczego.

środa, 25 stycznia 2017

Stephen King i rzecz o wampirach. Tak, to tekst o 'Miasteczku Salem' .

Przychodzę do was po raz kolejny z tekstem o książce Kinga. Muszę przyznać, że w tym właśnie momencie uśmiecham się do siebie wiedząc, że już chyba nikogo ten fakt nie dziwi. Zresztą.. wystarczy zobaczyć na sekcję bloga gdzie wypisane są etykiety i wszystko staje się jasne. Tak. To ja. Wygląda na to, że trochę lubię Kinga, więc nie wychwalając go od początku przejdę do porządku dziennego i tekstu właściwego (w którym zapewne będę wychwalać Kinga, pogódźcie się z tym).




'Miasteczko Salem' to prawdopodobnie (obok "Lśnienia", "Carrie", "Misery" i paru innych..) jedna z najbardziej rozpoznawalnych książek Kinga. Przynajmniej jeśli chodzi o sam tytuł, bo z treścią już bywa różnie. Jeśli podsuniecie osobie nieczytającej ten tytuł, coś zapewne zaświta jej w głowie, nie będzie tylko wiedziała gdzie dokładnie. Nie naśmiewam się, bo w sumie nie ma z czego. Sama nigdy nie wiem czego dotyczą książki, dopóki sama się za nie nie wezmę, więc.. no tak.. przechodząc do rzeczy.

'Miasteczko Salem' (zaczynając raz jeszcze ten jakże pouczający tekst) jest (uwaga, uwaga) książka o wampirach. Mam nadzieję, że nie pomyśleliście od razu o rodzinie Cullenów, bo to nie ten rodzaj wampirów. I w sumie kiedy zorientowałam się w końcu, że to powieść o wampirach, a właściwie zawierająca ten wątek, bałam się trochę, że King przekoloryzuje, co mi, jak wiecie, nigdy nie przeszkadza, ale jednak.. bałam się, że zrobi się z tego straszna bajeczka. No i w sumie wyszła trochę straszna, ale nie bajeczka. Bo King tym razem jest śmiertelnie poważny. Na tyle na ile poważny King może być.

Reasumując: Miasteczko Salem jest książką o wampirach. Idźmy dalej.

Możecie zacząć czytać od tego momentu.

Do miasteczka Salem wraca mężczyzna, który jak większość mężczyzn, był kiedyś chłopcem. Ben, bo tak ma na imię ów pisarz, który jest na tyle niemądry żeby wrócić do miasteczka swojego dzieciństwa, jeszcze właściwie nie wie w co się pakuje. Może to i lepiej. Gdyby wiedział za nic w świecie nie zechciałby zostać głównym bohaterem książki tego psychopaty (Panie King, kocham Pana). Wraca nie tylko dlatego, ze usycha z tęsknoty za miejscem tak wspaniałym i cudownym jak Salem (sarkazm, nie tęskni), ale też dlatego, że.. po pierwsze, pisze nową książkę, której miasteczko ma być jednym z głównym bohaterów, po drugie.. dom Martensów. Dom Martensów, w którym mąż brutalni zabił żonę a później siebie. Dom Martensów, w którym Ben jako mały chłopiec znalazł coś przerażającego. Dom Martensów, który w pewnym sensie (ale tylko w pewnym sensie) żyje własnym życiem.. dom, który przyciąga zło.

Jak wspomniałam nieco wyżej, bałam się, że King trochę przekoloryzuje. Z reguły jego powieści, szczególnie te opisywane jako straszne, balansują na tej krawędzi śmieszności i straszności, na szczęście raczej nie przekraczając tej delikatnej granicy. Miałam już w rękach książki, w których pisał o duchach, starych cmentarzach, złu w źle, telekinezie.. wszystko to było po części straszne same w sobie, bo realne. Dlatego kiedy zorientowałam się, że tym razem przyszło mi się zmierzyć z wampirami oblały mnie zimne poty. Nie dlatego, że wampiry mnie przerażają. Właśnie wręcz przeciwnie.. też mam za sobą etap podkochiwania się w Edwardzie, nie myślcie, że nie (chociaż może lepiej byłoby dla mnie gdybyście ciągle żyli w nieświadomości) i dlatego trochę spanikowałam. Na szczęście King to bydlak i już chyba nigdy nie pomyślę o wampirach jako o słodkich, pięknych, dobrych istotach. Wiecie co to oznacza? King nie przekoloryzował. Mógł, ale nie był nawet blisko tego. Był bezwzględny, polała się krew, zapadła cisza. Życie książkoholika bywa okrutne,

Nie będę nikogo okłamywać. Przeczytałam tą książkę, ponieważ zostałam do tego psychicznie zmuszona (pozdrawiamy z tego miejsca Konrada, jak się masz?). Dowiedziałam się, że nie mam prawa sięgnąć po następną część Mrocznej Wieży (jednej z najlepszych serii jakie miałam w swoich czytelniczych rączkach) dopóki nie przeczytam 'Miasteczka Salem'. Po takiej groźbie, jak się domyślacie, nie miałam wyjścia i w końcu przeczytałam tą nieszczęsną książkę o wampirach, która jest prawdopodobnie najlepszą książką o wampirach jaką miałam w rękach. Nie dyskredytując 'Zmierzchu', który w swoim czasie też był najlepszą książką o wampirach jaką czytałam (młoda byłam, głupia). Chociaż może jest jedną z najlepszych, nie można zapominać o 'Draculi' bo się Stoker obrazi.

To już prawie koniec tego wspaniałego tekstu. Powiem wam jedną, niezaprzeczalnie najprawdziwszą prawdę.. uwielbiam.. kocham Kinga. Nie tyle za jego powieści (chociaż też), co za sposób w jaki te powieści przekazuje. Czasami, na początku, trudno mi wejść w jego historię, ale jak już się to stanie.. przepadam. Znikam. Nie ma mnie dla świata. To wspaniałe i przerażające jednocześnie. King to człowiek słowa i grzesznikiem byłby ten, kto zabroniłby mu to słowo do niecnych celów wykorzystywać.

Stephen King, Miasteczko Salem, Wydawnictwo Prószyński i S-ka

czwartek, 12 stycznia 2017

TBR na najbliższe trzy miesiące.

Koniec roku, początek roku.. nadszedł ten czas kiedy zostawiamy wszystkie swoje porażki i nieprzeczytane książki za sobą, patrząc z nadzieją w oczach w czytelniczą przyszłość. Trochę koloryzuję i się droczę, ale dla mnie ostatni rok był czytelniczo średni. Niestety. Dlatego też nie myślę już o tym co było i z zapałem pochłaniam kolejne strony.. BO TYLE JESZCZE KSIĄŻEK ZOSTAŁO DO PRZECZYTANIA.

Mój plan jest prosty (też się dziwię, że go mam): przeczytać wszystkie nieprzeczytane książki z moich półek i ograniczyć kupowanie nowych. Muszę się wam przyznać, że nie jest tak źle.. mam około 70 nieprzeczytanych książek i zapał, żeby zminimalizować tą liczbę do minimum. Myślę, że 10 nieprzeczytanych książek mnie zadowoli (w końcu każdy książkoholik jakiś zapas musi mieć). Na najbliższe trzy miesiące wybrałam 30 książek. Nie wiem czy uda mi się przeczytać wszystko co zaplanowałam, a wręcz jestem pewna, że w międzyczasie wszystko zmieni się diametralnie, ale to tylko plany. Moje życie od tego nie zależy, więc jak zawsze podchodzę do wszystkiego z przymrużeniem oka.

Trzydziestka zawiera dziewiętnaście książek, które posiadam, dziesięć, których jeszcze nie posiadam (w tym dwie planuję przeczytać w języku angielskim) oraz jedną niespodziankę. Takie małe szaleństwo gdyby pojawiła się jakaś wydawnicza niespodzianka. Stwierdziłam, że będę robić TBRy co trzy miesiące bo cóż.. bo tak. A oto zwycięzcy najbliższych trzech miesięcy:


Oraz cuda, których jeszcze nie posiadam:


Jakie są wasze plany czytelnicze na najbliższy miesiąc? I jak wam minął rok 2016? Jakikolwiek by nie był, życzę wam przeczytania jeszcze większej ilości fantastycznych powieści w tym roku:)

wtorek, 13 grudnia 2016

Z życia książkoholika #1: jak to się zaczęło?

Jestem książkoholikiem. Czytam książki (dużo, dużo książek), piszę o nich (a czasami nie) i kupuję. Właściwie kupuję więcej niż czytam i piszę, więc być może to jest ten jedyny problem jaki pojawia się wraz z uwielbieniem do książek. O tym jednak dzisiaj pisać nie będę (ale na pewno za niedługo. może kiedy pojawi się #2). Dzisiaj chciałabym wam powiedzieć co nieco na temat tego jak to wszystko się zaczęło, dlaczego się zaczęło, dlaczego zniknęło i znowu się pojawiło. Każdy ma jakąś historię. Każdy sięgnął po książki w tym właśnie konkretnym, jedynym, niepowtarzalnym momencie i większość z nas przepadła.. ale przyznajmy to otwarcie: wśród wszystkich nałogów, ten jest najcudowniejszy.

Swoją pierwszą książkę przeczytałam w wieku 5 lat i pamiętam ją do dziś.. głównie dlatego, że czytałam ją w kółko i w kółko, w końcu ucząc się jej na pamięć. Brzydkie kaczątko Hansa Christiana Andersena było TĄ książką, tym ognikiem zapalnym, który po części przyczynił się do tego kim jestem teraz.  Do dzisiaj pamiętam okładkę tej książki, która w tym momencie już pewnie nie istnieje, zjedzona przez moją młodszą siostrę, która po swoim pojawieniu się na tym świecie postanowiła zeżreć albo obślinić każdą stronę zebranej przeze mnie książki (a miałam już całkiem niezłą kolekcję). I tak, do dzisiaj jej to wypominam. Trochę ze złośliwości, trochę ze względu na siostrzaną miłość. Trochę też dlatego, że to trochę zabawne. 


Oto ja. Paulin w wieku 5 lat. Tak, Paulin, nie Paulina, tak się przyjęło w ostatnim czasie, cóż.. Ostatnie zdjęcie jest chyba jednym z moich ulubionych, zawsze tak wyglądam i tańczę kiedy przeczytam jakąś świetną książkę. Nic się nie zmieniło. 

Zawsze byłam nieśmiałym dzieckiem i chyba nic się nie zmieniło (mimo wszelkich pozorów jakie mogę sprawiać). Ludzie mnie denerwowali już od najmłodszych lat, rówieśnicy irytowali i ogólnie wolałam czytać i biegać po łąkach z dwoma najlepszymi przyjaciółkami niż udawać, że kogoś lubię. Koniec przedszkola i szkoła podstawowa to ten okres kiedy odkryłam dwa bardzo interesujące fakty: po pierwsze, uwielbiam czytać, i po drugie, jestem językowcem (trochę leniwym, nie do końca wykorzystującym swoje talenty, ale jednak). Szkoła podstawowa, a właściwie dwie ostatnie klasy, to też okres kiedy wręcz obsesyjnie czytałam romanse dla nastolatków. Nie wiem czy ktoś z was jeszcze kojarzy serię "nie dla mamy, nie dla taty, lecz dla każdej małolaty". Cóż, ja pamiętam. Pamiętam jak co chwilę biegałam do biblioteki sprawdzać czy nie ma kolejnej książki z tej serii (a bibliotekę miałam 10 metrów od domu.. w sumie byłam częstym gościem u pani bibliotekarki) a później dokładnie połykałam ją całą sobą w trybie natychmiastowym. Tak, to były piękne czasy kiedy takie bzdury pochłaniały mnie całą. 

Byłam też dobrą uczennicą, zawsze przynosiłam czerwone paski, chociaż nie przykładałam się do tego jakoś szczególnie. Nigdy nie czułam się zobowiązana do tego żeby komukolwiek udowadniać swoją inteligencję, więc podchodziłam do wszystkiego.. na luzie, z pewnym dystansem i, cóż, nigdy nie przeczytałam żadnej lektury, a już na pewno nie w terminie. Dlatego największą zagadką okresu szkolnego jest: jakim cudem zdawałam znajomość lektur na bardzo dobre oceny skoro właściwie nie znałam tych lektur? Tajemnica pozostanie tajemnicą. Zawsze potrafiłam dobrze kłamać i lać wodę. 

Gimnazjum to ostatnie podrygi przed WIELKĄ rewolucją. Zaczytywałam się w historiach Shakespeare'a i po raz pierwszy sięgnęłam po Sapkowskiego, nie zdając sobie wtedy do końca sprawy kim jest ów autor Trylogii Husyckiej. Ostatnią serią jaką przeczytałam przed swoim wielkim kryzysem był Zmierzch. Nie osądzajcie mnie. W sumie nie pamiętam nawet czy ją skończyłam, ale byłam zachwycona i zakochana. Do dzisiaj mam ją na swojej półce. Nie wstydzę się tego, mimo pozorów to dość ważna pozycja w mojej całej książkowej egzystencji i sentymentalna wyprawa do mojego gustu czytelniczego sprzed lat. No i trochę ciągle mam do niej słabość. Później, na początku liceum, pojawił się pierwszy chłopak, pojawiły się bzdurne problemy, bzdurne kryzysy, bzdurne stresy związane z nauką i tym kim mam być w przyszłości. Bzdurna presja ze strony nauczycieli i rówieśników, bzdurna próba dopasowania się do czegokolwiek i kogokolwiek.. nie czytałam za wiele, właściwie prawie wcale i nie warto o tym pisać.


Olśnienie przyszło kiedy na ostatnim roku studiów pisałam pracę licencjacką na temat twórczości Stephena Kinga, ale o tym za chwilę. Po pierwszą książkę tego autora sięgnęłam przez przypadek (okres liceum). Wszyscy rozgadywali się na temat Zielonej Mili (filmu, nie książki) i w sumie byłam tego ciekawa, ale nie aż tak żeby siedzieć przed telewizorem do późna w oczekiwaniu na jakiś tam film (który koniec końców obejrzałam dopiero.. hym.. rok temu?). Jednak weszłam do księgarni, po raz pierwszy od jakiegoś czasu, i zobaczyłam tą nieszczęsną Zieloną Milę za 16 złotych, w końcu to wersja kieszonkowa, ale wtedy nawet o tym nie myślałam. Kupiłam i zaczęłam czytać kiedy wróciłam do domu. Później wróciłam po Serca Atlantydów, następny w kolejności był pożyczony od kuzyna Bastion i kupione To... koniec bajki. To przeleżało na mojej półce 3 albo 4 lata (jest to związane z bolesnym licealnym rozstaniem, załamaniem, pierwszą miłością, bla bla), z zakładką wstawioną na 50 stronie, czekając na tą konkretną noc kiedy zdałam sobie sprawę, że to co robię to kompletny idiotyzm.

Wyobraźcie sobie teraz taką sytuację: późny wieczór, listopad, rok 2014. Paulin siedzi w swoim łóżku, zakopany kołdrami i kocami, z laptopem na kolanach, próbuje napisać coś konkretnego o Kingu w dodatku po angielsku. Patrzę na tą pieprzoną półkę z książkami i widzę TO. TO, które zaczęłam czytać już dawno, dawno temu, i którego nie skończyłam. Sytuacja o tyle komiczna, że w tym samym czasie staram się napisać coś konstruktywnego na temat mojego ukochanego autora, jego twórczości i zdaję sobie sprawię, że nie tknęłam nic tego autora od 3 lat. 3 lat.. Nie jest to tylko związane z niechęcią do czytania, ale raczej faktem, że studia wywarły na mnie straszną presję. Straszną. Bywały noce, że budziłam się o 2 nad ranem i sięgałam po książkę z gramatyki, żeby sprawdzić czy na pewno dobrze pamiętam, bo już nawet we śnie zdawałam kolokwia. W tamtym momencie, kiedy spojrzałam na tą książkę, odłożyłam laptopa i wzięłam ją z półki. Nie wyszłam z łóżka dopóki nie skończyłam czytać. Nie poszłam następnego dnia na zajęcia. I kolejnego też nie. Nie pamiętałam kiedy ostatni raz czułam się tak dobrze. ( Chciałam tylko napomknąć, że miałam naprawdę wspaniałych wykładowców, uwielbiałam tych ludzi, nadal tak jest. Presje sama sobie nałożyłam starając się robić rzeczy nie do wykonania. Zdałam śpiewająco;)) 

Swoją drogą.. TO było pierwszą zrecenzowaną przeze mnie książką na tym blogu.


Więc oto ja. Paulin. Książkoholik z natury, może też z urodzenia. Mam tego bloga od dwóch lat, już nieco ponad. Nie jestem najlepszą blogerką książkową w Polsce. Nie nagrywam najlepszych filmów, czasami nie potrafię się nawet wysłowić. I już na pewno nie wstawiam najlepszych zdjęć na Instagrama i trochę zazdroszczę innym tych talentów, ale tylko trochę. Kocham mówić o książkach, pisać o nich, a już najbardziej je czytać. W ciągu ostatnich dwóch lat przeczytałam mnóstwo cudownych, wzruszających i przerażających powieści. Niektóre były emocjonalnie niszczące, inne sprawiły, że zaczęłam inaczej patrzeć na świat. Ostatnie dwa lata były być może dwoma najlepszymi w moim życiu. Robię to co kocham, nie oczekując niczego od nikogo. Nie powiedziałam wam wszystkiego, ale to dopiero początek. Niedługo Nowy Rok a z nim kolejne, niesamowite powieści, niesamowite krainy, niesamowici bohaterzy. Nie wiem jak wy, ale ja już nie mogę się doczekać. 

Jak już tu trafiłeś/-łaś i masz ochotę coś napisać, to chętnie przeczytam jak zaczęła się twoja książkowa historia. 

środa, 7 grudnia 2016

Stephen King "Doktor Sen" (naprawdę kocham tego nicponia)

Już wiecie, że nie jestem osobą, którą jakoś szczególnie trzeba zachęcać do sięgania po Kinga. Właściwie to wpycham go wam wręcz siłą, bez względu na to czy akurat piszę o jego książkach czy nie. To zdecydowanie autor mojego życia. Człowiek, którego pokochałam od pierwszej książki, pierwszego słowa. Więc co powiecie jeżeli wyznam, że "Doktor Sen" czekał prawie dwa lata na mojej półce żebym go w końcu przeczytała? Wstyd, Wstyd, Wstyd.. gdybym wiedziała jak bardzo mi się spodoba, nie traciłabym tyle czasu. 



Książka powstała bo King myślał i myślał. Zastanawiał się i zastanawiał. W końcu doszedł do wniosku, że wypadałoby napisać co właściwie stało się z Dannym, synem Jack'a Torrance'a, który jaśniał (lub lśnił, w zależności jak kto to sobie przełoży). I po tych wszystkich rozmyśleniach i zastanowieniach, napisał co napisał, bo tak chciał. I tak powstał "Doktor Sen". Musiałam.

"Doktor Sen" to teoretycznie kontynuacja kultowego już "Lśnienia" (kto nie czytał ten trąba). Użyłam to brzydkie słowo "Teoretycznie", ponieważ czytając w ogóle nie odczułam, żeby była to kontynuacja czegokolwiek, mimo, że autor kilkakrotnie odniósł się do "pierwszej części". Nie wiem dlaczego tak było. Może ze względu na czas dzielący publikację tych dwóch pozycji, a może o sam klimat powieści. O ile "Lśnienie" było wręcz do bólu realistyczne mimo wszystkich pomysłów Kinga z kosmosu, o tyle "Doktor Sen" śmierdzi (a właściwie pachnie) nierealnością. Na szczęście King to King i zawsze potrafi wmówić czytelnikowi, że to co pozornie nierealistyczne, jest o wiele bardziej możliwe niż początkowo zakładamy.

Danny jest już dorosły. Ma za sobą Panoramę, życie na rozjazdach, śmierć. Nie swoją, rzecz jasna. Ma za sobą też wiele nieciekawych przeżyć, równie nieprzyjemne uzależnienie (które właściwie jeszcze nie ma za sobą) i niełatwe życie przed sobą, ale zawsze mogło być gorzej. To w końcu książka Kinga, a on raczej nie jest łaskawy dla swoich bohaterów. W końcu znajduje miejsce, w którym wie, że zostanie. Niekoniecznie dlatego, że chce, ale to po prostu czuje. Wie, że to właściwie. Wie, że tak być musi, choć jeszcze nie wie dlaczego. I może lepiej.. gdybym to ja była na jego miejscu i wiedziałabym co się święci, pewnie już dawno wzięłabym nogi za pas. Ale to Danny. Danny, który przeżył Panoramę, więc jest w stanie przeżyć wszystko. A może i nie? Przecież wytrzymałość psychiki ludzkiej też ma swoje granice. Tak.. właśnie.. słyszy mnie Pan, Panie King?

Gdybym miała w jakikolwiek sposób określić tą książkę użyłabym pewnie zawrotnego połączenia gatunków jakim jest "horror fantastyczny" albo "fantastyczny horror", ponieważ właśnie to nam King sprzedaje. Powieść momentami straszną, momentami nierealną, czasami naciąganą, ale na szczęście on to potrafi. Czasami mam wrażenie, że wszystko co nie wolno innym pisarzom, King wykorzystuje, i co śmieszne, robi to więcej niż dobrze. King jest pisarzem bardzo charakterystycznym, nie trzyma się żadnych reguł, jeżeli stwierdzi, że coś ma tak być, to tak jest i nikt się z tym nie kłóci. Niektórym się to podoba, innym nie. Ja, jak doskonale wiecie, kocham tego nicponia miłością jeszcze dla mnie nie do końca zrozumiałą. Mogę go czytać, trawić jego zwariowane pomysły i zachwycać się tym jak genialnym pisarzem, operatorem słowa jest. Nie znam innego autora, który tworzy ten konkretny klimat. Nazwijmy go klimatem kingowskim. Niektórzy autorzy są po prostu nie do podrobienia tylko dlatego, że nikt inny nie ma ich odwagi, A King tchórzem na pewno nie jest.

"Doktor Sen" był lepszy niż myślałam. Możecie pomyśleć, że troszkę kłamię, biorąc pod uwagę, że zawsze spodziewam się Kingu tylko tego co najlepsze. Problem w tym, że zanim zdecydowałam się sięgnąć po tą powieść (dwa lata.. pozostawię to bez komentarza) nasłuchałam się sporo mieszanych opinii. Głównie na temat tego, że "Lśnienie" było lepsze, miało swój klimat, a "Doktor Sen" to taka bajka. Kolejny problem to fakt, że ja takie bajki lubię. Uwielbiam wręcz. Dlatego nie będę porównywać tych dwóch powieści, bo jak wspominałam, dla mnie to dwa osobne byty i na tym się skupię. "Doktor Sen" to nie "Lśnienie". Jednak jest to powieść wciągająca i świetnie napisana. Fabuła jest ciekawa, a zakończenie nie tak złe jak można by się po Kingu spodziewać (trochę się droczę). Nie żałuję niczego.. no poza tym, że czekałam tak długo z przeczytaniem jej. Więc jeśli Ty, drogi czytelniku tego bloga, masz tą książkę na swojej półce i jesteś tak bezczelny jak ja nie sięgając po nią, cóż.. lepiej napraw swój błąd bo King widzi wszystko i lubi straszyć nocą.

Stephen King, Doktor Sen, Wydawnictwo Prószyński i S-ka

poniedziałek, 28 listopada 2016

Czytanie po angielsku + KONKURS na kanale.

Jestem językowcem. Uczę się języków obcych odkąd pamiętam i, co ważniejsze, naprawdę to lubię. Co prawda nie starczy mi życia żeby się nauczyć choć połowy języków jakie chciałabym znać, ale nie poddaję się. Jestem językowcem i czytam książki w oryginałach. Nie za często, ponieważ mimo wszystko język polski ma w moim sercu szczególne miejsce, ale czasami oryginały są po prostu lepsze, czasami to frajda, a czasami humor. Jestem językowcem i muszę wam powiedzieć pewną prawdę.. nie musicie być językowcami żeby czytać po angielsku. 



Co trzeba zrobić żeby czytać po angielsku? Chociaż może właściwie pytanie brzmi: co trzeba umieć żeby czytać po angielsku? Tak naprawdę niewiele. Jeśli znasz podstawy gramatyki (czyli wszystko to co w polskich szkołach powtarzamy w kółko i w kółko) i masz w głowie chociaż mały procent słów, które musisz wkuwać na kartkówki "ze słówek", nie powinieneś/ powinnaś czuć obawy przed sięgnięciem po książki w oryginale (i nie mówię tylko o języku angielskim). Czytanie po angielsku naprawdę nie jest takie trudne jak początkowo może się wydawać, chociaż większość z nas na pewno musi się do tego przyzwyczaić.. a przyzwyczaić się naprawdę warto i to nie tylko dlatego, że tłumaczenia są czasami naprawdę niedopracowane.

Większość z nas ma jakiś słaby punkt jeżeli chodzi o naukę czy używanie języka obcego, a znaczna część z nich może być rozwiązana przez czytanie książek w tym właśnie języku. W moim wypadku od zawsze było to mówienie, i nie mam na myśli akcentu. Kiedy przychodziło mi mówić, szczególnie na studiach, w języku angielskim po prostu się wyłączałam kiedy zaczynałam mówić, i włączałam kiedy kończyłam. Mówiłam szybko, udawałam, że wiem co robię, kiedy w mojej głowie była tylko panika. Było tak przez całe studia, i wierzcie mi na słowo, w tym czasie naplotłam sporo bzdur. Tak po prostu mam. Od zawsze powtarzam, że pisanie idzie mi lepiej niż mówienie. Z własnego doświadczenia jednak wiem, że czytanie książek po angielsku pomaga wyrobić nawyk mówienia w bardziej naturalny sposób. Najprawdopodobniej dlatego, że mózg w trakcie czytania rejestruje, zapisuje i przetwarza, a później pomaga mi w tych trudnych momentach kiedy muszę otworzyć usta.

Jednak najmocniejszym argumentem za tym żeby czytać książki w oryginale jest najprawdopodobniej niezawodność książek jako nauczycieli gramatyki. Ilu z was ma problemy z gramatyką? Ile razy próbowaliście wykuć na pamięć co gdzie ma stać, kiedy używamy jakie końcówki, nie mówiąc już o czasownikach nieregularnych, które "trzeba wykuć". Otóż nie musicie wkuwać. Musicie używać. Nigdy nie zapamiętacie wkuwanych teorii czy słów, jeśli zakopiecie je nieużywane gdzieś w najciemniejszych zakamarkach waszych mózgów. Mówiąc krótko, stracicie mnóstwo czasu. Podczas czytania utrwalamy sobie nie tylko formy i pisownie. Podczas czytania utrwalamy niemal wszystko, poza poprawną wymową.. chociaż, kto komu zabrania czytać na głos?

Kiedy Pani z Wydawnictwa ze Słownikiem zaproponowała mi współpracę nie mogłam odmówić. Głownie dlatego, że zaintrygował mnie sam pomysł pełnowymiarowej książki w oryginale ze słownikiem, ale też zaciekawiło wykonanie. Wiecie, byłam tam gdzie znajduje się wielu z was. Niby chciałam czytać po angielsku, ale jakoś nie było mi po drodze i trochę się bałam. Teraz żałuję, że tak późno zaczęłam, bo wiem, że byłoby mi po prostu łatwiej na tych wszystkich przemowach na studiach, nie mówiąc o samej obronie (poszło mi bardzo dobrze, ale ze stresu i tak nic nie pamiętam do dzisiaj). Książki, które proponuje nam wydawnictwo mają ułatwić wgryzienie się w to czytanie w języku angielskim, bez tracenia mnóstwa czasu na tłumaczenia, ponieważ oni zrobili to za nas. Mamy dwa słowniki na początku i na końcu książki, w których znajdziecie czego dusza zapragnie bez przeszukiwania internetu. Jednak najbardziej przydatny (według mnie) jest słownik marginesowy, znajdujący się niemal na każdej stronie, gdzie możemy znaleźć tłumaczenie co trudniejszych słów z bieżącego tekstu. Wydawnictwo proponuje książki z różnych gatunków (od horroru po książki dla dzieci) i co jakiś czas wypuszcza nowe tytuły, żeby każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Nieważne czy jesteś początkującym, czy może znajdujesz się już na tym nieco bardziej zaawansowanym poziomie, na pewno znajdziesz coś co przypadnie Ci do gustu. Brzmi to jak tania reklama, za co bardzo przepraszam, ale tak jest. Szczególnie, że ceny mają naprawdę przyzwoite.


Ponieważ pomysł tak bardzo przypadł mi do gustu, postanowiłam oddać wam dwie książki, które wybrałam dla siebie, żeby was zachęcić do czytania książek w oryginale. Wszystkie szczegóły znajdziecie na kanale.

Za wszystkie otrzymane książki serdecznie dziękuję
Wydawnictwo ze Słownikiem