środa, 31 grudnia 2014

Ostatnia recenzja w tym roku - "Rozmowy pod Drzewem Zapomnienia" A. Fuller

"Wiele osób pyta mnie, dlaczego rodzice nie wyjechali z Afryki. Mówiąc najprościej: ta ziemia ich opętała. Dla mamy jest miłością, dla taty - religią. Kiedy tata odchodzi od drzewa zapomnienia, wędruje nad rzekę i z powrotem, to tak jakby przemierzał swój życiowy, święty związek z ziemią, który zawarł jeszcze w dzieciństwie."

A. Fuller "Rozmowy pod drzewem zapomnienia"

O "Rozmowach..."
W swojej książce Pani Fuller za pomocą pięknej prozy opowiada historię swojej rodziny, i mimo, że wspomina o swoim ojcu dość często, jasne jest, że to matka jest zarówno bohaterką książki, jak i bardziej kolorową połówką małżeństwa Fullerów. Całość ma egzotyczną otoczkę, pełną dzikich zwierząt i promieni słonecznej Afryki, która urzeka od pierwszej strony (i okładki). Zdarzają się momenty, kiedy zapach i magia tego kontynentu nachalnie podsuwa nam obrazy raju i sami pragniemy się tam znaleźć, jednak są też chwile, gdy zdezorientowani nie mamy pojęcia czy Afrykę kochać czy nienawidzić. Nie zawsze kolorowe przygody (które zdarzyły się realnym ludziom w realnym świecie) powodując chwile zadumy i zastanowienia nad własnym życiem oraz inne spojrzenie na historię Afryki, którą poznajemy od wewnątrz. Książka ma charakter wspomnień, przeplatanych rozmową i bardzo rodzinną, ciepłą atmosferą. Po prostu chce się czytać ( najlepiej z kubkiem aromatycznej herbaty z kwiatu hibiskusa ) i zatopić w afrykańskim cieple podczas naszego europejskiego chłodu.


Kilka słów ode mnie.
Nie sięgnęłabym po tą książkę, nie zwróciłaby mojej uwagi w księgarni czy na stronie internetowej. Nie szukałabym jej z zapartym tchem. Jednak wygrałam ją przypadkiem i nie przypadkiem przeczytałam, zadowolona jak nigdy, że przypadek okazał się tak przyjemny. Nie powiem, że to książka, która porwała moje serce i zawładnęła moją duszą, bo tak nie jest. Niewątpliwie jednak jest to bardzo przyjemna, lekka i piękna opowieść o miłości do kraju, który stał się domem z wyboru i serca, nie rozumu.Czy polecam? Polecam, szczególnie dla ludzi szukających w zimie ciepłej opowieści, momentami dramatycznej i wyciskającej łzy, ale mimo wszystko (tak powtórzę się) pełnej miłości i kolorów.

wtorek, 30 grudnia 2014

Książkowe postanowienia noworoczne, wyzwania i moje życzenia dla was, książkomaniacy.

Postanowień książkowych nie mam wiele. Jednak zapragnęłam mieć jak.iekolwiek a to już duży postęp w sprawie, prawda? Jak każdy (chyba) nadużyłam wyobraźni i dałam się ponieść (nie wiem kiedy znajdę czas), ale wam przedstawię te typowo książkowe:

1. Przeczytać w rok 100 książek.
2. Poznać nowych autorów (a nie tylko King i King)
3. I.. Przywiązywać większą wagę do pisarzy europejskich (w tym polskich) niestety zaniedbanych w roku 2014.

Poszalałam

Z wyzwaniami też szału nie ma (wiem, że niektórzy rzucają nimi na prawo i lewo), ja wybrałam dwa. Na razie. Jedno upatrzone wcześniej, a drugi nie tak dawno.

1. Przeczytam tyle ile mam wzrostu ( nie muszę, przedstawiać, prawda? Informacje znajdziecie tu.) Bardzo żałowałam, że nie zdążyłam wziąć udziału w edycji 2014 dlatego cieszę się z jej wznowienia.


2. Nazwałam to złotą 50. Wyzwanie wymyślone przez Popsugar.com, ja znalazłam je u tej Pani:) i zachęcam was do zabawy, no bo czemu nie? 

Co więcej, na to wyzwanie znalazłam swój sposób (choć pewnie żadna to innowacja), stworzyłam słoik z pociętymi wyzwaniami, które będę losować w ilości czterech dwa tygodnie przed następnym miesiącem (żeby się przygotować książkowo) i może dotrwam do końca. Może. Bo za siebie nigdy nie ręczę.


Tandetna wstążka musi zniknąć.



a teraz część bardziej przyjemna...


Drodzy czytelnicy!
Wirtualne koleżanki i koledzy lub jeszcze nieznajomi!
W nadchodzącym 2015 roku, życzę wam dużo czasu.
Na książki, bo wierzę, że z resztą sobie poradzicie
a z książkami to czasem trudno sobie poradzić.
Życzę wam samych dobrych lektur, bo kiedy czas jest tak cenny
jego strata na byle badziew jest stratą największą.
Życzę wam stosów przeczytanych, nie tylko dodanych.
Życzę szczęścia w łowieniu książkowych promocji.
Miłości (w życiu i książce), sensacji, multum emocji, horroru (tylko w książce)
i spełnienia książkowych marzeń.
Ja  w 2015 zamieniam się w Legolasa.
I życzę sobie tego czego wam, 
więc nie obawiajcie się moich życzeń,
siebie bym nie skrzywdziła. 

sobota, 27 grudnia 2014

King i jego "Czarna Bezgwiezdna Noc"

Gdybym miała powiedzieć (tudzież napisać) za co cenię Kinga i dlaczego jest dla mnie TYM autorem wskazałabym trzy czynniki: język jakim operuje, historie, które tworzy i skala jego umiejętności obserwatorskich. Kiedy oglądam wywiady z nim (ostatnio na skalę masową) chłonę każde słowo, które powie, nie tylko dlatego, że jest wręcz dziwacznie normalny (w starych dżinsach i koszulce wcale nie wygląda jak najbogatszy pisarz na świecie), ale dlatego, że ma doświadczenie i co najważniejsze, ogromną pasję.

Czarna bezgwiezdna noc.
Zbiór opowiadań (pierwsze ośmielę się nazwać minipowieściami) cechujący się tym, że każdy kogoś zabija. W skrócie. Jednak jeśli mam wprowadzić nieco powagi i zadumy nad dziełem artysty, muszę wspomnieć nie tylko o samym sposobie przekazania treści, ale również o wnętrzu i ogólnym przekazie. Każda z opowieści to inna historia, zmierzająca do podobnych wniosków. Ludzie zabijają, z różnych powodów, czasami zupełnie błahych  (jak niechęć sprzedania ziemi - "1922") lub nieco poważniejszych (mąż-masowy-zabójca-gwałciciel-kobiet-i-jednego-chłopca- "Dobre Małżeństwo"), ale każde zabójstwo ciągnie za sobą konsekwencje. Niektórzy popadają w skrajne szaleństwo, inni nie mogą spać w nocy, znowu inni nie potrafią pozbyć się trupa z łóżka (mimo, że nie oni są winni śmierci). Co przeraża najbardziej, to postawa bohaterów. Czasami pozbawionych skrupułów, czasami z niewielkimi wyrzutami sumienia. Co przeraża jeszcze mocniej, to postawa nas, czytelników, czasami kibicującymi zabójcą ("Wielki Kierowca) i ściskającymi kartki papieru ze strachu i ekscytacji. Nienormalnej, nieco psychodelicznej fascynacji śmiercią na papierze.

Podsumowując.
Po delikatnym "Przebudzeniu" sięgnęłam po bezgwiezdną noc i mimo, że na zewnątrz co noc aż roi się od gwiazd, mrok Kingowskiego dzieła zupełnie mnie porwał. Po raz kolejny z uśmiechem satysfakcji odłożyłam książkę na półkę, wiedząc, że mój czas nie był stracony (a czas w czasie pisania licencjatu jest na miarę platyny) a sama książka zasługuje, żeby leżeć wśród innych bardzo dobrych, czasami wybitnych dzieł. Czy tego się spodziewałam? Nie wiem czego tak naprawdę oczekiwałam, nauczyłam się, żeby za bardzo nie bujać w obłokach, jednak moje nie-oczekiwania zostały zaspokojone a serce (i palce) mogą pisać tą opinie bez żadnych wyrzutów. I mimo poświątecznego zmęczenia, pisania bredni od kilku tygodni (za co przepraszam) i coraz zimniejszego powietrza, moja dusza się raduje a serce podskakuje ponieważ...

JEST TO KSIĄŻKA NIE TYLKO DOBRA, NAWET NIE BARDZO DOBRA.. JEST TO KSIĄŻKA CZASAMI WRĘCZ GENIALNA.

ALE JA SIĘ NIE ZNAM

środa, 17 grudnia 2014

O opowieściach, które zwaliły mnie z nóg i zachwiały mój spokój.

".. bo koniec końców wszyscy są skazani na niepowodzenie. Właśnie tak. Zostaną tutaj, w czyśćcu. Bo właśnie tym jest Mariquita - czyśćcem. Tylko, że nikt nie zdaje sobie z tego sprawy. Nikt oprócz naczelniczki."
J. Cañón "Opowieści z miasta wdów  i kroniki z ziemi mężczyzn"

Gdybym miała wskazać z miejsca, w którym właśnie siedzę, najbardziej popieprzoną (wybaczcie) książkę przeczytaną przeze mnie w tym roku, mogę was zapewnić z ręką na sercu, że byłyby to "Opowieści z miasta wdów i kroniki z ziemi mężczyzn". Książka genialna, nieco absurdalna i momentami wprowadzająca czytelnika w uczucie zażenowania, porwała mnie od początku do końca, zarówno swoim bystrym humorem jak i ciekawą fabułą. 

Mariquita, och! Mariquita!
Kolumbijskie miasteczko, pozornie takie jak inne, chociaż zupełnie inne, dotknięte partyzancką tragedią a później kolejną, zwaną Rosalbą. Na początku znajdujemy się w zupełnie normalnym miejscu, gdzie kobiety i mężczyźni żyją według pewnych hierarchii i duchowych zasad. Wszystko jednak się zmienia, kiedy w wiosce pojawiają się partyzanci i wybijają niemal wszystkich mężczyzn, resztę siłą zaciągając do partyzantki, aby wbrew swojej woli walczyli przeciw paramilitarnym. Kobiety zostają same, jak się później okazuje, zapomniane nie tylko przez mężczyzn, ale również rząd kraju targanego wojną domową. U steru staje Rosalba. Kobieta pewna siebie, o nieco wyolbrzymionym mieniu o sobie, nadgorliwa i władcza. Czy kobiety poradzą sobie z brzemieniem? Czy udźwigną część zadań należącą niegdyś do mężczyzn? Czy świat rządzony przez kobiety ma rację bytu? 

Moje małe refleksje.
Mimo ogromnego humoru, autor wplata również wątki nieco poważniejsze, tragiczne i smutne. Po każdym rozdziale dotyczącym miasta wdów, mamy część kronik. Po każdym rozbawieniu, następuje chwila zadumy, okazuje się bowiem, że to co pozornie zabawne wcale takie nie jest. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety, znaleźli się w sytuacji patowej, a my, jako czytelnicy, stoimy pośrodku i możemy tylko biernie się przyglądać, chociaż czasami mamy ochotę krzyknąć i potrząsnąć bohaterami. Autor w sposób nienaganny używa język, przedstawia historię, kulturę i przede wszystkim, tworzy barwne postaci, które możemy pokochać i znienawidzić. Czytając książkę przechodzimy przez skrajnie różnie emocje, a twórca igra z nami każdym słowem i myślą. Książka jest pomylona, ale nieprzeczytanie jej to ogromna strata.

"Tak naprawdę najbardziej chciały być czyimiś dziewczynami, narzeczonymi, żonami. Chciały należeć do mężczyzn, być ich własnością. Utrzymywały, że matki najpierw im wpoiły czasownik "należeć", a dopiero potem "być", i dlatego należenie do kogoś było dla nich ważniejsze od samego bycia."
J. Cañón "Opowieści z miasta wdów  i kroniki z ziemi mężczyzn"


poniedziałek, 15 grudnia 2014

Wyznania książkoholiczki #1: stosik przedświąteczny.

Wybrałam się po spodnie. Niechcący zobaczyłam Empik. Niechcący pojawił się Matras. Niechcący weszłam do środka. Niechcący kupiłam książki.

W Matrasie kupiłam dwie (17, 18 zł) i byłam zadowolona. Reszta.. właśnie. Empik. Ogromna sieć. Sądziłam, że przed świętami trafią się jakieś promocje, a tu nic. W dodatku na półkach były papierowe kubeczki po kawie i ponadczasowy rozgardiasz. Wszystkie książki kupiłam w cenie regularnej (to potrafię przeżyć), ale faktu, że było nieco.. chaotycznie i brudno już nie. Coś mnie ominęło? Książki porozrzucane po półkach jak na śmietnisku.. Nie tak to pamiętam. Ale może to święta. Może marudzę. Może przesadzam.

A oto pierwszy przedświąteczny, blogowy stosik:

Stieg Larsson "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" - kupiłam za jakieś 1,99. Na próbę. Jeśli mi się spodoba zainwestuję w serię.
Alexandra Fuller "Rozmowy pod drzewem zapomnienia" - wygrana na Lubimyczytac.pl
George R.R. Martin "Nawałnica mieczy..." x2- zawinęłam mojemu chłopakowi, muszę w końcu przebrnąć przez tą część a święta to idealna okazja
A. Katsu "Wieczni" -wielka niewiadoma z Matrasa z piękną okładką
G. Moore "Sherlockista"- jak wyżej
G. Flynn "Zaginiona Dziewczyna" - Empik
S. King "Czarna bezgwiezdna noc" - Empik
S. King "Pan Mercedes" - Empik
J. Grisham "Ostatni sprawiedliwy" - Empik
J. Grisham "Firma" - Empik (wczoraj kupiony, dzisiaj znalazłam egzemplarz w domu z trzema innymi.. wiedziałam, że gdzieś był..)
S. King "Doktor Sen" - prezent mikołajkowy od chłopaka
S. King "Lśnienie" - jak wyżej

Bardzo Kingowski ten stos, ale dobrze się składa. Pomijając fakt, że wielką Kinga fanką jestem, piszę też o nim anglojęzyczną pracę licencjacką. Żyć, nie umierać:)

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Kilka słów o anielskiej nienawiści do małp (ludzi): Angelfall part I i II

"Uważajcie, aniołowie bardziej szatanom niż ludziom są bliscy"
Stanisław Jerzy Lec

Historia, o której warto wspomnieć.
Kiedy sięgałam po tą książkę byłam zaintrygowana pomysłem autorki. Można nawet powiedzieć, że kipiałam ekscytacją na samą myśl o książce, w której zobaczymy romantyczne zderzenie (choć w ostatnim czasie nie za wiele wyciskaczy łez czytam) świata aniołów i ludzkości. Penryn (bo tak na imię głównej bohaterce) to nastoletnia córka kobiety, która przez dwie części aż prosi o egzorcystę i siostra siedmiolatki, która została przykuta do wózka. Co więcej, gdyby do kogoś nie przemawiał fakt życia w postapokaliptycznym świecie zniszczonym przez nieco pomylone i rządne krwi anioły, nasza odważna siedemnastka postanawia uratować jednego ze skrzydłatych ( na Boga!) przed innymi skrzydłatymi. Mamy więc uratowanego, złośliwego i nieziemsko uroczego (*przystojnego) Raffe'go i małą, pakującą się w kłopoty Penryn. Razem, czy tego chcą czy nie, będą musieli przedrzeć się do gniazda aniołów-psychopatów, a później będzie tylko gorzej. Tarapaty, prostytucja, eksperymenty i tak! Tak! Alcatraz. Więcej nie zdradzę, bo mogłoby to graniczyć ze spoilerem. A tego przecież nie chcemy, prawda?

Dobre strony książek..
.. to przede wszystkim nietuzinkowa historia bardzo dobrze oddana przez pisarkę. Książki trzymają w napięciu i naprawdę chce się już, teraz, zaraz wiedzieć co będzie na końcu, nawet jeśli przebrneliśmy dopiero przez 20 stron. Co więcej, same postaci są ciekawe, niemdłe, posiadają prawdziwe charaktery i nie wiem jak wy, ale ja zaklaszczę i ukłonię się autorce za brak kolejnych słodkich dziewcząt, które z uległością służą swoim panom. Sam obraz aniołów może nam nieco spartaczyć niewinne umysły, ale naprawdę warto skłonić się do pewnych refleksji. Drastyczne sytuację to na pewno zaskoczenie, którego nie spodziewałam się po Angelfall, a już na pewno nie w tak ociekającym krwią wydaniu. Dociekliwość i szczegółowość to kolejna zaleta, która nie może przejść bez echa. I co najważniejsze.. emocje, czasami przechodzące ze skrajności w skrajność, ściskające gardła i serca. 

Dla zasady, słodzić za dużo też nie wypada.
 Przebrnęłam przez nie w zastraszająco szybkim tempie, ale.. właśnie. ALE. Po pierwsze: rozumiem, że wydanie jednej książki w dwóch częściach jest bardziej opłacalne, jednak w tym wypadku (nie wiem czy wy też odnieśliście takie wrażenie) dwie części ewidentnie kiedyś stanowiły jedną. Po drugie: powtarzalność. Momentami miałam efekt deja vu, i mimo pewnych szczegółów, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że autorce zabrakło pomysłów na zatoczenie koła historii. Co więcej? W drugiej części Raffe pojawia się niemal na samym końcu i w moim osobistym odczuciu książka naprawdę sporo na tym traci. Sięgając po nią liczyłam na wielkie Bum i (nie bójmy się tego powiedzieć) niepowtarzalny romans, którego suma sumarą, nie dostałam. 

Podsumowując
Ze względu na fakt, że pisanie i myślenie idzie mi dzisiaj wyjątkowo opornie (za co z serca mojego najczystszego przepraszam) nie będę się rozwodzić.. Jeśli chcecie przeczytać książkę, kupcie lub wypożyczcie od razu dwie części, bo wierzcie mi lub nie, jedna was nie usatysfakcjonuje,

czwartek, 4 grudnia 2014

Czytamy i pomagamy. Stwórzmy razem Biblioteczkę Małych Pacjentów.

Wczoraj otrzymałam maila a jego szczególność polega na tym, że niesie ze sobą szczytny cel. Bardzo dziękuję za możliwość wzięcia udziału w akcji, bycie pomocnym naprawdę podbudowuje, nawet jeśli jest to pomoc znikoma. Co więcej, wielu z nas ma niepotrzebne książki, które nam się nie przydadzą a tym dzieciakom mogą umilić nie tak wspaniałe chwile w życiu. Zachęcam was do wzięcia udziału w akcji, sama mam zamiar przekopać się przez książki z nadzieją, że moje książki wywołają uśmiech na czyjejś twarzy. Nie liczmy tylko na branie, ale dajmy coś od siebie.

"Droga Recenzentko!
Dzielimy tę samą pasję: książki. Wiemy, jak wiele wnoszą w nasze życie, jak bardzo je ubarwiają. Dlatego postanowiłyśmy się nimi podzielić z tymi, którym w tym momencie trudno dostrzegać radosne i kolorowe aspekty rzeczywistości. Sprzyjają temu nadchodzące Święta Bożego Narodzenia, sprzyjają też nasze coraz większe domowe biblioteczki – chcemy, by służyły nie tylko nam. Czy masz ochotę się przyłączyć? Jeśli tak –zapraszamy.
Nasza propozycja to projekt łączący blogerów książkowych:
BIBLIOTECZKA MAŁYCH PACJENTÓW
Co chcemy osiągnąć? Wesprzeć akcję organizowaną przez Zaczytanych (http://zaczytani.org/). A dokładnie: zebrać książki dla Biblioteczki Małego Pacjenta w Szpitalu Klinicznym Nr 1 im. prof. Tadeusza Sokołowskiego w Szczecinie.
Kiedy? Już teraz! W tym szczególnym, mikołajowo-świątecznym czasie, od 1. do 31. grudnia 2014 r.
O jakie książki chodzi? O wszystkie, które chcielibyście polecić dzieciom – zarówno tym całkiem małym, jak i nieco starszym (nawet kilkunastoletnim gimnazjalistom). Nie chodzi wyłącznie o bajki terapeutyczne, choć z pewnością warto przesyłać tytuły, dzięki którym mali czytelnicy będą mogli choć na chwilę zapomnieć o chorobie, przenieść się w świat bajek i marzeń (cyt. za: http://zaczytani.org/o-zaczytanych-2/). Ale czyż takiej mocy nie posiada większość książek?
Nadsyłane książki powinny być w dobrym stanie (w końcu to prezenty dla Małych Pacjentów), ale absolutnie nie muszą być nowe. Może w Waszych domowych biblioteczkach znajdziecie zapomniane książki, które komuś innemu sprawią radość?
I naprawdę wystarczy przesłać tylko jedną książkę! Ale pamiętajcie – im więcej książek, tym więcej dziecięcych uśmiechów i chwil zapomnienia o bolesnej, pełnej badań, zastrzyków i kroplówek rzeczywistości. Dlatego warto zaangażować swoich bliskich – rodzinę, przyjaciół, znajomych, a nawet sąsiadów – dając im tym samym okazję do zrobienia czegoś dobrego. Razem możecie zebrać całkiem sporo książek, a rozłożone na kilka osób koszty przesyłki przestaną być zniechęcające!
Co zrobić, by wziąć udział w projekcie?
Warunki są tylko dwa. Należy:
1.      Wesprzeć zasoby Biblioteczki Małego Pacjenta powstającej w Szpitalu Klinicznym Nr 1 im. prof. Tadeusza Sokołowskiego w Szczecinie poprzez przesłanie przynajmniej jednej książki na adres:
Centrum Administracyjne Placówek Opiekuńczo- Wychowawczych w Brzegu
Poprzeczna 3
49-304 Brzeg
Z dopiskiem „ Biblioteczka Małych Pacjentów”
2.      Promować projekt Biblioteczka Małych Pacjentów na swoim blogu/ stronie internetowej poprzez zamieszczenie informacji o zasadach zbiórki książek oraz zachęcenie Czytelników do włączenia się w nią. Paczki mogą nadsyłać wszyscy – nie tylko Autorzy, ale również Czytelnicy blogów!

Podejmowana wspólnie akcja to doskonała okazja do – chociażby wirtualnego – „spotkania”, dlatego pragniemy stworzyć listę wszystkich Uczestników projektu (będzie ją można znaleźć tutaj: http://www.biblioteczkamalucha.pl/bm/biblioteczka-malych-pacjentow.php oraz tutaj: http://kotnakrecacz.blogspot.com/p/blog-page_2.html). Prosimy więc o przesyłanie zgłoszeń na adres redakcja@biblioteczkamalucha.pl  wraz z linkiem do swojego bloga, jego logiem oraz krótką informacją o nim. Będziemy też bardzo wdzięczni za zamieszczenie na swojej stronie logo projektu, podlinkowanego  do  jego regulaminu.

Serdecznie pozdrawiamy,

Karolina Mucha
http://biblioteczkamalucha.pl/
Natalia Szumska
http://kotnakrecacz.blogspot.com/"


środa, 3 grudnia 2014

O książce Kinga, którą odważyłam się czytać po zmroku - "Przebudzenie"

Nie sądziłam, że ten dzień nadejdzie. Po raz pierwszy w swojej krótkiej życiowej historii czytałam książkę Mistrza po zmroku. Jak się z tym czuję? Cóż.. Ciągle wychodzę z szoku..

Kilka słów wstępu.

Kiedy dostałam ją w ręce dzień po premierze wychodziłam z siebie, dwoiłam i troiłam starając się znaleźć czas, wiedząc, że jak już usiądę to szybko nie wstanę (właściwie położę się, zakopię pod kocami i będę udawać, że mnie nie ma). Znalazłam, przeczytałam i myślę. Zastanawiam się czy jako wierna czytelniczka Kinga potrafię się jeszcze obiektywnie wypowiadać na temat jego dzieł. Zastanawiam się czy jak napiszę tą recenzję będę w stanie nacisnąć "opublikuj" z czystym sumieniem. Nie wiem czy potrafię napisać złe słowo na temat "Przebudzenia", bo przecież nie mogę powiedzieć, że książka jest zła. Ba! Naprawdę dobrze się ją czytało. Coś jednak jest nie tak...


O książce słów więcej niż chciałabym powiedzieć.

King przyzwyczaił nas do ciarek na całym ciele, do koszmarów przez następny miesiąc i nerwowego oglądania się za siebie w celu sprawdzenia czy nikt nie wyłania się z ciemności. King przyzwyczaił mnie do niemożności czytania jego książek kiedy za oknem zapadała ciemność czy chociażby szarówka, a teraz złamał wszystkie reguły gry. Czytałam ją z wypiekami na twarzy czekając aż z kartek papieru wyłoni się coś tak przerażającego, że nie będę mogła o tym zapomnieć do wydania następnej książki. Czekałam i się doczekałam. Raz, przez krótką chwilę trwającą kilkanaście stron poczułam tą znajomą ekscytację związaną z czytaniem książek Mistrza. Raz, czyli o kilkadziesiąt razy za mało. Nie mogę powiedzieć, że książka jest zła, bo historia sama w sobie jest jedną z lepszych jakie w tym roku czytałam ( interesujący zwrot akcji, ukazujący jak delikatna i zmienna może być wiara w zależności od naszego doświadczenia i wydarzeń życiowych plus odrobina szaleństwa ). Nie mogę niestety też powiedzieć, że nie jestem zawiedziona, bo jestem. Tyle czekania, tyle nadziei, tyle szumu i proszę..

Więc w czym problem?
\
Każda książka Kinga, którą do tej pory czytałam, trzymała pewien poziom strachu ( no dobrze.. "Zielona Mila" jest bardzo, cóż, delikatna) wywołujący emocjonalne rozchwianie. Każda jego książka była moim własnym trofeum jako czytelnika, dumnego z tego, że lubi (uwielbia) akurat tego autora, docenia jego geniusz i zaangażowanie. Po raz pierwszy odczuwam niedosyt i zastanawiam się czy ktoś nie zrobił mi kawału wycinając fragmenty "Przebudzenia". Bo gdzie groza? Gdzie panika? Gdzie głaskanie mojej czułej wyobraźni? Mam wrażenie, że całość (choć interesująca) jest dość prosta i za mało kingowska. Myślę, że czytelnicy mający z autorem do czynienia zrozumieją co kłębi się w mojej głowie. Niedosyt. Być może karmiona fantastyczną prozą Kinga stawiałam zbyt duże oczekiwania nowemu dziełu, być może to z moim rozumowaniem jest coś nie tak, nie wiem. Wiem natomiast, że mimo wszystko książkę warto przeczytać. King trzyma standardy narracyjne i nie ukrywam, że nie żałuję prawie dwóch dni wyjętych z życia. Niemniej, "To" czy "Bastion" są kilka poziomów wyżej i gdybym miała wybierać 10 najlepszych okazów Kinga, "Przebudzenie" nie znalazłoby się na liście.

Kinga, a właściwie jego wyobraźnię przelaną na papier, kocham. Doceniam też jego umiejętności w przekazywaniu emocji i dynamikę wydarzeń. Mogłabym spać z jego książkami, pod warunkiem, że światło byłoby zapalone całą noc. Mogłabym też usprawiedliwiać "Przebudzenie" sama przed sobą (mam na to wielką ochotę) ale czas stawić czoło prawdzie i ładnie podsumować książkę w jednym zdaniu:

 King napisał książkę bardzo dobrą, ale nie rewelacyjną.
dziękuję za uwagę


poniedziałek, 1 grudnia 2014

Odchodząc troszkę od tematu.. Liebster Blog Award.

 Za nominację (jakże niespodziewaną) bardzo dziękuję Natalii, mając jednocześnie nadzieję, że moje odpowiedzi nie uśpią was w pierwszym zdaniu. Nie ma co się rozczulać nad zawiłością całego przedsięwzięcia (chyba już wszyscy znają zasady) i brać się do pracy.



Pytania i moje odpowiedzi:

1. Jakie są twoje nawyki czytelnicze?
Nie wiem czy to istotne, ale czytam w łóżku, pod kocem (teraz również kołdrami gdyż strasznym "nogotrzepem" zimowym jestem), od jakiegoś czasu używam zakładki (wcześniej zaznaczałam każdym skrawkiem papieru, który mi wpadł w ręce), czasami piję herbatę (zawsze zieloną) i zajadam się czekoladą (przeważnie gorzką). Nie zaginam kartek, obok łóżka po lewej stronie mam stosik wstydu (nieprzeczytane książki). Staram się nie kupować dla kupowania, tylko najpierw przeczytać co mam a później szaleć (z różnym skutkami). Czytam na uczelni, na przystanku, w parku. I tak, często wącham książki (powinnam zacząć się leczyć pod tym względem).

2. Napisz jedną rzecz o sobie, o której nikt w wirtualnym świecie nie wie.
 Mam dwie książkowe, a ponieważ nie wiem, którą wybrać.. 1. w swoim życiu czytelniczym tylko jedna książka doprowadziła mnie do załamania i musiałam ją odłożyć nieprzeczytaną 2. Piszę książki, właściwie zaczynam pisać ale przy zakończeniu zawsze odpadam, więc mój pokój jest sekretnym schowkiem dziesiątek niedokończonych książek (które nie ujrzą światła dziennego, powstają dla samozadowolenia)

3. Podaj trzy ulubione słowa i wyjaśnij swój wybór.
Fascynujące, skądże, zapewne. Pierwsze jakie mi przyszły na myśl. Nie znam powodu, ale przeczytajmy je raz jeszcze.. Czy nie kipią sarkazmem? Zagadka rozwiązana. 

4. Jaka jest twoja ulubiona pora roku?
Wiosna. Tak po prostu,

5. Najlepszy moment twojego życia?
Ciężkie pytanie, bo było ich trochę. Każde wzięcie dobrej książki do rąk jest najlepszym momentem życia, ale ubiorę to w inne słowa. Myślę, że najlepszym momentem życia jest życie samo w sobie. Amen.

6. Na co zwracasz uwagę wybierając książkę, którą chcesz przeczytać?
Są autorzy, z którymi "lecę w ciemno" (np. King, Grisham), ale nie będę udawać, że okładka książki mnie nie przyciąga. Wygląd ma znaczenie (przynajmniej na początku, później przychodzi czas analizy i nawet okładka nie pomoże). Czytam też blogi, szukam ciekawych tytułów, śledzę rozdania nagród. Czasami książka sama mi wpada w ręce. Najważniejsza jest ciekawa historia, pierwsze strony przeczytane na szybko (styl pisania) i własne przyśpieszone lub nie bicie serca.

7. Na kogo spotkanie autorskie wybierzesz się jutro, gdybyś miała taką możliwość?
Stephen'a King'a. Wiem, że to oklepana odpowiedź, ale ten facet po prostu bardzo dobrze pisze. Poza tym, widzieliście jakiś wywiad z nim? Polecam.

8. Przyznaj się w tej chwili do jakiego domu w Hogwarcie należysz?
Domu w czym? Ok. Zgrywam się. Stawiam, że chodzi o Harrego Pottera? Nie przeczytałam. Ani. Jednej. Książki. o. Harrym. Potterze. Co więcej, obejrzałam chyba trzy filmy z całej serii, także.. Nie znienawidźcie mnie.

9. Najlepszy sposób na doła?
A kto ma czas na doły?;)

10. Jakiego gatunku byłaby twoja książka?
Fantastyka wymieszana z horrorem. Ale ! Zdarza mi się pisać obyczajówki przy głębszych przemyśleniach.

11. Jaki zapach kojarzy Ci się z dzieciństwem?
Truskawek i cynamonu.


Moje pytania dla Was (chętnych wziąć udział w zabawie zapoznawczej):
1. Książka, która wpłynęła na twoje życie i gust czytelniczy.
2. Jaki jest Twój ulubiony autor i dlaczego?
3. 10 książek, które są według Ciebie niedoceniane.
4. 5 książek, które poleciłbyś/-łabyś początkującym książkomaniakom.
5. W jakiej pozycji lubisz czytać?
6. Jaką postacią z książki chciałbyś/-łabyś być?
7. Kiedy zacząłeś/-łaś pochłaniać książki z uporem maniaka?
8. Co zachęciło Cię do założenia bloga o tej tematyce?
9. Jaka jest książka, która według Ciebie jest przereklamowana?
10. Horror czy romans?
11. Najlepsza adaptacja filmowa książki to...?

Nominowane blogi:
http://booksonmymind.blogspot.com/
http://recenzje-panny-indyviduum.blogspot.com/
http://czytadlatetiisheri.blogspot.com/
http://vegaczyta.blogspot.com/

Nie zabijajcie mnie za nominację, kto chce może wziąść udział;)

piątek, 28 listopada 2014

"Cyrk Nocy" E. Morgenstern - Jak się zawiodłam, a później zachwyciłam (czyli dlaczego warto czytać książki do końca)

"Ze wszystkich widowisk ludzie najbardziej lubią teatr i cyrk, bo to są najwierniejsze zwierciadła ich życia, złożonego z udawania, zręczności i błazeństw. "
A. Świętochowski

Mając 10 lat marzyłam o cyrku. Nie o przejezdnym, biednym cyrku z kilkoma zwierzętami na krzyż, ale cyrku pełną parą, takim jak w telewizji. Taka byłam wtedy odważna. Marzyłam o cyrku, nie sądząc, że w przyszłości kogoś poniesie jeszcze bardziej.

Nie będę ukrywać, że książkę kupiłam z dwóch powodów. Po pierwsze : okładka jest piękna, przyciąga wzrok,a co więcej, mówi do Ciebie "zabierz mnie ze sobą, będę cudownie wyglądać wśród twoich innych książek, przecież wiesz, że mnie potrzebujesz..". Tak. Słyszałam głosy. Po drugie: ma w tytule słowo "cyrk". To w zupełności wystarczyło.


Od złej (złych) strony (stron) zaczynając...

Nie będę ukrywać, że wielkie oczekiwania wobec powyższej książki miałam. Otwierałam ją z zapartym tchem z czułością głaszcząc okładkę i grzbiet, żeby nie powiedzieć z namaszczeniem. Moje oczy z pragnieniem wyczekiwały momentu kiedy w końcu będą mogły zacząć świdrować stronę po stronie, a serce waliło jak szalone, żeby w końcu zdać sobie sprawę, że powodów ku temu nie ma. Nie wiem czy to fakt, że będąc w wieku wczesnodorosłym (21 lat) zaczęłam mieć większe oczekiwania, czy może coś mi się w głowie poprzestawiało, ale przy pierwszych stronach, może nawet kilkudziesięciu pierwszych stronach na mojej twarzy pojawiały się miliony emocji, kręcenie nosem i marszczenie czoła, z jednego, jedynego (głupiego zapewne) powodu : narracji. Narracji, która mnie nie zachwyciła, co więcej, uważam, że dość mocno skrzywdziła tą piękną historię. Pewnie mocno dostane od kogoś po głowie, czytałam sporo pozytywnych opinii, ale tak szczerze, z czystego serca (nie z zawiści) uważam, że książka jest napisana po prostu słabo. Czytając wspomniane wcześniej pierwsze strony, miałam wrażenie, że trafiłam pod zły adres. Proste "pisanko", mało szczegółów, wrażenie, że wszystko zostało napisane "bo mi się śpieszy, kolejny rozdział.. kolejny rozdział" i "żeby było". ALE! mniej więcej po 100 stronie było lepiej, a z każdą kolejną wydawało mi się, że autorka starała się coraz bardziej, jakby w trakcie pisania książki sama dorastała artystycznie.

... a na dobrej kończąc.

Mimo pierwszej chęci rzucenia książki w kąt, cieszę się, że tego nie zrobiłam, ba! Na kolanach do Częstochowy w podzięce Bogu pójdę. Walczyłam ze sobą wewnętrznie, moje sumienie nie pozwalało, rozum robił swoje a serce na to "pamiętaj o historii, historia.. historia, historia..". Nie lubię przerywać czytania, zdarzyło mi się to raz w życiu (jeśli ktoś będzie chciał wspomnę o tej nieszczęsnej książce) i była to chyba największa porażka w mojej karierze czytelniczej. Więc czytałam, codziennie, sumiennie, nie wiedząc tak naprawdę kiedy skończyłam. I o ile narracja była coraz lepsza, o tyle historia sama w sobie trzymała poziom. Nie będę się tu rozdrabniać nad treścią i wykazywać wam spis bohaterów, bo nie o to chodzi. Największą zaletą książki jest pomysł na nią, historia tak magiczna i zapierająca dech w piersiach, że nie pozwoliła mi się poddać i odpuścić. Miłość, stosunkowo niemożliwa, potrafi znaleźć lekarstwo na wszystko i poradzić sobie ze wszystkim ( nawet z dwoma staruchami bawiącymi się w gierki dla dużych chłopców.. bardzo śmieszne..). 

Podsumowując

Jeżeli szukacie książki lekkiej, o ciekawej historii, czegoś prostego na jesienno-zimowe wieczory z herbatą w dłoni, polecam wam "Cyrk Nocy". Nie tylko dlatego, że zaczęłam ze zmarszczonym czołem a skończyłam z uśmiechem. Również nie dlatego, że pomysł na książkę jest naprawdę nie byle jaki. Czytając ją zdajemy sobie sprawę, że można marzyć jak dziecko będąc już "staruchem" lub "staruchującym się". Nie trzeba mieć 5 lat, żeby uwielbiać cyrk i kochać magię, nawet jeśli to tylko iluzja, możemy w nią wierzyć. Chyba to spodobało mi się najbardziej. Wiara. Magia. I Miłość. 

czwartek, 20 listopada 2014

Moja krótka opinia o "jednodniówce", czyli kilka słów o "Gwiazd naszych wina" J. Green'a

Historia tej książki jest o tyle zabawna, że związana jest z filmem, a właściwie usilną próbą jego oglądania, która do dziś nie doszła do skutku. Zachęcona wszystkimi "ochami" i "achami" o "filmie dla nastolatek, który tak naprawdę nie jest tylko dla nastolatek", postanowiłam z czystym sercem go obejrzeć. Jak się jednak okazało, film ten oparty jest na książce i tu miałam już problem. Nie mam w zwyczaju oglądania filmu przed przeczytaniem książki ( "Igrzysk Śmierci" nie obejrzałam do dziś), bo co jeśli zechcę przeczytać książkę, ale obejrzę film i zaspoileruję sobie samoistnie dzieło, w wyniku czego będę żyć z niedosytem i pretensjami do siebie samej do końca życia? Ale jak przeczytam książkę, film będzie mało zaskakujący... Książkę przeczytałam. Filmu do dziś nie obejrzałam.


SPOILEROWANIE
Całość skupia się na dwójce młodych ludzi, zżeranych przez raka. Hazel (bo tak ma na imię główna bohaterka) stara się żyć w zgodzie ze swoimi nowotworowymi płucami, które na stałe przygwoździły ją do butli z tlenem, a Augustus ( młody Bóg w oczach Hazel) wydaje się być już przyzwyczajony i pogodzony z brakiem jednej nogi. Dwójka młodych ludzi spotyka się w grupie wsparcia, a później, cóż.. Później jakoś jest. Rozmawiają. Spotykają się. Rozmawiają przez telefon. Piszą. Oczywiście, zakochują się. Ona nie chce być granatem, ale w końcu to on nim jest. Ważną rolę odgrywają rodzice i ich troska o dzieci, ale również zmęczenie i (nie)cierpliwe oczekiwanie końca życia ich ukochanych dzieci. Gdzieś tam, między zdaniami, przewija się postać pisarza-alkoholika, który nie jest taki podły jak się wydaje i chłopaka, którego dziewczyna rzuciła przez utratę wzroku (w ramach zemsty jej samochód tonie w jajkach). Spoiler: przez całą książkę oczekujesz, że ona w końcu umrze, a tu bam.. i Augustusa nie ma.

OSOBISTE SPOSTRZEŻENIE
"Ochów" i "achów" u mnie nie zobaczycie, chociaż kłamstwem by było stwierdzenie, że książka jest zła. Z drugiej strony, kłamstwem jest również fakt, że książka jest wybitna. Jest dobra, ma ciekawą historię dającą do myślenia, dwa-trzy razy nawet wycisnęła u mnie łzy (ale ja ogólnie bardzo emocjonalna jestem), pokazuje sposób w jaki podchodzą do choroby sami cierpiący a w jaki ich bliscy. W dodatku wielkie brawa należą się autorowi za BARDZO DOBRE dialogi (największa zaleta książki), co w moim małym doświadczeniu jest rzadkością. Niestety (w moim odczuciu) sama narracja książki jest dość prosta, ograniczona, lekka. Sama historia mogłaby być nieco bardziej rozwinięta i dokładniej opisana, a przejścia z fazy A do B bardziej płynne. Mimo zastrzeżeń nie był to czas stracony, każde dzieło ma swoje plusy i minusy, a w tym wypadku jest lepiej niż gorzej. Polecam z uśmiechem i puszczam do was wirtualne oczko, bo wiem, że przeczytaliście to znacznie szybciej niż ja.

niedziela, 16 listopada 2014

Derry pod wpływem Pennywise'a, czyli kilka słów o "TO" S.Kinga.

Powieść Kinga wydana w 1986 roku uważana jest za najbardziej przerażającą w dziejach autora, chociaż znając mistrza i jego zapędy pisarskie możemy być pewni, że zaskoczy nas jeszcze nie raz czymś o wiele okrutniejszym. 

Nie boję się głośno przyznać (mimo, że Kinga oddaną fanką jestem), że akurat ta książka czekała na swój wielki dzień i na mojej półce przeleżała około 4 lata. Nie wiem czy to przeznaczenie czy czysty przypadek, ale jestem niesamowicie wdzięczna mojej podświadomości, że nie była to moja pierwsza książka tego autora. Dlaczego?

Dla osób, które znają pana Stephena trochę lepiej nie będzie zaskoczeniem stwierdzenie, że jest to dość specyficzny autor. Dla tych, którzy tego pana jeszcze nie znają, ale poznać chcą, dodam, że zaczynanie przygody z jego literaturą od książki "TO" mogłoby się skończyć rzuceniem książki w kąt i poddanie się już na początku. I nie chodzi wcale o długość książki, ani nawet o czas jej czytania. Pan King wprowadza tu czytelnika w akcje bardzo powoli, stopniowo, daje czas do namysłu (ja pobiłam rekord i czytałam książkę 2 tygodnie, co jest naprawdę nie do pomyślenia). Rozwija, krąży, tłumaczy i w sposób mistrzowski układa zdania, po raz tysięczny powtarzając w kolejnym wywiadzie jak język jest dla niego ważny (i tak, to widać proszę Pana i ja jestem ogromnie wdzięczna za ten fetysz autora). Nie zmienia to jednak faktu, że dla czytelnika początkującego, ten sposób pisania czy nawet myślenia może być uciążliwy, a nawet nieznośny. Do Kinga trzeba się przyzwyczaić. Jego narracje trzeba polubić, a samego autora pokochać nie tylko za pomysły, ale za sam kunszt i sposób pisemnej wypowiedzi. Dlatego początkującym proponuję rzucić na pierwszy ogień zbiory opowiadań (np. "Serca Atlantydów" "Szkieletowa Załoga") czy coś lekkiego (np. "Zielona Mila"), a "TO" zostawić sobie na deser.

Ale dość porad ciotki-klotki, uważającej, że coś na temat literatury wie (nawet jeśli to bzdura), czas przejść do samej ksiązki...

... a jest do czego przechodzić. Poza ilością stron w liczbie 1102, mamy tu też historię, którą ja "na raz" przejść nie mogłam, chociaż zdaję sobie sprawę, że istnieją śmiałkowie, którzy czytają Kinga po zmroku, ja do nich nie należę. Z natury bardzo wczuwam się w słowo pisane, historie bohaterów, odczuwam ich strach i z umysłem maniaka szperam im w podświadomości. "To" wbiło mnie w ziemię, zachwyciło, ale nie powiem wam, że jest to łatwa i przyjemna lektura, kłamstwo ma krótkie nogi. 

Akcja toczy się w stanie Main, a dokładniej w miasteczku Derry, w latach 1957-1985. Mamy tak naprawdę 8 głównych bohaterów, "TO i 7 śmiałków, którzy myślą, że z "TYM" można bawić się w ciuciubabkę. Czy wspominałam już, że tą wspaniałą 7 jest banda dzieciaków? Tak. Dokładnie. (King sam przyznał, że zachowanie dzieciaków w książce było zainspirowane jego dziećmi).

Wszystko zaczyna się od nieszczęśliwej śmierci brata jednego ze śmiałków i człowiek ma już dość po kilku stronach. Ledwo zaczniesz czytać, a tu już jeden trup, w dodatku mający zaledwie 6 lat. Co więcej, na tym się nie kończy, ponieważ śmierć George'a rozpoczyna falę zabójstw, powtarzającą się średnio co 27-28 lat (jak się później okazuje). Dzieci umierają lub giną w niewytłumaczalnych okolicznościach, a dorośli często argumentują to w idiotyczny sposób (naprawdę? kolejny 12-letni dzieciak uciekł od złych rodziców?). Główni bohaterowie chodzą razem do szkoły, ale nie znają się za dobrze, jeżeli w ogóle. Zaczynają się wakacje, a ich zbliża wspólny wróg. Wszystko dzieje się stopniowo, jak to często bywa, dzieciaki są męczone przez większych, ale odnajdują w sobie siłę i znajdują przyjaźń, która jest w stanie stawić czoło nawet...

... nie będę spoilerować, bo zepsuję całą zabawę, a nie warto. Co spodobało mi się najbardziej to ukryta wiadomość, albo raczej ukazanie świata, który możemy spotkać dziś. Całkowita znieczulica, udawanie, że się nie widzi (motyw pana składającego gazetę, wchodzącego do domu), odwracanie wzroku, próba okłamania własnej świadomości, bo przecież "mnie to nie dotyczy". Poza tym, książkę przeczytać warto (i tu się powtórzę) dla samego kunsztu S. Kinga, sposobu w jaki składa zdania i potrafi wciągnąć czytelnika. Jego powieści są dynamiczne, namacalne i działają na wyobraźnie (ja na przykład ciągle oglądam się za siebie, żeby sprawdzić czy gdzieś tam nie ma Pennywise'a). Historia ciekawa, czasami drastyczna aż do bólu a czasami powodująca ironiczny uśmiech na twarzy (motyw piernikowego domku z "Jasia i Małgosi"). Zanim rozkręcę się jeszcze bardziej..

PODSUMOWUJĄC:

W internecie przeczytałam wiele negatywnych opinii.. że książka za długa.. że historie przeciągnięte.. że przemieszane.. że bla bla bla.. Nie każdemu musi się podobać i nie każdemu się spodoba. Jest długa, fakt. Co więcej, King za każdym razem wprowadza historię ukazującego się bohatera i to nie na 1/3 strony, ale dla mnie to bardziej zaleta niż wada. Poznajemy każdego z osobna, możemy wczuć się w ich sytuację i strach. Ich obawy, życie, a nawet rozterki serca. Sama powieść ma też specyficzną budowę, łączącą przeszłość z teraźniejszością, ale ten fakt dodaje książce smaku. Ktoś może narzekać, marudzić, kręcić nosem, ale powtórzę coś co jeszcze nie raz ode mnie usłyszycie (przeczytacie): każdy autor ma swoją wizję książki i przekazania nam jej treści, nam może się ona podobać lub nie, ale nic poza tym. Nie mamy prawa mówić pisarzom co mają robić, to trochę szczyt bezczelności i próżności ze strony czytelników. JA książkę polecam, z czystym sercem i umysłem.