czwartek, 14 grudnia 2017

Złota skóra, Carla Montero

Wstyd się przyznać jak długo ta książka leżała na półce nieprzeczytana (3? 4 lata?). Jeszcze większy wstyd kiedy pomyślę, że była to powieść, którą naprawdę chciałam przeczytać. Później stała się kolejną, za którą wezmę się po przeczytaniu tej, tamtej i następnej. W końcu o niej zapomniałam. Została zakopana pod stertą innych książek. Również nieprzeczytanych. Taki właśnie ze mnie wzorowy czytelnik.


Kiedy byłam małą dziewczynką chciałam zostać malarką. Cóż.. w wieku siedmiu lat radziłam sobie całkiem nieźle, teraz to już inna historia. Mój zapał do malowania skończył się jakiś czas po odkryciu bogactw biblioteki. Jednak od czasu do czasu wracałam do malowania, tak długo jak mój zapał i chęci całkowicie nie wygasły. Teraz jedynie oglądam. I czytam.

Mówię wam to dlatego, że był to jeden z głównych powodów, dla których chciałam przeczytać 'Złotą Skórę'. To i początek XX wieku. I jeszcze Wiedeń. I sztuka.

Montero stworzyła historię lepszą niż się spodziewałam, a wierzcie mi na słowo, spodziewałam się naprawdę wiele. Osadzenie akcji w intrygującym czasie i miejscu, w zachwycającym towarzystwie i kulturze, było strzałem w dziesiątkę. Ta książka nie wciąga, ona pochłania nas bez reszty. Czytając ją przenosimy się do innego świata, poznajemy jego nawet najciemniejsze strony, widzimy zepsucie, ale też człowieczeństwo. Widzimy jak często pieniądze to nie wszystko, ale zdecydowanie wystarczająco dużo. Możemy się przekonać na własnej skórze jak osoby będące wzorcami dla innych, okazują się kimś kogo nie znamy. Jak ludzie stwarzają pozory, tylko po to żeby ukryć ich prawdziwą naturę. Cierpienie.

Autorka gra z nami w kotka i myszkę. Podaje nam potencjalnych zabójców na tacy, chce żebyśmy myśleli, że wiemy wszystko.. ale czy na pewno? Czy zawsze wszystko co jest oczywiste, jest takie naprawdę? Czy ludzie są nieomylni? Montero udowadnia nam, że nie wszystko złoto co się świeci. Nie każdy dobry jest taki naprawdę. Nie każdy zły na zewnątrz, jest taki w środku. Co więcej, nie rzuca wyzwania tylko nam, ale też swoim bohaterom. Wodzi ich za nos, pokazuje rozwiązania, które są tak oczywiste, że muszą być prawdziwe. Z drugiej strony, wskazuje palcem jak oczarowanie kimś może zamydlić oczy. Jak bardzo wypieramy ewentualne oskarżenia tylko dlatego, że nie chcemy żeby były prawdziwe. Pozostaje jednak pytanie.. czy są prawdziwe?

Żałuję kilku rzeczy. Jedną z nich jest to, że tak długo zwlekałam z przeczytaniem tej powieści. Drugą, że 'Złota Skóra' nie jest wielkości encyklopedii. Trzecią, że nie mam pod ręką innych książek tej autorki, bo bardzo teraz tego potrzebuję, ale na mojej półce jest tyle nieprzeczytanych maleństw, że wielkim grzechem będzie kupowanie kolejnych tylko po to żeby zasilały szeregi moich ignorowanych żołnierzy. Możecie jednak być pewni pojawienia się nazwiska tej autorki po raz kolejny już niedługo. Jej historia jest oryginalna, styl nieprzesadzony, a umysł genialny, biorąc pod uwagę jak beztrosko potrafi wprowadzić niemały zamęt. Czytając tą książkę zakochiwałam się powoli, stopniowo, w końcu dając się zauroczyć. Jeśli macie ją na swojej półce wstydu, nie zwlekajcie dłużej. Nie warto czekać.

wtorek, 5 grudnia 2017

Stephen King i Richard Chizmar, Pudełko z guzikami Gwendy

Z natury podchodzę sceptycznie do wszelkiego rodzaju współprac dotyczących pisania książek (tak długo jak nie są to zbiory opowiadań). Być może dlatego, że nie rozumiem jak taka współpraca między dwoma, często zupełnie różnymi autorami, wygląda. Poza tym, pisanie książek to trochę przelewanie swojej duszy na papier, coś intymnego, niekoniecznie wymagającego wtrącania się duszy numer dwa. Nie ukrywam też faktu, że jestem paskudnym introwertykiem, więc to niezrozumienie jest chyba, cóż, w pewnym sensie zrozumiałe. Przyznam jednak oficjalnie, że King wiedział co robi. Pan Chizmar również (dzięki tej książce dowiedziałam się o jego istnieniu, nic nie sugeruję).


Gwendy to zwyczajna dziewczyna, która pewnego dnia spotyka niezwyczajnego mężczyznę. Niezwyczajny mężczyzna daje jej tajemnicze drewniane pudełko z kilkoma guzikami i dwoma dźwigienkami. Pan w kapeluszu mówi Gwendy, że będzie wiedzieć do czego służą i Gwendy wie.

Istnieje spore prawdopodobieństwo, że to najkrótsza powieść Kinga, którą miałam w rękach. Żadnej jego książki nie przeczytałam w przeciągu dwóch godzin i nie spodziewałam się, że coś takiego kiedykolwiek się wydarzy.. a tu proszę. Niektóre jego opowiadania bywają dłuższe. Absolutnie nie narzekam, bo to jedna z moich ulubionych historii tego roku. Poza tym, przy moim wracaniu do czytania takie maluchy cenię nawet bardziej. A przy okazji.. wydana jest cudownie. 

To pierwsza kolaboracja Kinga z innym autorem jaką miałam okazję przeczytać. Nie wiedziałam co z tego wyniknie, trochę się bałam, trochę byłam niepewna, ale przyznaję z ręką na sercu, że to małe cudo. Co prawda skończyła się za szybko jak na Kinga (z jego normalnym tempem pewnie akcja byłaby jakieś 300 stron przed nami), ale może to właśnie cały urok tej historii? Bezpośredniość, nieowijanie w bawełnę, szybka akcja i przeskoki czasowe. I mimo tego niedosytu, tego dziwnego poczucia pustki po zakończeniu, była to lektura więcej niż dobra, więcej niż wciągająca. To ten rodzaj książki, którą kończy się za pierwszym podejściem, nie tylko ze względu na ilość stron. Historia Gwendy was pochłonie bo jest najzwyczajniej w świecie znakomitą lekturą na zimowy wieczór. A przynajmniej jego część.

Historia jaką stworzyli ci dwaj autorzy może stać się jedną z tych ponadczasowych książek, które w pewnym momencie każdy będzie znał lub chociaż o niej słyszał. Nie dlatego, że jest wybitnym arcydziełem. Tak po prawdzie nie każdy klasyk jest wybitnym dziełem znakomitego autora. Ta książka ma po prostu w sobie coś, czego ja się nie spodziewałam. Myślałam, że będzie zła, a to prawdopodobnie jedna z najlepszych historii jakie przeczytałam w tym roku (pominę fakt, że niewiele w tym roku przeczytałam). Jest intrygująca, zahacza o temat władzy niemal absolutnej, zmusza nas do zastanowienia się co my sami byśmy zrobili mając takie pudełko i dlaczego byłby to okropny pomysł. Rozumiecie do czego dążę? King często powtarza, że jego książki nie mają drugiego dna, ale jak ktoś się uprze, zawsze coś tam znajdzie po drugiej stronie, a ja jestem upartym człowiekiem.

To jedna z tych książek Kinga (a właściwie z udziałem Kinga), którą każdy może przeczytać. Tak naprawdę nieważne czy go lubicie, czy nie. W tej książce King jest Kingiem, i nie jest Kingiem. Być może to zasługa Chizmar'a. Może ich współpraca działała na zasadzie wzajemnego powstrzymywania się od tradycyjnego rozpisywania na 330 stron samego wprowadzenia. Być może King chciał spróbować czegoś nowego.. a może po prostu usiedli i napisali krótką, zwięzłą historię, która spodobała im się na tyle, żeby ją wydać. Na nasze szczęście to właśnie zrobili. Na nasze szczęście nie jest to kolejna powieść, która trafia do szuflady nieprzeczytana. Na wasze szczęście to historia, którą najpewniej polubicie nawet nie przepadając za Kingiem.. a to już niemal magia. 

sobota, 2 grudnia 2017

Confess, Colleen Hoover.

Nikt nie pisze o miłości tak jak Colleen Hoover. Niech dowodem będzie fakt, że jest jedyną autorką romansów, po którą sięgam przynajmniej raz do roku (w moim wypadku to naprawdę często). Nie lubię książek z tego gatunku, ale Pani Hoover.. och.. ach.. jej książki to zawsze emocjonalna huśtawka, którą ja z całego serca doceniam. Tak więc, napiszę o jej książce raz jeszcze i wiem, że niektórzy z Was docenią tą małą odskocznie od Kinga.


Auburn i Owen. Dwójka młodych ludzi, których życie nie należy do najłatwiejszych (jak to często w książkach Hoover bywa). Oboje stracili kogoś zbyt szybko.. oboje za wcześnie musieli dorosnąć. Kiedy ich ścieżki się przecinają w drzwiach galerii (która nie do końca jest galerią, ale to nie istotne) wiemy jak to się skończy, nie wiemy jednak w jaki sposób.. nie znamy ich tajemnic, nie wiemy zbyt wiele o ich przeszłości.. na nasze szczęście. Nie można dostawać wszystkiego na tacy.

Za każdym razem kiedy sięgam po książkę Hoover, wiem, że historia będzie absurdalnie dobra. Ta kobieta ma największy, ze wszystkich autorów powieści romantycznych, talent to wyciskania łez życiowymi historiami, których bohaterowie zazwyczaj mają pod górkę (albo mieli). Tak przynajmniej myślę, w końcu mniej więcej od czasów podstawówki wyrzekam się niemal wszystkiego co z typową literaturą romantyczną ma coś wspólnego. Jednak ja nie o tym..

Zacznę od tego co w książkach Hoover denerwuje mnie najbardziej, i niestety 'Confess' nie było wyjątkiem. Mimo mojego naprawdę dużego szacunku dla niej jako niesamowitej autorki, kreatorki życiowych powieści, mistrzyni wyciskania łez i niebanalnej romantyczki, nie mogę zignorować faktu, że postacie męskie pisane z jej perspektywy są bardzo.. kobiece. Sposób zachowania, myślenia, czasami nawet mówienia jest aż nazbyt zniewieściały, przesadny, przesłodzony.. wiem, że to książki pisane przez kobietę, i wiem, że to powieści romantyczne, i wiem, że się czepiam, ale to tylko moja mała uwaga, bo naprawdę nie mam się czego przyczepić (nawet nie mam na to ochoty). Nie zrozumcie mnie źle.. pokochałam Owena tak jak większość bohaterów męskich stworzonych przez tą panią. Jednak gdybym miała wskazać nad czym JA SAMA bym popracowała będąc Hoover, to właśnie kreacja naszych miłych, łamiących serca czytelniczek na całym świecie, panów.

Książki Hoover to magia. 'Confess' to magia. Nie będę nawet udawać, że nie płakałam, bo to byłoby bardzo nieprzekonywujące kłamstwo. Zastanawiam się czy są osoby, które czytając tą powieść nie poczuły ucisku w brzuchu? Nie uroniły chociaż jednej, malutkiej łzy? Jesteście tam? Bo jeśli tak, zdradźcie mi wasz sekret. Ja ryczałam jak bóbr, ale to dobrze. Książki są od emocji. Tych dobrych, i tych złych. Tych łamiących serce, i tych podnoszących na duchu. Hoover nas łamie, ale nie martwcie się.. robi to tylko po to żeby udowodnić, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być lepiej.

'Confess' to książka o przeznaczeniu, bez względu na to czy w nie wierzycie, czy nie. To historia o walce, o wysiłku, który trzeba włożyć, jeśli nam na czymś (lub na kimś) naprawdę zależy. To historia o tragicznej i 'nie-tak-tragicznej' miłości. O upadkach i o wzlotach. O tym, że nie wszystko jest takie, jak się może wydawać. To kolejna doskonała powieść Hoover. Kolejna, po którą warto sięgnąć. Tak naprawdę nawet zniewieściałe momenty bohaterów męskich są nieistotne.. bo Hoover to magia na scenie powieści romantycznych. Koniec wygadywania głupot.

poniedziałek, 20 listopada 2017

Klasyka nie gryzie #6: A.Dumas 'Trzej Muszkieterowie'

Za długo mnie tu nie było. Przyznaję to z ręką na sercu i grymasem na twarzy. Zrobiłam się strasznie leniwa, a przecież to kocham, prawda? Kocham pisać. Niekoniecznie potrafię, ale zapał do czegoś to połowa sukcesu. Książki kocham nawet bardziej, więc nie mam pojęcia co strzeliło mi do głowy żeby z premedytacją zapominać (każdego cholernego dnia), że mam tu swoje ulubione miejsce, w którym mogę pisać wszystkie bzdury jakie przyjdą mi na myśl i nie przejmować się konsekwencjami. Dlatego jestem. Trochę też tęskniłam.



'Trzej Muszkieterowie' odhaczeni. Z jednej strony bardzo się cieszę, bo naprawdę wstyd się przyznać jak długo ta książka męczyła się na mojej półce nieprzeczytana i samotna.. z drugiej jednak trochę mi żal, że nie będę mogła przeżyć tej przygody na nowo, nie wiedząc czego się spodziewać. To ten dziwny moment kiedy się zastanawiam czy książki to największy cud naszego świata, czy przekleństwo.. ciągle nie zdecydowałam. To się raczej nie zmieni (wiecie o tym równie dobrze jak ja).

Pytanie pierwsze: czy ktoś poza mną nie znał "Trzech Muszkieterów"? Pytanie drugie: Jeśli tak, to co właściwie robicie ze swoim życiem? Jeżeli istnieje na tym świecie klasyk, który zasługuje na waszą uwagę bardziej niż "Trzej muszkieterowie", to w tym momencie nie potrafię wam go wcisnąć, choćbym się dwoiła i troiła (może jutro). To jedna z najzabawniejszych, najsympatyczniejszych i najbardziej karykaturalnych powieści jakie miałam okazje czytać w ostatnim czasie. A to dużo 'naj' jak na mój gust.

Opowieść o trzech muszkieterach i jednym, biednym panu d'Artagnan, zachwyciła już niejednego czytelnika w tym ponurym świecie. Jeżeli macie tą lekturę już za sobą (co jest wielce prawdopodobne) na pewno wiecie jak trudno czasami się nie uśmiechać podczas jej czytania. I nie chodzi nawet o to, że postacie są przerysowane, sytuacje są stworzone na wyrost, a cały klimat książki jest absurdalny.. chociaż nie, właściwie chodzi dokładnie o to. Pan Dumas był albo znakomitym kawalarzem, albo bardzo poważnym autorem, któremu trochę humoru wypłynęło spod pióra. Przygody tych czterech przyjaciół to nie tylko humorystyczna, ale też błyskotliwa plątanina dziejów, które w swojej powadze śmieszą najbardziej. Trudno się od niej oderwać, a jeszcze trudniej nie zakochać.

Klasyk to bardzo ciężkie określenie, często mylone z bardzo trudną do przejścia literaturą. A szkoda. Zarówno 'Trzej Muszkieterowie' jaki i ta garstka klasyków, które do tej pory oceniłam (nie zrecenzowałam, zaznaczę po raz kolejny), to lektury idealne na przyjemny, już zimowy, wieczór z książką. Styl Dumas nie jest skomplikowany, jego postacie nie są wybujałe, a cała historia nie przygniata swoim nabrzmiałym ego. Poza tym (według mojego skromnego zdania) to jedna z tych pozycji, które naprawdę warto znać nie tylko ze słyszenia (szczególnie, że to cholernie dobra lektura, moi drodzy). Czasami warto sięgnąć po coś, co nie będzie emanować powagą, co niekoniecznie musi być brane na poważnie.. coś co będzie wzbudzać w nas zażenowanie i litość wobec postaci i ich często niezbyt mądrych decyzji, które koniec końców okazują się przebłyskami geniuszu.

I już ostatnie.. najprawdopodobniej będziecie chcieli się zaprzyjaźnić z głównymi bohaterami. Będziecie marzyć o uczestnictwie w ich przygodach i jakże (dla nich) poważnych rozmowach. Będziecie chcieli być świadkami wszystkich miłości d'Artagnana, poznać historie Athosa, posłuchać mądrości Aramisa i podziwiać Porthosa za jego zdolności manipulacyjne. Ta czwórka to najprawdopodobniej najwięksi szczęściarze w literaturze. Jeżeli dorwiecie już ich w swoje ręce, nie puszczajcie i bawcie się dobrze. To w końcu literatura.

niedziela, 1 października 2017

Strażak.

Słyszałam, że 'Strażak' ma być zastępcą 'Bastionu'. Słyszałam też, że to najlepsza (jak dotąd) powieść Hill'a. Być może nawet dzieło jego życia (jak dla mnie autor ma przed sobą jeszcze wiele swoich 'dzieł życia'). Z jednym mogę się zgodzić.. to jedna z najlepszych książek wydanych w tym roku (w Polsce) jaką miałam okazję czytać.. Nie jest to jednak najlepsza książka Hill'a a 'Bastion' pozostaje niezastąpiony. Tak się sprawy mają z mojej strony. 


Moja przyjaźń z Joe Hill'em rozwija się swoim tempem. O ile z jego ojcem połączyła mnie niezastąpiona więź porozumienia od pierwszej przeczytanej strony, o tyle z synem buduję zaufanie stopniowo. Nie dlatego, że jest pisarzem gorszym, czy dlatego, że jego powieści są 'nie tak dobre' jak Kinga seniora.. nie. 'Pudełko w kształcie serca' wciągnęło mnie bez reszty, na 'Rogach' też się nie zawiodłam. Co więcej, w obu powieściach (a szczególnie w 'Pudełku..') były momenty i autorskie popisy, których i King by się nie powstydził. Może w tym rzecz.. Czasami Hill za bardzo przypomina mi Kinga (tylko czasami) a ja bardzo nie chcę go oceniać przez pryzmat ojca. Uważam, że jest utalentowany. Uważam też, że zasługuje na uznanie chociaż za to, że nie chciał się wybić na sławnym nazwisku. I bardzo, bardzo się starałam nie myśleć o nim jak o synu Kinga. KINGA. Człowieka dzięki, któremu wróciłam do czytania. Człowieka, który okazał się TYM autorem.. ale Hill sam mnie sprowokował wspominając 'Bastion' w swoim wywiadzie. 'Bastion'.. 'Bastion' który jest TĄ książką.

Może zanim napiszę coś jeszcze, wspomnę tylko, że 'Strażak' naprawdę mi się spodobał. Co prawda czytałam go przez trzy miesiące.. Właściwie nie czytałam, ale to nie wina Hill'a tylko mojego tymczasowego książkowstrętu (został pokonany w zarodku, spokojna głowa). Jednak koniec końców książka okazała się całkiem przyjemną lekturą, i niemiłym potwierdzeniem, że 'Bastion' jest tylko jeden. Nieważne jak będą się starać, i pocić, i myśleć, i kombinować.. są rzeczy, których nie da się podrobić. Są książki, których nie da się napisać pod inną przykrywką. Są historie, którym nie można dać drugiego życia.. Ta część mojej opinii będzie dokładnie o tym jak Hill spieprzył sprawę porównując 'Strażaka' do 'Bastionu'. Takich rzeczy się nie robi. Takich słów się nie wypowiada. Jesteś utalentowanym pisarzem, według niektórych lepszym od ojca.. w porządku. Jednak mimo wszystko (tu warczę pod nosem, adrenalina mi skacze, sama się nakręcam..) porównywanie swojej książki do jednego z najlepszych dzieł Kinga, najbardziej znaczących dzieł Kinga, cóż.. tak nie wypada, Joe, po prostu nie wypada. Szczególnie, że przecież nie chciałeś być porównywany do ojca, utalentowany skurczybyku, prawda??

Skoro już trochę sobie ulżyłam, moja frustracja nieco zmalała, a adrenalina opadła, powiem wam dlaczego powinniście sięgnąć po 'Strażaka'. Przede wszystkim nie podchodźcie do tego jak do zastępcy 'Bastionu', dobrze? Po prostu tego nie róbcie. To trochę świętokradztwo i koniec tematu. To książka, w której choroba jest punktem zapalnym prowadzącym do końca świata (bo jak wiemy, według ludzkości, koniec naszej rasy to cóż.. koniec świata... niech nam będzie), a to coś co w tym momencie i tym świecie lubimy najbardziej... Apokalipsy różnego rodzaju. Poza tym Hill to naprawdę niewiarygodnie utalentowany pisarz. Mówię to z ręką na sercu, i sercem na dłoni. Potrafi prowadzić czytelnika przez historię, zachęcać do przewrócenia kolejnej kartki, przeczytania kolejnej strony.. wplata też trochę morałów dających do myślenia. Nie mówię, że po przeczytaniu tej historii będziecie się czuć lepiej. Nie będziecie. Hill zabija nas moralnie w niektórych momentach, pokazuje jakimi skurwysynami (nie powinnam tu przeklinać, prawda?) potrafią być ludzie. Jak żerujemy na nieszczęściu innych, jak odwracamy się plecami, tylko dlatego, że nas to nie dotyczy. Na szczęście pokazuje też, że nie jesteśmy aż tacy źli.. tylko po to żeby chwile później udowodnić, że jednak jesteśmy gorsi niż na początku myśleliśmy. I mimo, że powinniśmy się spodziewać niektórych zwrotów akcji stworzonych przez autora, nie chcemy się ich spodziewać. Tak po prostu. Jesteśmy ludźmi, koniec końców chcemy myśleć o sobie dobrze.

Nie powiem, że to najlepsza książka Hill'a (chciałam napisać King'a.. ups) jaką przeczytałam. Nie zawsze trzymała w napięciu, nie zawsze dawała to czego można od niej oczekiwać, ale nie zawiodłam się ( mimo, że nie jest to ekhm.. 'Bastion') i Hill dostanie kolejny kredyt zaufania. Polubiłam się z jego postaciami. Niektóre znienawidziłam. Niektóre sprawiały nawet, że książka wylądowała na ścianie.. kilkakrotnie.. ale to dobrze. Wiecie dlaczego? Dlatego, że Hill potrafi wzbudzać emocje. Sprawia, że nie tylko czytamy, ale też czujemy. Pokazuje, że może nie jest Kingiem, ale potrafi się uczyć na powieściach własnego ojca. Udowadnia, że nie chce być jak on, ale wie, że byłby głupi nie naśladując ojca chociaż w niektórych aspektach. To jego krew. Są rzeczy, których nie można się wyrzec.. Hill ma talent. Może będzie lepszy niż King. Może już jest, nie dla mnie, ale dla kogoś na pewno. Jestem podekscytowana jego przyszłą literacką podróżą. Mam nadzieję, że uraczy nas jeszcze wieloma niesamowitymi powieściami, które zerwą nam czapki z głów. Na razie pozostaje mi czekać.. na szczęście jestem cierpliwa, tylko błagam.. żadnych więcej porównań.

'To przerażająco niesprawiedliwe, jeśli umierasz w trakcie dobrej historii, zanim dowiesz się, jak się skończyła. To znaczy, poniekąd każdy z nas umiera w trakcie dobrej opowieści. Swojej własnej historii. Historii naszych dzieci. Albo wnuków. Śmierć jest okrutna dla miłośników książek.'
Joe Hill, Strażak 

wtorek, 27 czerwca 2017

Stephen King "Dziewczyna, która kochała Toma Gordona"

Wiem co powiecie.. Stephen King. Znowu. A ja nawet nie będę udawać, że mi przykro, ponieważ tak.. macie racje.. Stephen King. ZNOWU. Uśmiecham się pisząc to 'znowu'. Naprawdę. Pewnie dlatego, że za każdym razem kiedy pojawia się tu nazwisko Pana Kinga, to bardziej niż pewne, że mam za sobą cudownie spędzony czas, z cudownie napisaną książką, cudownego autora. Wiecie, że się trochę droczę. Przeciągam na siłę bzdurny wstęp. Udaję, że wiem co robię. Popełniam mnóstwo błędów dla zabawy. Piszę tak jak się pisać nie powinno. Ale tylko przez chwilę. Bo mogę. 


Jeśli jesteście tutaj nowi, musicie coś o mnie wiedzieć zanim zaczniecie czytać ten tekst (chociaż na dobrą sprawę zaczęliście go czytać jakieś pół minuty temu). Kocham Stephena Kinga. Tak. Powiedziałam to. Znowu. I nie myślcie, że to tylko takie gadanie. Nie. Ja NAPRAWDĘ kocham Stephena Kinga. Więc jeśli w trakcie czytania stwierdzicie, że coś ze mną nie tak.. że może trochę przesadzam, że jestem nieco.. nieco zbyt entuzjastyczna jeśli chodzi o książki Kinga, cóż.. zapewne macie racje. Dlatego przymrużcie jedno oko, a później drugie, i wiedzcie, że nawet nie próbuję przesadzać. 

Kto potrafi pisać książki o chodzeniu, które będą interesujące? Dam wam małą podpowiedź.. jego nazwisko zawsze zajmuje pół miejsca na stronie tytułowej.. zapewne dla tych, którzy usilnie próbują ignorować fenomen tego autora. Tak, to Stephen King. Człowiek, który zmusza nas do czytania książek nie mających prawa być ciekawymi, a jednak. Nie miałam pojęcia o czym będzie ta książka, wierzcie mi na słowo. Z natury nie lubię czytać opisów zamieszczonych na tyłach książek. Nie wiem dlaczego.. tak po prostu jest. Jednak zawsze w głowie czytelnika pojawia się wyobrażenie na temat danej książki. Pewnie dlatego sądziłam, że 'Dziewczyna, która kochała Toma Gordona' to książka o kobiecie, która wymyśliła sobie jakiegoś mężczyznę i zaczęła tracić rozum. Wiem, że się śmiejecie, wy, którzy czytaliście tą książkę. Powiem to raz.. nie miałam racji. Nie. To książka o dziewczynce zgubionej w lesie. Dziewczynce, która krąży i krąży, i krąży.. dziewczynce z walkmanem, zakochanej w Tomie Gordonie. Tak po prostu.

Kiedy zaczęłam czytać i doszło do mnie co tak naprawdę będzie się działo w tej książce, cóż.. w sumie nie miałam pojęcia co o tym myśleć. Jedną książkę Kinga o chodzeniu miałam już za sobą i nie byłam pewna czy jestem psychicznie przygotowana na kolejną tego typu historię w tak, mimo pozorów. krótkim czasie. Z drugiej strony.. czy na powieści Stephena Kinga można być psychicznie przygotowanym? Otóż nie. Nie jesteście w stanie przewidzieć co ten nieszczęsny pisarz znowu wymyśli. Ja przestałam bawić się w jasnowidza już dawno temu. To nie typ autora, który daje czytelnikowi to czego czytelnik pragnie. Nie. To typ autora, który napisze książkę tak jak chce z kilku powodów.. Bo może. Bo chce. Bo może. Bo chce. Więc jeśli nie lubicie czytelniczego dyskomfortu, nie polubicie się z Kingiem.. czy warto jednak zaryzykować? Oj, warto.

Przez pierwszą część książki działo się niewiele, ale jako czytelnik w Kinga już wprawiony, pozostawałam czujna. Wiem co on potrafi, wiem kiedy potrafi, i wiem jak potrafi. Dziewczyna zgubiła się w lesie. W porządku. Dziewczynka słucha meczów przez swojego walkmana. W porządku. Dziewczynka chodzi, płacze, więcej chodzi, myśli.. i ciągnie się to przez jakiś czas, i podoba się to nam bardziej niżbyśmy chcieli, i być może nawet tracimy na chwilę, na krótką chwilę czujność.. i wtedy wchodzi King i jego paranoje, które stają się naszymi. Nagle coś pojawia się w ciemności, i czujemy tego wzrok na sobie, chociaż nie powinniśmy, bo jak? To przecież tylko książka. Tylko książka. Tylko i wyłącznie książka. 

Ale dyskomfort pozostaje,
Pozostaje uczucie bycia obserwowanym.
Pozostaje niepewność.

To tylko King moi drodzy. Słaby taki ten autor. Pierdoły pisze, nie książki. To nawet nie jest prawdziwa literatura. Nie czytajcie.. nie warto. Dobrze.. koniec nieśmiesznych żartów. To tylko King moi drodzy czytelnicy, nic więcej.. to tylko historie takie jak ta, które sprawiają, że chcę więcej, i więcej, i więcej.. a to nawet nie jego najlepsza książka. Nie. Nie umieściłabym jej w czołówce moich ukochanych powieści mistrza. To tylko jedna z jego powieści, którą po prostu napisał, która została wydana i trafiła w końcu w moje ręce, w ręce czytelnika nieświadomego, zakochanego, wdzięcznego. Czasami coś nie musi mieć sensu, wiecie o tym? Literatura nie zawsze musi poruszać poważne tematy, nie zawsze musi być życiowa. Mam wystarczająco dużo życia i rzeczywistości wokół siebie. Czasami jestem wdzięczna, po prostu wdzięczna, za tego popaprańca i książki takie jak ta. Nie oceniajcie mnie za te bzdury i za to, że cóż.. kocham Stephena Kinga.

Może kiedyś nawet napiszę recenzję na temat książki, a nie list miłosny do autora.. może, ale nie czekajcie na to. 

piątek, 23 czerwca 2017

Klasyka nie gryzie #5: John Steinbeck 'Myszy i ludzie'

Od czasu do czasu w ręce wpada nam książka, o której dużo słyszeliśmy, ale tak naprawdę, niekoniecznie coś o niej wiemy. 'Myszy i ludzie' to już książka klasyczna, chociaż w porównaniu do innych klasyków, można określić ją mianem młodzika. Jeżeli będziecie chcieli (a wierzcie mi, będziecie chcieli) pożrecie tą książeczkę w ciągu jednego dnia. Nie powiem wam dlaczego. Tak po prostu się stanie. I będziecie niewiarygodnie zadowoleni.



Zacznijmy może od tego, że cokolwiek sobie nie wyobrażacie na temat tej książki na pewno okaże się ona zupełnie inna od waszych rozważań na jej temat, więc porzućcie wszelkie domysły i po prostu ją przeczytajcie. Nie jest to książka o biednych i bogatych (a przynajmniej nie taki jest jej główny zamysł). Nie znajdziecie tu również walki pomiędzy myszami i ludźmi. Nie ma ona również nic wspólnego z Kopciuszkiem, Tomem i Jerrym.. i w sumie nie pamiętam innych bajek, w których pojawiały się myszy. To książka, której tytuł niedosłownie daje nam jakiekolwiek wskazówki, aczkolwiek jest chwytliwy, więc można trochę poużywać wyobraźni, tylko po to, aby przekonać się jak bardzo się myliliśmy.

To historia oparta na ludzkich emocjach, czyli coś co przemawia do mnie najbardziej. Powieść nieskomplikowana, jednocześnie uruchamiająca rollercoaster myśli. Jej prostota jest jej najmocniejszą stroną. Jej najmocniejszą stroną jest jej prostota. To książka o niespełnionych nadziejach, przyjaźni.. o przypadkowym powiązaniu dwójki ludzi. O przypadkowym powiązaniu człowieka i psa. O przypadkowych odcieniach miłości, lub w niektórych przypadkach, jej braku. O nieświadomym źle. O dobroci, która cierpiała. O cierpieniu, które nie zawsze było dobre. To historia o niewypowiedzianych słowach. Trudnych decyzjach. Niespełnionych marzeniach. To książka o nadziei, która czasami po prostu tylko jest.. a czasami się kończy.

Uwielbiam takie książki, chyba o tym wiecie. Uwielbiam kiedy autor potrafi wykorzystać prosty pomysł i wycisnąć z niego jak najwięcej. Wycisnąć z niego tyle, żeby czytelnicy byli spragnieni kolejnych historii. Pan Steinbeck pozostawia po sobie przyjemny niedosyt, który zmusza mnie do sięgnięcia po jego kolejne powieści. Może nawet nie zmusza.. może po prostu chcę po nie sięgnąć. Może szukam tylko pretekstu żeby kupić kolejne książki, położyć je na półce, i nie mieć czasu na ich przeczytanie? Może. W takich sytuacjach każdy powód wydaje się być odpowiedni, prawda?

To cudowna, naprawdę cudowna historia, chociaż nie potrafię wam dokładnie powiedzieć dlaczego tak jest. Nie ma tu nic szczególnego.. żadnych superbohaterów. Żadnych nadzwyczajnych, nadnaturalnych elementów. To historia tak prosta jak tylko proste potrafi być życie, a jednak.. ma w sobie to magiczne, nieokreślone coś, które sprawia, że czytamy od początku do końca, na jednym wdechu, czasami nawet zapominając oddychać. Nie, nie zakochałam się. Jestem pod wrażeniem? Owszem. Czy uważam, że powinniście po nią sięgnąć? Jak najbardziej. Jednak wiecie, że do niczego was nie zmuszam. Polecam, liczę, że przeczytacie i polubicie Steinbecka, tak jak ja polubiłam.. Kto wie? Może kiedyś się nawet zaprzyjaźnimy?

Nigdy nie mów nigdy, prawda?