poniedziałek, 16 listopada 2015

Pierce Brown "Red Rising: Złoty Syn" (PRZEDPREMIEROWO)

Może kogoś tym zaskoczę, a może nie, jednak na wynalazku zwanym Instagramem obserwuję aż dwóch autorów. Jednym z nich, oczywiście, jest Stephen King.. a raczej ludzie stojący za jego PR, ale to nieistotne. Drugim jest młody autor, który już za pierwszym podejściem skradł moje skamieniałe serce, o czym mogliście czytać tutaj, i jak wiecie, bardziej niż jego wygląd zaimponował mi jego przebiegły umysł... bo Pierce Brown to straszny skurczybyk, który drugą częścią swojej trylogii postanowił doprowadzić mnie na skraj załamania nerwowego.

Autor: Pierce Brown
Tytuł: Red Rising: Złoty Syn
Seria: Red Rising (tom II)
Tytuł oryginalny: Red Rising: Golden Son
Wydawnictwo: Drageus Publishing House
Data wydania: 19 listopada 2015
Przekład: Małgorzata Koczańska

Red Rising to historia o świecie, w którym rządzi silniejszy kolor, ponieważ ludzie dzielą się na kolory, z których każdy ma swoje miejsce w hierarchii. Najwyżej znajdują się Złoci i tak naprawdę to oni wszystkim rządzą, to im podporządkowują się inne kolory i to z nimi trzeba się liczyć.. TRZEBA się ich bać. Jest jednak organizacja, która zbiera siły żeby wyrazić swój sprzeciw.. w pierwszej części Synowie Aresa zwerbowali naszego głównego bohatera, Darrowa, tuż po jego fikcyjnej śmierci. Zmienili człowieka klasyfikowanego jako Czerwonego (sam dół w hierarchii), w Złotego, który szuka zemsty za śmierć jego żony, ale ma też inny cel. Chce uwolnić Czerwonych.. chce dać swobodę innym kolorom. Co najważniejsze, chce żyć w świecie, w którym wszyscy będą równi, bezpieczni, szczęśliwi..

Drugi tom trylogii Red Rising to genialnie poprowadzona historia z pierwszej części cyklu. To ten rodzaj kontynuacji serii, której Brownowi może pozazdrościć niejeden autor. Jeżeli dodamy do tego fakt, że to jego debiutanckie dzieła, nie pozostaje nic innego jak wysłać pożegnalne kartki innym autorom powieści dystopijnych, choć to typowa dystopia nie jest i chwała przebiegłemu pisarzowi za to! O tyle, o ile w pierwszej części nasz główny bohater zmagał się sam ze sobą, z duszą, która pragnęła zemsty za niesprawiedliwą i okrutną śmierć ukochanej kobiety, to druga część skupia się na walce o śmierć i życie. Darrow zmaga się tu z wieloma przeciwnościami losu, ponieważ nasz bezwstydny i bezwzględny autor nie boi się uśmiercić kilku znaczących postaci.. jak kiedyś już wspominałam, zabija szybciej niż Martin, a tu przeszedł chyba sam siebie..

Pierce Brown to król oryginalności pośród utartych schematów. Jego historia ma w sobie tą moc, której często brakuje innym powieścią fantastycznym dzisiejszych czasów. Mimo dużej popularności powieści dystopijnych, czasami trudno dostać coś co naprawdę zwala z nóg. Powieść, która będzie miała charakter i charyzmę. Historię, która nie tylko będzie lekiem na czytelnicze rany, ale spowoduje kolejne podłe choroby. Brown daje nam właśnie kolejną czytelniczą chorobę, spowodowaną chęcią czytania kontynuacji bez zbędnych przystanków. Dodatkowo kończy naszą podróż z rozmachem, nie boi się stworzyć zakończenia, które przeraża i fascynuje. Po przeczytaniu ostatnich kilku zdań rzuciłam książką o ścianę klnąc na autora. Zaparłam się, że nigdy więcej nie przeczytam ani jednego słowa spod jego pióra po tym jak brutalnie mnie potraktował.. pięć minut później siedziałam i płakałam, wyrywałam włosy z głowy bujając się jak opętana (miejcie na uwadze, że nieco koloryzuję ten opis, nie jestem taką wariatką), ponieważ tak bardzo chcę, tak bardzo MUSZĘ, dorwać kolejną część, której cóż.. jeszcze nie ma i moje serce odczuwa pustkę..

Warte zaznaczenia jest to, że Pierce Brown jest zdecydowanie autorem niebanalnym a Red Rising (który z książki na książkę jest coraz lepszy) jest na to idealnym dowodem. W życiu nie czytałam książki, w której byłoby tyle zwrotów akcji niepowodujących chaosu w powieści. Tutaj nic nie jest do przewidzenia. Autor nie pozwala nam nawet nad tym pomyśleć, bo po chwili nasze wszelkie oczekiwania i przewidywania rozpraszają się jak piach na wietrze. To nie jest powieść dla ludzi o słabych nerwach. Red Rising: Złoty Syn to ten rodzaj historii, do której trzeba podejść z czystym umysłem i bez żadnych pomysłów na dzieło trzymane w rękach, bo autor nie pozwala na wtrącenia ze strony czytelnika. Jest bezczelny, robi tu rzeczy jakich nie zrobiłby niemal nikt w czytelniczym świecie, i jest to jego największa zaleta. Uwielbiam odważnych autorów, którzy nie idą na łatwiznę. Takich, dla których dobrze skończona praca jest ważniejsza niż komfort czytelników. Co prawda, nie wiem czy pozbieram się po zakończeniu jakie mi zaserwował, i będę je przezywać do końca tej recenzji, albo nawet dłużej, ale czy warto było? Odpowiedź jest prosta; warto, warto jak cholera.

Pod koniec chciałabym jeszcze dodać, że w ostatnim czasie, poza Andrzejem Sapkowskim, nikt nie zaserwował mi takiego bólu głowy. Ten młody autor to postać obiecująca, to pisarz, który dał mi nadzieję i wiarę, że jednak ktoś jeszcze potrafi pisać z jajami (wybaczcie mi to słownictwo). To człowiek, któremu wielu bardziej popularnych pisarzy i pisarek może lizać buty, ale nie będę wymieniać po nazwiskach. Nie będę wam pisać ile stracicie jeżeli nie dacie mu szansy.. jednak wiedzcie, że będzie to naprawdę duży błąd. Ja dałam mu szansę kilka miesięcy temu.. i zarówno wtedy, jak i teraz mnie nie zawiódł. Więc niech tak będzie.


Recenzja powstała za sprawą współpracy z wydawnictwem Drageus, któremu bardzo dziękuję za tą niesamowitą przygodę. Jednak chciałabym zaznaczyć, że recenzja nie jest zależna od tego czy dostałam książkę, czy sama ją kupiłam.. Gdyby mi się nie spodobało, na pewno bym wam o tym powiedziała. Znacie mnie. A teraz wynocha do czytania. Co tu jeszcze robicie?:)





czwartek, 12 listopada 2015

Stephen King "Ręka mistrza"

Stephen King, Stephen King.. kim byłabym bez niego? Śmiem twierdzić, że moje spotkanie z tym autorem kilka lat temu zaważyło na tym kim jestem dzisiaj jako czytelnik i jak doszłam do tego, że chcę pisać o książkach. Wygląda więc na to, że King jest odpowiedzialny za wszystkie wypociny, które pojawiają się na tym blogu, w związku z czym wszystkie zażalenia wysyłajcie do niego;) dzisiaj za karę, w ramach miesiąca ze Stephenem Kingiem, znowu wezmę na tapetę książkę autora mojego życia, i nie zostawię na nim suchej nitki. Jak szaleć, to szaleć. 

Autor: Stephen King
Tytuł: Ręka mistrza
Tytuł oryginalny: Duma Key
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 638
Przekład: Michał Juszkiewicz

Egdar Freemantle osiągnął w życiu wiele. Ma wspaniałą rodzinę, jego żona go kocha, w dodatku jest szefem firmy budowlanej, która jest warta grube miliony. Pewnego dnia zostaje zgnieciony w swoim samochodzie, w związku z czym traci prawą rękę. To jednak nie wszystko, jego powypadkowe problemy psychiczne sprawiają, że opuszcza go żona i zostaje sam.. w końcu chcąc zacząć od nowa trafia na tajemniczą wyspę, wynajmuje tam dom i zaczyna malować.. oczywiście nie zdaje sobie sprawy, że wyspa skrywa w sobie mrok i cały opis jest bardzo uproszczoną wersją powieści, ale bez spoilerów.. bez spoilerów..

Stephen King nie po raz pierwszy udowadnia mi, że to do czego najtrudniej mi się zabrać, okazuje się najlepsze. Ta mała cegłówka pośród jego największych tomiszczy zdecydowanie pokazała, że jeśli coś nie przekonuje mnie przez pierwszych pięćdziesiąt stron, w końcu uderzy we mnie z zabójczą perswazją. Co mogę powiedzieć? Jak mam się tłumaczyć? Pan King nie po raz pierwszy zwalił mnie z nóg i przypomniał dlaczego to jemu jestem w stanie tworzyć autorskie ołtarzyki. Historia jaką tu tworzy jest bardzo w jego stylu, mimo, że spodziewałam się trochę bardziej Mastertonowego klimatu. Jednak warto pamiętać, że najlepszy King, to kingowy King. Z tymi wszystkimi przedłużeniami, powolnym wprowadzaniem w akcje i wielkim BUM na końcu. To King, który zachwyca nie tylko swoim kunsztem, ale też sposobem pogrywania z czytelnikami. To King, który bezczelnie udowadnia, że jest w diabelsko dobrej formie, mimo wielu lat pracy i starczego przemęczenia, którego niektórzy próbują się u niego doszukać. Bez skutków.

Chcecie więcej? W "Ręce Mistrza" autor udowadnia, że mistrz grozy jest tylko jeden, i mimo, że miał za sobą niesamowicie utalentowanych poprzedników, to koniec końców, żaden z nich nie osiągnął tyle co on. W dzisiejszych czasach nie każdy kocha Kinga. Kiedyś też tak było. Będzie tak w przyszłości. Jest jednak wielu czytelników, którzy popierają mnie w stu procentach, a nawet takich, którzy z niechęcią, ale przyznają, że King wielkim autorem jest. Autorem wielkim właśnie ze względu na swoje niepowtarzalne historie, takie jak "Ręka mistrza". Poza tym, i będę to powtarzać raz po raz, nie spotkałam jeszcze autora, który posługiwałby się językiem tak jak King. O Rany! Czytając tą powieść miałam dreszcze na całym ciele, bo to co on wyprawia w tej książce (i nie tylko w niej) powinno być karane. Człowieka słowa pisanego łatwo poznać po tym jak pisze, a po tej lekturze jestem w stanie zacięcie bronić Kinga jak jednego z najbardziej utalentowanych pisarzy wszechczasów. Wszechczasów.

Nie będę kłamać, że jest to łatwa lektura. Nie jest. Czytałam ją 6 dni, co dla mnie jest naprawdę długim czasem jeśli chodzi o czytanie. Wielokrotnie słyszałam, że King jest autorem popkulturowym, masowym, takim, który nic nie wnosi.. jedyne z czym mogę się zgodzić to to, że naprawdę jest autorem masowym.. masa ludzi go czyta i uwielbia. "Ręka mistrza" dała mi to czego od książki oczekuję: genialną historię, mistrzowsko wykreowanych bohaterów i niepowtarzalną fabułę. Tak.. King i jego ręka są niepowtarzalni. Czy ta lektura coś wnosi? Zapytajcie czytelników na całym świecie, dlaczego czytają Kinga? Co im daje? Tymczasem odpowiem za siebie. To emocje są jego mocną stroną. To jego styl, jego język, jego niezaprzeczalna pewność pióra i otwarty umysł. Tak.. kocham Kinga. Zostawię was z tymi kilkoma zdaniami nieprowadzącymi donikąd. Chociaż nie.. przeczytajcie tą książkę i delektujcie się nią. Macie na to czas.

niedziela, 8 listopada 2015

Cassandra Clare "Mechaniczny anioł"

Nie sądzę, że Cassandre Clare trzeba komukolwiek przedstawiać. Po raz kolejny jestem jedną z niewielu osób, które dopiero po naprawdę długim czasie zapoznają się z twórczością autorki, która z hukiem została wprowadzona na rynek wydawniczy. Na moje (i innych niedobitków) szczęście, książki nie mają daty przydatności. Uff.. nawet nie wiecie jaką ulgę odczuwam. Inna sprawa, że czasami trudno je dostać (o ile w ogóle), na szczęście i w tym wypadku nie ma większych problemów. Być może dlatego, że Clare to swojego rodzaju fenomen literatury współczesnej, guru amerykańskiego booktuba i naprawdę przesympatyczna pisarka. 


Autor: Cassamdra Clare
Tytuł: Mechaniczny Anioł
Seria: Diabelskie Maszyny (tom I)
Tytuł oryginalny: The Clockwork Angel
Wydawnictwo: MAG
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 467
Przekład: Anna Reszka

"Mechaniczny Anioł" to pierwszy tom trylogii Diabelskie Maszyny, w którym poznajemy historię Tess, niezwykłej dziewczyny potrafiącej zmieniać się w inne osoby. Jednak to tylko część historii. Tess nie ma pojęcia kim jest. Kiedy umiera jej ciotka, dziewczyna zostaje ściągnięta z Nowego Jorku do Londynu przez swojego starszego brata. Jednak na miejscu odbierają ją dwie kobiety, które w rzeczywistości porywają ją i przetrzymują w ich domu, jednocześnie wymuszając na niej użycie swojego talentu, o którym nie ma pojęcia.. Zostaje uratowana przez przypadek, przez osobę, która nie ma pojęcia kim jest dziewczyna. Ten przypadek ma na imię Will i jest nocnym łowcą.

Zacznijmy od postaci, bo to one poruszyły mnie w tej książce najbardziej. I o ile postacie kobiece trochę mnie irytowały, o tyle męskie charaktery całkowicie i bezsprzecznie porwały moje serce. Na pierwsze miejsce zdecydowanie i bez zbędnych ceregieli wybił się Will, który (jestem tego pewna) skradł po drodze wiele czytelniczych serc. To ten rodzaj bohatera płci męskiej, który nie jest typem zniewieściałego wyobrażenia kobiet. Will to postać męska z charakterem, często denerwująca i niezrozumiała, ale nie da się go nie kochać. Nawet ja, osoba, który rzadko kiedy daje się wciągnąć w miłość do bohaterów książek, tym razem uległam całkowicie. Postacie Clare są zabawne i zadziorne, mają ten pazurek, którego czasami brakuje w powieściach innych autorów. Poza tym, ich dialogi, tak bardzo złośliwe i ludzkie, stały się jedną z moich ulubionych części tej książki.

Cała akcja rozgrywa się w Wielkiej Brytanii, ale znowu, w Wielkiej Brytanii jakiej my nie znamy. Chociaż.. może ktoś z was widuje na co dzień wilkołaki, wampiry i inne niewytłumaczalne istoty niebędące ludźmi, mi się nie zdarza. Niestety. W każdym razie Clare ma dla nas porcję historii, która kręci się wokół tego co dla zwykłego śmiertelnika (jak ja) jest niewidoczne. A pamiętajmy, że to co dla nas niewidoczne, pociąga nas najbardziej. Tym razem nie było inaczej. Pani Clare sprawiła, że jej magiczną powieść czyta się na jednym wydechu. Nie wiem co dokładnie ma w sobie ta autorka, ale jej historia, mimo pewnej powtarzalności w kulturze masowej, ma w sobie coś świeżego i niepowtarzalnego. Być może to tylko złudzenie. Być może to tylko najstarsza na świecie niepisana reguła mówiąca, że jak dasz czytelnikowi wampira, to cię pokocha. Nie mam pojęcia co ma w sobie Clare i jej powieści.. Wiem natomiast, że moje życzenie się spełniło i dałam się porwać.

Co spodobało mi się najbardziej to to, że jakieś tam rozgrywki na tle romantycznym nie przyćmiły historii. Takie rzeczy w dzisiejszych czasach (i po-wsze-czasach) zdarzają się nader często, co sprawia, że więcej mamy literatury kobiecej niż typowo męskiej. Nie twierdzę też, że każdy twardziel zakocha się w powieści Clare. O nie. My kobiety mamy Willa, jesteśmy więc na wygranej pozycji a oni mają co najwyżej Tess, więc,, Bezsprzecznie jesteśmy w lepszym położeniu, ale to jedna z niewielu książek, która mogłaby spodobać się szerszej widowni męskiej. Tak tylko wspominam.. Poza tym styl pisania autorki jest lekki, czyta się ją z zawrotną szybkością, do tego stopnia, ze po skończeniu możemy sobie zadać pytanie "czy to już?". I mimo, że nie jest to najlepsza na świecie książka jaką dane mi było czytać, mimo, że Clare tak do końca Ameryki nie odkryła i rzuca nam pod nogi starą jak świat zagrywkę walki pomiędzy mrocznymi i mroczniejszymi, a ludzie znowu są po prostu niańczeni, to przyznam z ręką na sercu, że mi się spodobało. Spodobało do tego stopnia, że jestem gotowa wydać pieniądze na kolejne książki, serie, i pochłonąć je w jeden dzień. Tak właśnie działa Clare. Zachwyca, chociaż trudno zdefiniować czym.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Stephen King "Wielki Marsz"

Na początek mojego miesiąca z Kingiem mam dla was (i dla siebie) powieść, która wyglądała na niepozorną, a wcale taka niepozorna nie była. Poza tym to pierwsza pozycja Kinga pisana pod pseudonimem, którą miałam okazję czytać.. cóż, nie da się ukryć, że dało się tu i ówdzie wyczuć mistrza grozy. Poza tym, sama historia to świetny przykład tego, na co chyba tylko Mr. Stephen mógł wpaść. 


Autor: Stephen King
Tytuł: Wielki Marsz
Tytuł oryginalny: The Long Walk
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 264
Przekład: Paweł Korombel

"Wielki Marsz" to opowieść o stu chłopcach, którzy postanowili popełnić grupowe samobójstwo. Może nie do końca w tej kolejności, ale wszyscy świadomie postanowili wziąć udział w corocznym Wielkim Marszu, z którego przeżyć ma prawo tylko jeden. Reszta, jeden po drugim, umierają z wycieńczenia, choroby, lub (co zdarza się najczęściej) od kuli z żołnierskiego pistoletu. Wielki Marsz to nie tylko głupota. To także tradycja, która sprawia, że chętni czują się wyróżnieni, kiedy zostają wybrani. Każdy ma możliwość rezygnacji (przed startem oczywiście), jednak nikt tego nie robi. Nikt tak naprawdę nie zdaje sobie sprawy czym ten marsz jest, mimo, że wszyscy patrzą. Wszyscy widzą.

"Wielki Marsz" to powieść wstrząsająca z kilku powodów. Po pierwsze, sama idea tego absurdalnego maratonu jest tak rzeczywista, że wstrząsa. Nie ma tu nic magicznego. Nie pojawiają się potwory z innego świata. Nikt nikogo nie zjada. Mimo braku tych elementów, jest to powieść, która może zostawić piętno, ponieważ dotyka czułe miejsca ludzkiej psychiki. Po drugie, King bez żadnych oporów zabija postać za postacią z wprawią lepszą niż Martin. Każdy kolejny bohater tej powieści, a właściwie jego śmierć, sprawia, że nasuwają nam się refleksje i zaczynamy być wściekli na ludzi, którzy na to pozwalają. W trakcie lektury nie ma znaczenia, że nie jest to świat rzeczywisty. Nie ma również znaczenia, że coś takiego NIE MA PRAWA mieć miejsca bytu w normalnym społeczeństwie. Jedyne co się liczy w trakcie czytania tej powieści, to to, że mamy ochotę się sprzeciwić, ale nie możemy. W końcu, King pozostawia nas w niewiedzy. Zakończenie, przynajmniej dla mnie, jest tak nieoczywiste, że nie daje mi spokoju. Postawię wszystkie moje pieniądze na to, że jest to zabieg celowy. King uwielbia bawić się czytelnikami.

Zdecydowanie najmocniejszym elementem tej historii jest metamorfoza jaka zachodzi w uczestnikach Marszu. Nie mam tu na myśli zmiany fizycznej, chociaż nie trudno wyobrazić sobie jak wygląda młody chłopak, który przeszedł kilka dni bez żadnej przerwy, mając niewiele do jedzenia. W tym wypadku główną i najbardziej znaczącą przemiana jest ta psychiczna. Widzimy jak stopniowo zmienia się podejście uczestników do Marszu. Widzimy jak ich podziw dla majora (głównego sprawcy tej pomyłki) zmienia się w nienawiść i niezrozumienie. Możemy również zaobserwować jak zmienia się ich podejście do żyć, których już nigdy nie odzyskają, ponieważ sami spisali je na straty. Niektórzy popadają w szaleństwo i my, bierni czytelnicy, możemy to szaleństwo niemal poczuć. Niektórzy się załamują i siadają, wiedząc, że to nie tylko koniec marszu, ale koniec ich życia. Każdy boryka się sam ze sobą, stara się nie poddać, ale wiedzą, że wygrać może tylko jeden.

Stephen King stworzył coś z niczego. Prosty pomysł, w którym chłopcy idą, zamienił się w niebanalną, poruszającą powieść. Niewielu jest autorów, którzy z chodzenia potrafią zrobić książkę, w dodatku książkę wciągającą. Kingowi się to udało. Co więcej, Mistrz po raz kolejny udowodnił mi, że jego wyobraźnia nie ma granic. Zaskoczył mnie raz jeszcze i zaserwował historię, której się nie spodziewałam. Być może to jest jego największy atut. King, jak niewielu innych, potrafi sypać pomysłami z rękawa. Niebanalnymi, fascynującymi pomysłami. Jedyne co mogę dla niego zrobić to modlić się, żeby jego wyobraźnia nie popchnęła go na skraj szaleństwa i żeby zaskoczył mnie jeszcze kilka razy. Jednak teraz jestem w stu procentach pewna, że King pracuje na pełnych obrotach i ma się świetnie. I chwała mu za to.

niedziela, 1 listopada 2015

Podsumowanie miesiąca: stos, październikowy Wrap-up i listopadowy TBR (blog&vlog), + akcja listopadowa

To pierwsze w już prawie rocznej historii bloga podsumowanie miesiąca. Jak to się mówi? Kiedyś musi być ten pierwszy raz, a okazja jest niemała. W ciągu ostatnich miesięcy ciążyła na mnie klątwa pięciu książek miesięcznie, a tu proszę.. piękna ósemeczka. Być może to jest jest szczyt formy, ale dobry początek i przełamanie reguły;)

Poza tym, mówię to z bólem serca, rozleniwiłam się strasznie i nie wszystkie książki były recenzowane na blogu. Co prawda, każda recenzja znalazła się na vlogu, ale to bezczelne z mojej strony i ten miesiąc będzie miesiącem bez wymówek. Pisanie to moja pasja, a pisanie o książkach jest czystą przyjemnością, której nie mam zamiaru sobie odmawiać:) 

Zacznijmy od moich zdobyczy, dobrze? Ostatnio się rozszalałam, ale książek nie mam zamiaru sobie odmawiać:) są jak dzieci, których nie mam. Jeszcze. Wszystkie są zakupem własnym.



Od lewej:
"Restart" Amy Tintera, Wydawnictwo MAG (z EPIKBOX'a)
"Harry Potter i kamień filozoficzny" J.K. Rowling, Media Rodzinna
"Mroczna Wieża IV: Czarnoksiężnik i Kryształ" Stephen King, Wydawnictwo Albatros
"Mroczna Wieża V: Wilki z Calla" Stephen King, Wydawnictwo Albatros
"All-new X-Men: Wczorajsi X-Men" B.M.Bendis, S.Immonen, Egmont (komiks)
"New Avengers: Wszystko umiera" J.Hickman, S. Epting, Egmont (komiks)

Od dołu:
"Kroniki Amberu" Roger Zelazny, Wydawnictwo Zysk i S-ka
"Mechaniczny Anioł" Cassandra Clare, Wydawnictwo MAG
"Drażliwe tematy" Neil Gaiman, Wydawnictwo MAG
"Miasto cieni" Ransom Riggs, Media Rodzinna
"Zimowa Opowieść" Mark Helprin, Wydawnictwo Otwarte
"Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety" Mark Helprin, Wydawnictwo Otwarte
"Portret Doriana Graya" Oscar Wilde, Wydawnictwo Zysk i S-ka
"Rozpacz" Vladimir Nabokov, Wydawnictwo Muza

Wrap-up & TBR
(po lewej przeczytane, po prawej plany listopadowe)


Wrap-up (od dołu)
"Zakon Mimów" Samantha Shannon, wydawnictwo SQN
"Król Kruków" Maggie Stiefvater, Wydawnictwo Foksal
"Lek na śmierć" James Dashner, Wydawnictwo Papierowy Księżyc
"Światło, którego nie widać" Anthony Doerr, Wydawnictwo Czarna Owca
"Oddam Ci Słońce" Jandy Nelson, Wydawnictwo Otwarte
"Wielki Marsz" Stephen King, Prószyński i S-ka
"Rozpacz" Vladimir Nabokov, Wydawnictwo Muza
"Wiedźmin: Krew elfów" Andrzej Sapkowski, Wydawnictwo SuperNowa
"Avengers: Świat Avengers" J. Hickman, J. Opena, A.Kubert, Egmont (komiks)
"Sherlock Holmes i wampiry Londynu tom I" S.Cordurie, V.Krstic-Laci, Egmont (komiks)
"Sherlock Holmes i wampiry Londynu tom II" S.Cordurie, V.Krstic-Laci, Egmont (komiks)

TBR (od dołu)
"Kosogłos" Suzanne Collins, Media Rodzinna
"Uwięziona w Bursztynie" Diana Gabaldon, Świat Książki
"Misery" Stephen King, Prószyński i S-ka
"Doktor Sen" Stephen King, Prószyński i S-ka
"Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety" Mark Helprin, Wydawnictwo Otwarte
"Mechaniczny Anioł" Cassandra Clare, Wydawnictwo MAG
"Harry Potter i kamień filozoficzny" J.K.Rowling, Media Rodzinna

Uwaga, Uwaga!

Nie byłabym sobą gdybym o czymś nie zapomniała, ale ten film wszystko wam wyjaśni i mam nadzieję, że weźmiecie udział w akcji i konkursie:)


Jak wam poszło czytanie w październiku?
Co planujecie czytać w listopadzie?
Skusicie się na Kinga?;)
Dajcie znać na dole:)

piątek, 30 października 2015

Samantha Shannon "Zakon Mimów"

Jaki jest największy problem autorki tego bloga (czyli mnie)? Zgadniecie? W blogosferze co rusz pokazuje się książka, o której piszą wszyscy, bądź prawie wszyscy. Ja ten moment przeczekuje.. Ba! Przeczekuje czasami długie miesiące, nawet lata, i nagle, ni stąd ni zowąd, postanawiam przeczytać tą gwiazdę bookowych recenzji i coś o niej napisać. Nie wiem czy to ma większy sens, ale pisanie samo w sobie jest niezłą zabawą, więc pozwalam sobie na to czyste szaleństwo i skok adrenaliny. Dzisiaj będę skakać z "Zakonem Mimów".. cóż.. towarzystwo Shannon spodobało mi się od pierwszego tomu.


Autor: Samantha Shannon
Tytuł: Zakon Mimów
Tytuł oryginalny: The Mime Order
Wydawnictwo: SQN
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 539
Przekład: Regina Kołek

Dzisiaj niewiele będzie o fabule. To wszystko ze strachu przed tym, że może mnie niepotrzebnie ponieść i zdradzę wam więcej niż chcielibyście wiedzieć. Nawet jeśli macie potrzebę żeby wiedzieć, i tak wam nic nie powiem. Jestem okrutnym czytelnikiem, sprawcą nieszczęść.. Dobrze. Słaby żart. "Zakon Mimów" to drugi, zaraz po "Czasie Żniw", tom serii, która porwała mnie już na początku. Historia Paige (no dobrze.. Paige i Naczelnika, może nawet bardziej Naczelnika niż Paige) sprawiła, że to co najbardziej przeszkadza mi w tego typu powieściach (czytaj: wciskany na siłę romans), całkowicie mnie porwało i chciałam więcej. Czy dostałam więcej nie odpowiem. Mogę tylko dodać, że nie zawsze dostajemy to czego chcemy.. ale zdarzają się wyjątki.

Shannon to niewątpliwie autorka zdolna. Niewątpliwe jest również to, że jest autorką młodą i potrzebną. Jej styl pisania jest nienaganny. Jej wizja świata (przynajmniej w tych dwóch pierwszych tomach) zachwyca. Co więcej, jej książki mają w sobie to magiczne coś, co wyróżnia je pośród milionów podobnych historii. To rodzaj pisarki, z którą mogłabym się zaprzyjaźnić. Zrobiłabym to z chęcią i całkowicie za darmo, jeśli tylko podsyłałaby mi swoje nowe pomysły.. może dla odmiany recenzowałabym przed innymi a nie kilka miesięcy po. Oczywiście żartuję. I tak recenzowałabym po czasie.

Co mnie zachwyciło i nieco zbiło z tropu w drugiej części tej niesamowitej serii, to zwroty akcji. Spora część jest już zapewne za tą lekturą i myślę, że zrozumiecie kiedy powiem, że zakończenie po prostu zwaliło mnie z nóg. Musiałam przeczytać je pięć razy. PIĘĆ RAZY! Wszystko po to żeby uzmysłowić sobie, że to nie wytwór mojej wyobraźni i autorka naprawdę zrobiła to co zrobiła. Koniec końców, mimo strasznego czytelniczego kaca, jestem zachwycona. W końcu ktoś, kto nie boi się zafundować terapię szokową czytelnikom. Lubię kiedy pisarze bawią się swoimi oddanymi czytelnikami. Lubię kiedy podają nam na tacy coś tak wstrząsającego, że nie możecie zasnąć, bo tak jakoś wyszło, że kończycie czytać późną nocą.. Uwielbiam ten rodzaj znęcania się, bo sprawia, że ja jako czytelnik marudny, nie nudzę się. Wręcz przeciwnie. Klaszczę w dłonie jak dziecko, bo mimo, że nie zdawałam sobie sprawy, właśnie tego chciałam. Wstrząsającego zakończenia. Elementów zaskoczenia, które wywrócą moje czytelnicze życie do góry nogami.

"Zakon Mimów" to powieść zachwycająca. To powieść, którą się pochłania i czyta jednym tchem. To ten rodzaj historii gdzie coś nierealnego wydaje się być prawdziwe. Książka, która ma w zanadrzu kilka sztuczek żeby zachwycić każdego czytelnika. Autorka postarała się żebyśmy się nie zanudzili. Zaproponowała nam powieść, która jest niebanalna i sprawia, że błagamy o więcej. Ja błagam. Od wczoraj co godzinę wznoszę modły.. proszę o to, żeby część kolejna jak najszybciej trafiła w moje ręce. Nie wiem jak. Nie wiem czy to możliwe. Wiem, że potrzebuję kontynuacji tej historii, a po takim zakończeniu, brak dodatkowych kilku stron byłby przestępstwem. Dlatego z tego miejsca, z końca tej krótkiej opinii, składam wniosek o jak najszybsze wydanie części kolejnej. Nieważne czy istnieje czy nie. Jeśli nie, lepiej niech powstanie, bo stworzę grupę strajkujących. Koniec wniosku.

środa, 21 października 2015

Andrzej Sapkowski "Wiedźmin: Krew Elfów"

"Cudze chwalicie swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie".. słowa Stanisława Jachowicza to pierwsze co przyszło mi do głowy po zamknięciu pierwszej części sagi wiedźmińskiej. Powiedzenie, że pochłonęłam tą książkę byłoby wielkim niedopowiedzeniem. Stwierdzenie, że była dobra, mogłoby się okazać największym kłamstwem w moim całym czytelniczym dorobku. Pełna refleksji, po przeczytaniu tak genialnej książki polskiego autora (!!), dochodzę do wniosku, że my, Polacy, mamy naprawdę duże trudności z docenieniem naszych polskich skarbów. A saga wiedźmińska takim skarbem jest.

Autor: Andrzej Sapkowski
Tytuł: Wiedźmin: Krew elfów
Wydawnictwo: SuperNowa
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 339

Wyobraźcie sobie idealny, fantastyczny świat, w którym ludzie biesiadują z krasnoludami i elfami. Wyobraźcie sobie świat, w którym możemy spotkać istoty o jakich nawet nam się nie śniło (i których nazw nie jestem w stanie spamiętać). Andrzej Sapkowski tworzy właśnie ten magiczny, hipnotyzujący świat, w którym umieszcza niebywałe postacie. Jedna z nich, Geralt, tytułowy wiedźmin, spotyka na swojej drodze księżniczkę, uciekinierkę, ofiarę, dziecko.. Ciri. Nie jest to dla niego zaskoczenie, w końcu Ciri została mu przepowiedziana już dawno temu.. Teraz musi wziąć ją pod swoje skrzydła, nie wiedząc jeszcze, że Ciri nie jest zwyczajną ludzką dziewczynką,

Porażająca historia. Porażające tło. Porażający bohaterowie. Wszystko w tej powieści poraża, daje impuls do czytania i odczuwania. Zupełnie inaczej, zupełnie na nowo. Sposób w jaki Andrzej Sapkowski kreuje swoją powieść jest bezbłędny, genialny, zachwycający. Nieczęsto powieść, po której oczekuje się, że będzie dobra, okazuje się tak cholernie fantastyczna. Brakuje mi słów i tchu, moje palce nie nadążają za myślami, a serce bije jak szalone.. tylko dlatego, że nasz własny, prywatny, polski Sapkowski stworzył jedno z najlepszych dzieł fantastycznych w dziejach. O czym to ja...? Ach tak.. Postacie. Bohaterowie. Czarne i białe charaktery. Zakochałam się w każdym i każdej z osobna. Nie ma tu miejsca na przypadek, każda postać jest dopracowana. Każda mówi, zachowuje się w inny sposób. Mogłoby się wydawać, że każda jest taka jaka być powinna i cóż.. tak rzeczywiście jest. Nie często spotyka się bohaterów tak indywidualnych, że w jakiś, niezrozumiały sposób, tworzą synchroniczną, niezachwianą całość.

A fabuła! Co to w ogóle.. ech.. śmiałam się, obgryzałam paznokcie i byłam niewiarygodnie zadowolona. Każde słowo napisane przez autora sprawiło mi przyjemność. Każdy dialog doprowadził do reakcji emocjonalnych. Z każdą kolejną stroną papier wciągał mnie coraz bardziej.. w końcu sama nie wiedziałam w jakim świecie się znajduję, ale był to ten właściwy świat. Świat, w którym wszystko jest możliwe i niemożliwe zarazem. Czasami tak trudno znaleźć odpowiednie określenie.. tak trudno oddać wspaniałość historii. To właśnie ten rodzaj powieść. Historia, która jest tak niezaprzeczalnie fascynująca i wciągająca, że człowiek nie ma nawet sił marudzić na brak czasu, chęci, czy zmęczenie. To powieść, która nie pozwala nam spać po nocach, ale jesteśmy jej za to wdzięczny. W końcu, to książka, która po skończeniu sprawia, że chcemy aby nigdy się nie skończyła.. tak bardzo uzależnia nas od siebie.

Po dobrnięciu do ostatniej strony i odłożeniu książki na półkę (Wiedźmin ma swój własny kącik chwały w naszym domu, za sprawą mojego narzeczonego), zaczął się czas refleksji. Refleksji trudnych do przyznania przed samą sobą i trudnych do wytknięcia wam. Nam. Z Sapkowskim miałam styczność dawno, dawno temu kiedy czytałam trylogię husycką. Być może niewiele wtedy jeszcze z niej rozumiałam, ale byłam nią zachwycona. Tyle pamiętam. Saga wiedźmińska to natomiast pewnego rodzaju chluba narodowa, rodzaj książek, który każdy zna, ale mało kto czytał. Dlaczego? Takie banalne pytanie wprowadza tyle chaosu. Dlaczego tak rzadko sięgamy po polskich autorów? Dlaczego powieść lepsza niż większość powieści autorów amerykańskich/angielskich/innych jest tak bardzo niedoceniana? Niedocenienie to może nie najlepsze słowo, bo kto przeczytał ten docenia. Docenia jak diabli. Jednak mamy w sobie jakąś blokadę. Coś, co kieruje nasz wzrok na często powtarzalną literaturę amerykańską, podczas gdy nasz rodak stworzył coś tak niepowtarzalnego, że nawet czy się cieszą.

Saga wiedźmińska to mój faworyt w worku z fantastyką. Mimo, że mam jeszcze kilka części przed sobą (na szczęście!) to już teraz wiem jaki kawał literatury mam w ręce. Zdaję sobie sprawę, że nie doceniałam Sapkowskiego i za długo pozwoliłam mu czekać na jego kolej. Jestem w pełni świadoma, że moja ignorancja względem tego autora była największą głupotą i pomyłką w moim czytelniczym jestestwie, Z bólem serca przyznaję, że mój sceptycyzm brał się z księżyca. Z tego i innych powodów, mam dla was krótką radę (właściwie dwie): po pierwsze, bierzcie się za sagę wiedźmińską, po drugie, czytajcie polskich autorów. Pan Andrzej Sapkowski jest idealnym przykładem tego, jak genialni i często niedoceniani mogą być polscy pisarze. Fakt, że uważa się go za jednego z najlepszych polskich autorów to jedno.. teoretyzować a praktykować to dwie inne rzeczy. Wierzcie mi lub nie (jednak lepiej wierzcie, kto nie wierzy tego strata), ta powieść wgniata w ziemię wszystkie powiastki dystopijne, które są tak popularne w ostatnim czasie. Zmiata wszystkie popularne "dzieła" ostatnich lat. Sapkowski daje nam ten charakterystyczny smaczek, który czasami tak trudno dostać. Nie czekajcie. Nie warto. Wasze życie z Wiedźminem będzie po prostu lepsze.. a już na pewno ciekawsze.

wtorek, 13 października 2015

Anthony Doerr "Światło, którego nie widać"

Taka książka nie zdarza się często. Nie dzisiaj. Nie w tym świecie. Pomimo wielu wspaniałych powieść, coś tak przejmującego i ściskającego serce trafia się najwyżej raz na milion. Taka powieść to skarb sam w sobie. To treść, która rozbija nas na kawałki. To historia, która rozpuszcza nasze serce i nie pozwala mu się scalić. To dzieło, na którego pojawienie się warto czekać nawet 10 lat. Nawet 100.

Autor: Anthony Doerr
Tytuł: Światło, którego nie widać
Tytuł oryginalny: All The Light We Cannot See
Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 635
Przekład: Tomasz Wyżyński

Marie-Laure i Werner. Werner i Marie-Laure. Dwoje dzieci, później nastolatków, żyjących w dwóch innych światach. Światach, które są różnymi perspektywami. Światach, które są światami innymi, jednocześnie będąc tym samym światem. Każde z nich ma swoje życiowe bagaże, i chociaż nie mają za sobą zbyt wiele wspólnego, ich los się splata.. na chwilę, na moment, ale to wystarcza, żeby coś się zmieniło w życiu obojga. Marie-Laure to niewidoma dziewczyna, która od szóstego roku życia musiała nauczyć się żyć w ciemności wypełnionej kolorami. Kiedy rozpoczyna się II woja światowa, razem z ojcem musi uciekać z Paryża.. Werner to sierota. Razem z siostrą wychowuje się w sierocińcu, a kiedy nadchodzi czas wojny, znajduje się po drugiej stronie. Żyje w świecie, w którym to Hitler jest bohaterem, w którym dzieci od najmłodszych lat uczy się jak zabijać, jak nie szanować tego co obce i oddawać hołd temu co niemieckie. Jak nie być człowiekiem współczującym, jak być nieczułym potworem.

Obie postacie przechodzą przemianę w trakcie tej historii. Jednak pod koniec powieści czytelnik zdaje sobie sprawę, że to Werner jest tą postacią, która wzbudza/ wzbudzała największe emocje. To postać, której współczujemy, którą chce się przytulić i wszystko wytłumaczyć. To charakter, który zachwyca i przeraża. To ktoś, kto w prawdziwym świecie zostałby znienawidzony, za wszystko czego nie zrobił, a czego był świadkiem. To ktoś, kto urodził się w złym czasie i zdecydowanie nieodpowiednim miejscu. To chłopak, który mógł dojść do wielkich rzeczy, gdyby urodził się na drugim końcu świata. To postać jasna, mimo całej ciemnej, wojennej otoczki. To postać koniec końców dobra, mimo wojennej strony, po której się znajduje, Gdybym miała określić ich zadanie w tej powieści, Marie-Laure byłaby dobrem dobrej powieści, a Werner wstrząsem, powieści wstrząsającej.

Historia, którą serwuje nam autor to coś więcej. COŚ WIĘCEJ niż my sami możemy się spodziewać. To genialnie poprowadzona fabuła, świetny język, całość dopracowana do najmniejszego szczegółu. "Światło, którego nie widać" jest jedną z tych powieści, które stawiają poprzeczkę niesamowicie wysoko. Powieść, którą za kilkadziesiąt lat będą nazywać dziełem życia autora. Książka, która może okazać się tą "po której autor nie wydał nic równie dobrego". Mimo, że wierzę w umiejętność autora (nie muszę tego robić, mam dowód na kolanach), trudno mi uwierzyć, że jest w stanie stworzyć coś jeszcze lepszego. Bardziej świadomego. Bardziej poruszającego. Bardziej dotykającego czułe punkty. To po prostu cholernie trudne na starcie wydać powieść tak doskonałą, że trudno dosięgnąć do własnych standardów.

W tej powieści nie ma NIC, absolutnie NIC co mogłabym nazwać słabą stroną. Doskonałość. Perfekcja. Ideał. Każda kolejna strona sprawiała, że pogrążałam się coraz bardziej. Każde kolejne słowo powodowało, że nie mogłam się skupić na spaniu, czy chociażby normalnym życiu. Możecie mi wierzyć lub nie, ale po takiej lekturze trudno wrócić do normalnego życia beż żadnych uszczerbków. Beż żadnych wniosków. To powieść, która daje wiele do zrozumienia. To historia, która porusza. To ponad 600 stron czystych emocji. To tysiące słów, które udowadniają jak niewdzięczni potrafimy być. To niezliczone ilości przecinków i kropek, dające do zrozumienia, że zapominamy o wielu niesamowicie ważnych sprawach. Każdego dnia. Każdej nocy. To emocje, które już na starcie spisują nas, czytelników, ludzi na straty, za naszą niewdzięczność..

Niemal po każdej książce zastanawiam się co wniosła do mojego życia. W większości wypadków to po prostu rozrywka, bo jak wiemy, czytanie to najlepsza rozrywka na świecie.. a już na pewno najbardziej uniwersalna. Ta książka wniosła coś więcej. Udowodniła mi, ze tak naprawdę nie mogę narzekać. Nie mam prawa narzekać. Przedstawiła historię od strony zwykłych cywilów. Pokazała prawdziwą tragedię ludzką, którą znamy ze zdjęć. Opisała nie tylko historię dwójki młodych ludzi, ale też emocje. Wojenne emocje, pełne żalu i strachu. Emocje, których my tak bardzo się boimy. Ja się boję. Emocje, które przekraczają skalę. Jeżeli więc wahacie się czy sięgnąć po tą powieść czy warto, odpowiedź jest banalnie prosta..

TAK, WARTO.
TERAZ.
JUŻ.

piątek, 2 października 2015

Tak magicznie tu jeszcze nie było... Maggie Stiefvater "Król Kruków"

Zdarza się, ze książki wobec, których nie budujemy żadnych oczekiwań, okazują się tym najlepszymi, najbardziej magicznymi. Maggie Stiefvater kupiła mnie już na samym początku powieści, a właściwie kupili mnie wydawcy, jedną z najpiękniejszych opraw jakie widziałam. Jednak koniec końców to nie okładka świadczy o książce a jej wnętrze, więc teraz odwracam wzrok od tego małego cuda i skupiam się na rzeczach istotnych.. treści.

Autor: Maggie Stiefvater
Tytuł: Król Kruków
Tytuł oryginalny: The Raven Boys
Wydawnictwo: Foksal
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 487
Przekład: Małgorzata Kafel

Postarajcie sobie wyobrazić, że żyjecie w domu, który po brzegi wypełniony jest magią. Właściwie ludźmi, którzy pracują w zawodzie związanym z magią, ale to już coś. Pomyślcie przez chwilę jak to jest żyć wśród osób, które wiedzą, przeczuwają, czują co się może wydarzyć. Nie wspominając już o niemożliwości kłamstwa. Wyobraźcie sobie waszą matkę, która zajmuje się wróżbiarstwem, i jej przyjaciółki, kuzynki, siostry, które są jasnowidzami i nośnikami magii, chociaż bez skrzydełek. Zamknijcie teraz te wszystkie elementy w waszym domu. Już? No dobrze. Teraz odetchnijcie. To nie wasze życie, to własność Blue.

Teraz jeszcze jedna wizualizacja. Troszkę przyjemniejsza. Pomyślcie o tym jakby to było gdybyście byli bogatym nastolatkiem. Właściwie nastolatkiem z naprawdę bogatymi rodzicami. Wyobraźcie sobie, że chodzicie do prywatnej szkoły dla chłopców/dziewczyn. Ba! Jesteście najsławniejszą osobą w szkole, nie mówiąc już o tej całej adoracji i grupach fanów, chłopców/dziewczyn, którzy chcieli by być ja wy. Pomyślcie, że czegoś naprawdę mocno pragniecie, ale jest to w pewnym sensie poza waszym zasięgiem. Wyobraźcie sobie, że ciężko nad czymś pracujecie. Szukacie, chociaż nie wiecie gdzie szukać i co znajdziecie. Zapomniałabym! Dodajcie do tego jeszcze fakt, że macie zupełnie inne spojrzenie na życie niż wasza bogata rodzina, bo wy się zmieniliście, oni nie. To znowu nie wy. Uff.. to tylko Gansey.

Blue niemal od dziecka wie, że jej pocałunek zabije chłopaka, którego pokocha. I nie ma to nic wspólnego z supermocami, takie jest po prostu jej przeznaczenie, jeśli wierząc milionom wróżek, które przepowiadały jej przyszłość. W pewnym momencie jej losy splatają się z losami trzech chłopców, którzy uczęszczają do elitarnego liceum dla chłopców. Gansay, Ronan i Adam, niemal z manią wariata, poszukują zaginionego króla Glendowera, który rzekomo został pochowany na liniach mocy. Linie mocy z kolei to cudo, którego ja sama pojąć nie mogę. Skupisko niesamowitej energii, na której dzieją się niezrozumiałe, magiczne rzeczy. Kiedy drogi tej czwórki się schodzą, nie można się spodziewać niczego innego jak powieści po brzegi wypełnionej magią.

Magia. Dla każdego to słowo pewnie kojarzy się inaczej. Kiedy sięgałam po tą książkę, sądziłam, że będzie to najbardziej fantastyczna fantastyka ze wszystkich fantastyk. Tymczasem dostałam powieść o magii, ale tej przyziemnej, bez elfów, smrodków, krasnoludów i całej reszty kreatur niewytłumaczalnych. Autorka serwuje nam historię, w której nadzwyczajność jest zjawiskiem typowym, przynajmniej dla głównych bohaterów. Pani Stiefvater porwała mnie, zauroczyła swoją wizją tego co magiczne i niepowtarzalne. Pokazała, że książka nie musi zawierać elementów często spotykanych w powieściach fantastyczno-magicznych, żeby zaskakiwać i serwować nam odloty do innego świata, który jest tylko przykrywką dla naszego życia. Magia według Stiefvater to zjawisko, które możemy spotkać na ulicy za rogiem, nie zdając sobie z tego sprawy. To część naszego teoretycznie zwyczajnego świata, który nie do końca jest taki jakim możemy go sobie wyobrażać. To pierwszy powód, dla którego pokochałam tą sagę.. nowa, stara, zapomniana odsłona tego co magiczne.

Drugi element to po raz kolejny niepowtarzalność. Nie muszę chyba mówić jak niesamowicie jestem podekscytowana tym, że w ostatnim czasie czytam książki niepowtarzalne, wyjątkowe. Wyliczankę zacznę od niepowtarzalnych bohaterów, z których każdy jest inny. Blue- dziewczyna, która jest rozsądną córką matki wróżki, z nutką buntu w tle, Gansay- człowiek niewiadoma, poszukiwacz, marzyciel, zarozumiale kochany, Adam- chłopak o stu obliczach, tak naprawdę nie rozgryzłam go i nie wiem co myśleć, oraz Ronan- buntownik, chuligan jakich mało, chyba byśmy się polubili. Nie wspomnę o niesamowicie wykreowanym czarnym charakterze, którego poznacie jak tylko sięgniecie po tą książkę (a co! taka wredna jestem). Następnie genialna fabuła, czyli wykreowana tak, żeby się nie ciągnęło, wciągało i zaskakiwało. Odhaczone. I najważniejsze! Wątek miłosny nie przyćmił historii, za co kłaniam się i całuję buty autorce. Myślę, że niektórzy mogliby się od niej uczyć tej zapomnianej sztuki.

Maggie Stiefvater zabrała mnie w podróż do miejsca, które uwielbiam odwiedzać. Pokazała mi, że opowieść o nastolatkach (być może i dla nastolatków), może zachwycać, powodować uśmiech na twarzy i rozkochiwać w sobie. Autorka bezbłędnie zinterpretowała moje potrzeby, chociaż stawiam (kto wie), że nigdy o mnie nie słyszała. Przypuszczam więc, że to dziwna telepatia potrzeb czytelniczych. Z każdą kolejną stroną czułam przypływ radości i dumy, która rozpiera mnie do teraz kiedy widzę to maleństwo na swojej półce. To książka, którą kiedyś polecę moim dzieciom, a później ich dzieciom i może dzieciom moich wnuków.. jak dożyję. To książka, która (jestem tego pewna) będzie równie magiczna za sto lat i może wtedy wróci w chwale. Pożyjemy, zobaczymy.. tymczasem wyganiam was do lektury, bo po prostu warto.

poniedziałek, 28 września 2015

Jak King spełnia moje czytelnicze marzenia.. Stephen King "Mroczna Wieża II: Powołanie Trójki".

Po przeczytaniu drugiego tomu Mrocznej Wieży żałuję dwóch rzeczy: po pierwsze, że książka się skończyła, po drugie, że tak długo odkładałam sięgnięcie po tą serię. Stephen King jest moim synonimem świetnie poprowadzonych historii, w dobrym, mrocznym stylu. Stephen King jest również moim bohaterem powieści wstrząsających, powieści, które nie dają o sobie zapomnieć. Mroczna Wieża natomiast była gdzieś na mojej liście do przeczytania kiedyś. Dzięki Bogu, to kiedyś nadeszło szybciej niż później, natomiast ja mogę uczcić największego kaca książkowego w mojej czytelniczej historii. 

Autor: Stephen King
Tytuł: Mroczna Wieża II: Powołanie Trójki
Tytuł oryginalny: The Dark Tower II: The Drawing of the Three
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 447
Przekład: Zbigniew A. Królicki

Genialna. Zachwycająca. Niepowtarzalna. Tak w kilku słowach mogłabym opisać kontynuację jednej z najlepszych serii jakie miałam okazję czytać. Już po pierwszym tomie miałam świadomość, że Mroczna Wieża to COŚ. Coś niesamowicie imponującego i porywającego. Coś co sprawi, że przez kilka kolejnych dni będę analizować każdy fragment. Jednak to dopiero drugi tom sprawił, że zaczęłam bardzo poważnie się martwić o pierwsze miejsce "Bastionu" na liście książek mojego życia. Część druga skupia się na spełnianiu przepowiedni tomu pierwszego, i powołaniu przez Rolanda, naszego głównego bohatera, tajemniczej trójki, która ma mu pomóc osiągnąć cel w postaci mistycznej Mrocznej Wieży.

Zacznę może od tego, że sposób w jaki Stephen King bawi się czytelnikiem przechodzi ludzkie pojęcie. Każdy pojedynczy element, każda postać, każda strona, i każde zdanie, są tak dopracowane, tak pedantyczne, że brak niedociągnięć boli i wzrusza. Każdy bohater, który pojawił się w tym tomie, sprawił, że cała historia jest historią doskonałą, chociaż pojęcie doskonałości każdy definiuje sam. W fabule nie ma czasu na pierdoły, chociaż wcale nie brakuje miejsca na typowe kingowskie przeciąganie, dla jednych struny, dla drugich sztuki. King nie jest tu tylko bardzo estetyczny, ale również niedościgniony w gatunku, który trudno do końca określić. Momentami miałam wrażenie, że autor sam zadawał sobie pytanie co właściwie wyprawia, co nie zmienia faktu, że to "wyprawianie" wyszło mu bezbłędnie, a niezrozumiała fantastyczność tej książki jest jej ogromny (jeśli nie największym) atutem.

Atmosfera tej powieści zabija. King zabiera nas w podróż magiczną i niepowtarzalną. Z drugiej strony, gdyby coś tak niezrozumiale pokręconego było powtarzalne, zaczęłabym bardzo poważnie martwić się o moją czytelniczą psychikę. Z każdą kolejną strona autor daje się ponieść coraz większej wyobraźni, a mi, jako czytelnikowi ciekawskiemu, na usta cisną się miliony pytań. Nie tylko dotyczące samej powieści czy też serii, ale również stanu psychicznego autora i leków jakie zażywał w trakcie pisania tej historii ( stwierdzenie to zostało napisane z przymrużeniem oka, autor powyższego i poniższego tekstu bardzo szanuje Pana Kinga, zahacza wręcz o niebezpieczny fanatyzm). Co więcej, mam nieodparte wrażenie, że pewne rzeczy zachwycają dlatego, że to właśnie King, a Kingowi można, bo King jest Kingiem i koniec kropka. Niestety.. w brutalnym świecie rynku literackiego, nie każdy może sobie pozwolić na pisanie książek odmiennych, jeśli jest moda na dystopie. Jestem w pełni świadoma, że ta książka została wydana już długi czas temu, co nie zmienia faktu, że ciągle zachwyca.

Skupię się jednak choć na chwilę i poudaję przez moment czytelnika poważnego. Większość z was zdaje sobie sprawę, że moje opinie często gęsto są owiane sarkazmem i zabawnością, do której staram się nie dążyć. Niektórzy z was mogą posądzić mnie o brak powagi i nie pisanie o rzeczach ważnych, jak narracja czy stopień doskonałości bohatera głównego i tych pobocznych. Co dla mnie jest ważne (a chcąc nie chcąc, na bezczelnego piszę o rzeczach ważnych dla mnie z nadzieją, że są również istotne dla was) to emocje jakie wzbudza we mnie autor i jego powieść. Autor mniej niż sama powieść, ale zapominanie o twórcy bywa czytelniczym grzechem głównym. Powołanie Trójki to ta część sztuki, którą ja osobiście uwielbiam. To kawał dobrej literatury, która raz po raz mnie zaskakiwała i wprowadzała pewien niewytłumaczalny dyskomfort. To powieść, w której realność stapia się z fantastyką, a historie możliwie prawdziwe stają się historiami nierealnymi. Jeżeli więc miałabym wskazać element, za który najbardziej szanuję Kinga, byłaby to emocjonalna huśtawka, która w trakcie czytania Mrocznej Wieży przybrała tylko na sile i powaliła mnie na łopatki.

Mroczna Wieża nie jest serią, która w jakikolwiek sposób definiuje Kinga jako autora, proszę, miejcie to na uwadze. Moim skromnym zdaniem King nie jest pisarzem, którego powinno się definiować.. odstąpieniem od reguły jest definiowanie jego genialnej wyobraźni, która jest najzwyczajniej w świecie genialna (zabieg celowy). Jednak jeśli chodzi o same dzieła Kinga nie można ich nazwać po prostu horrorami, czy po prostu fantastyką. Nie można tych powieści również określić mianem po prostu bardzo dobrych, czy po prostu zachwycających. Za każdą powieścią napisaną przez mistrza kryje się coś więcej, drugie dno, które odkrywamy albo po pierwszej przeczytanej powieści tego autora, albo uderza to w nas niespodziewanie w trakcie snu. King to autor z niesamowitą wrażliwością pisarską i niezastąpionym zmysłem obserwacji. Natomiast Mroczna Wieża jest żywym dowodem na to, że geniuszu i talentu do poruszania wyobraźni nie należy ograniczać pojęciem 'horror' i dać mu szansę, nawet jeśli podchodzimy sceptycznie do takich dzieł jak Carrie czy Lśnienie. Mroczna Wieża to definicja Kinga najlepszego, w odsłonie nieznanej, zupełnie nowej, poruszającej.

piątek, 25 września 2015

Gdzie byłam kiedy mnie nie było? Co dalej? Krótki, nieogarnięty vlog informacyjny.

Jak niektórzy z was się zorientowali, od jakiegoś czasu na moim blogu można było słyszeć ciszę i świerszczyka w tle. Ostatnie miesiące były bardzo intensywne i oczywiście, z moich planów vlogowo-blogowo niewiele wyszło. Jednak nadeszła jesień i okazało się (nareszcie), że mam trochę czasu na swoją własną, prywatną pasję.. którą koniec końców dzielę z wami. Niech będzie.. nie będę samolubna..

Nie mogę się doczekać kiedy dopadnę i pogwałcę komentarzami wasze blogi. Do niektórych z was zaglądałam w międzyczasie, ale to nie to samo co maraton blogowy z kubkiem herbaty w dłoni:)

Do zobaczenia (usłyszenia, napisania) na dniach:)


wtorek, 18 sierpnia 2015

Chaotycznie o 'Czasie Zniw' Samanthy Shannon. Tyle emocji.

Ksiazki mozemy podzielic na te znane bardziej, pojawiajace sie z rozmachem na rynku ksiazkowym, i te, ktore przechodza bez echa, co nie do konca oznacza, ze sa gorsze. Ja w ostatnim czasie zaczytuje sie raczej w tych 'znanych' i tym razem rowniez nie bylo inaczej. Ze znanymi powiesciami mam taki problem, ze w zwiazku z otaczajaca ich slawa wymagam zeby tresc byla na takim samym poziomie, a nawet troszke, odrobinke lepsza od pochwal pojawiajacych sie tu i tam. 'Czas Zniw' to powiesc, po ktora mialam siegnac juz od jakiegos czasu, az nareszcie druga czesc wymusila na mnie przeczytanie pierwszej. Wiem, ze z tego chaosu trudno cos zrozumiec, ale mam nadzieje, ze dalszy tekst troche was (i mnie) rozjasni. 


Autor: Samantha Shannon
Tytul: Czas Zniw
Tytul oryginalny: The Bone Season
Wydawnictwo: SQN
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 513
Przeklad: Regina Kolek

'Czas Zniw' opowiada historie Paige, mlodej jasnowidzki, zyjacej w swiecie, w korym jej dar jest uwazany za chorobe, za cos z czym powinno sie walczyc. Paige pracuje w kryminalnym podziemiu Londynu, ale miasto to zupelnie sie rozni od naszych wspolczesnych wyobrazen na jego temat. Panuje tu pewien, bardzo widoczny podzial miedzy slepcami a widzacymi, miedzy jasnowidzami buntonikami, a tymi, ktorzy staneli po stronie Sajonu (to ta ciemna strona mocy w ksiazce). Tak czy inaczej, w wyniku pewnych metrowych wydarzen, dwoch zabojstw i czystego braku szescia, Paige trafia na terytorium Oksfordu, czesci Londynu, ktora w teorii nawet nie funkcjonuje, w praktyce skrywa tajemnice, ktore wcale nie sa kolorowe. Moglabym rzucic kilkoma Emmitami i Rafaitami, ale tego nie zrobie. Ewentualnie zrobie, zeby wzbudzic wasza ciekawosc: Emmici i Rafaici, jedni gorsi od drugich.

Paige nie trafia tam przez przypadek. Jej zdolnosci (poniewaz jasnowidzow mozna rowniez podzielic na kategorie) przykuwaja uwage bardzo niebezpiecznych jednostek, a jej zycie bedzie zalezec od tego czy sie postara i bedzie dzialac dla wroga przeciw potencjalnym wrogom, czy wybierze inna droge, ktora prowadzi coz.. ten element jest nieco trudniejszy do okreslenia.

W 1949 roku, dosc znany angielski autor, George Orwell, wydal sobie ksiazke. Ksiazka ta nazwana oryginalnie Nineteen Eighty-Four, stala sie dosc znanym dzielem, a jej fabula kreci sie wokol Londynu, calkowicie podporzadkowanego wladza miasta, okreslanym czesto jako Wielki Brat. W Roku 1984 Wielki Brat patrzyl. Patrzyl, sluchal, sledzil, pilnowal. Rzadzil. W Czasie Zniw, Shannon stworzyla swojego wlasnego Wielkiego Brata, tutaj zwanego Sajonem. Nie twierdze jednak (chociaz mogloby sie tak wydawac), ze autorka skopiowala klasyk z 1949 roku. Nie mogla tego zrobic. Mysle jednak, ze mogla sie nim inspirowac i jedyne co moge powiedziec to ..

... to wyrazic swoje uznanie dla Shannon, mlodej autorki, ktora napisala jedna z najlepszych powiesci dystopijnych jakie czytalam. Nie musimy sie oszukiwac.. W ostatnich latach rynek czytelniczy jest zalewany powiesciami dystopijnmi. Mysle, ze to trend, bo kazda dekada ma swoj  trend. A trendy przemijaja, pozostawiajac tylko kilka znakomitych ksiazek gatunku. Gdybym za kilka lat, kilkanascie, kilkadziesiat.. musiala wskazac ksiazki dystopijne, ktore warto przeczytac nawet po tak dlugim czasie, bylby to Czas Zniw. Powiesc ta nie tylko jest napisana lekkim piorem. Nie tylko podaje nam na tacy genialna, oryginalna historie. Nie tylko sieje zament w naszym czyteniczym zyciu, ale rowniez pozwala nam uwierzyc, ze to wszystko moze sie wydarzyc. Pozwala poczuc smak przyszlosci nierealnie rzeczywistej, ktorej sie boimy, ale ktorej jestesmy rowniez ciekawi.

Jako osoba juz nie nastoletnia, ale jeszcze nie do konca przez spoleczenstwo postrzegana jako dorosla, pozwolilam sobie na odrobine fantazji z autorka. Pozwolilam sie jej przekonac, ze londynskie podziemie kryminalne naprawde istnieje. Pozwolilam sobie zaszalec i dac poniesc sie emocja. Pozwolilam sobie wyrazic pewien zal i dezaprobate dla zakonczenia, bo jako osoba nielubiaca romansow, liczylam na romantyczne zakonczenie, powiescie nieromantycznej. Liczylam rowniez na pewna przewidywalnosc, z nadzieja, ze ww koncu bede mogla sobie bezkarnie ponarzekac, ale jej nie dostalam. Zaserwowano mi za to historie, ktora byc moze juz kiedys slyszalam, ale tak nie do konca. Dostalam powiesc, ktora Orwell moglby napisac 10 lat temu, jako Rok 1984- era jasnowidzow. Dostalam kawalek dystopii, ktory mnie nie zanudzil, chociaz mogl, gdyby autorka sie postarala.

Ten tekst byc moze nie jest do konca jednoznaczy, ale ksiazka tez jednoznaczna nie jest. Czytajac ja mialam konflikty wewnetrzne, moje wnetrznosci byly targane niepewnoscia. Tak naprawde nadal do konca nie wiem co jest dobre a co zle. Zdaje sobie sprawe, ze Sajon to podstepny s****syn, ale byc moze w tym calym szalenstwie jest jakas metoda. Mimo, ze przeczytalam ta ksiazke kilka dni temu i moja videorecenzja uplynela pod slowem 'wow', to piszac tych kilka slow naprawde nie wiem jak oddac swoje uczucia kilka dni pozniej, Myslalam o niej. Snilam o niej. Rozkladalam ja na elementy  pierwsze i ciagle nie wiem jak to mozliwe, ze cos tak fikcyjnego, tak nieogarnietego, moze byc tak niesamowicie dobre. Polecam, polecam, polecam.. ale najpierw przeczytajcie Orwella. Mowi wam to ksiazkowa-wrozka-dobra-rada.

piątek, 7 sierpnia 2015

Nieprzespana noc, ktora byla tego warta.. Clleen Hoover 'Maybe Someday'.

Jak juz wiecie, Colleen Hoover skradla moje serce wraz z pierwsza strona 'Hopeless'. Autorka, po ktorej spoodziewalam sie raczej mniej niz wiecej, sprawila, ze zakochalam sie w jej powiesciach i udowodnila mi, ze w moim czytelniczym zyciu ciagle jest miejsce na kilka romantycznych powiesci. Siegniecie po 'Maybe Someday' bylo wiec kwestia czasu. Czasu uzaleznionego od mojej kariery studenta wykonczonego.   


Autor: Colleen Hoover
Tytul: Maybe Someday
Tytul oryginalny: Maybe Someday
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 381
Przeklad: Piotr Grzegorzewski

Sydney i Ridge poznaja sie w najgorszym mozliwym momencie. Ona nagle traci wszystko na czym jej najbardziej zalezalo, a on najzwyczajniej w swiecie nie jest dostepny. Ridge od pieciu lat jest w szczesliwym zwiazku z cudowna dziewczyna, ale kiedy los sprawia, ze Sydney laduje pod jego dachem, ich zycie wywroci sie do gory nogami. Laczy ich milosc do muzyki, i pociag do siebie. Ale laczy ich znacznie wiecej. Zadne z nich nie jest gotowe, nie chce ryzykowac i dawac szansy zwiazkowi, ktory jest spalony juz na poczatku mety.

Jezeli mialabym wskazac co najbardziej podoba mi sie w powiesciach Hoover, to ze zdecydowaniem i bez zadnyh watpliwosci, odparlabym, ze postacie meskie. Oczywiscie, jej kobiece charaktery tez sa bardzo dobrze wykreowane, ale w tworzeniu fikcyjnych mezczyzn Hoover osiagnela mistrzostwo. Nie sa banalni. Nie sa cukierkowi, jak to bywa w wielu romansach. Co wazniejsze, w swoim zachowaniu nie sa kobiecy. Mezczyzni Hoover, to mezczyzni z charakterami i przeszloscia. To postacie, ktore nie sa tylko dodatkiem tej opowiesci, ale stanowia jej kluczowy element. Hoover wydaje sie rozumiec meska nature, jednoczesnie nie zapominajac, ze glownymi odbiorczyniami jej ksiazek sa kobiety. Ridga, podobnie jak Holdera, pokochalam niemal od razu. Co wiecej, pokochalam i zapragnelam go swoja fikcyjna miloscia nawet bardziej. Nie jest to mezczyzna idealny, momentami denerwowal mnie swoim zachowaniem (rzadko, ale jednak), a mimo wszystko nie potrafilam go znienawidzic. Nawet przez chwile. Nawet przez moment.

'Maybe Someday' to powiesc numer jeden na mojej liscie powiesci romantycznych. Ta ksiazka to gigant wsrod lzawych powiesci, wyrozniajacy sie swoim charakterkiem i brakiem beznadziejnosci. To powiesc, ktora wciaga jak diabli do tego stopnia, ze stracila poczucie czasu. Kiedy zaczelam ja czytac byla 21.. mialam przeczytac kilka stron, ale kilka stron to bylo zdecydowanie za malo. Skonczylam ja o 3 nad ranem i mialam ochote blagac o jeszcze. Swoja powiescia, Hoover, przypomina mi dlaczego tak beznadziejnie zakochalam sie w jej historiach. Maybe Someday to nie tylko swietny romans, to nie tylko cudowna opowiesc o milosci. To rowniez kilkaset stron, ktore uwodza czytelnika do tego stopnia, ze nie jest w stanie zobaczyc nic, poza tym co serwuje nam Pani Hoover.

'Maybe Someday' to powiesc bez ograniczen wiekowych czy genderowych (jesli juz mam byc modna i uzywac nowych zapozyczen). Jesli zastanawialiscie sie czy ta powiesc jest dla was, nie krepujcie sie.. Siegnijcie po nia. Pozwolcie sie rozkochac. Dajcie autorce szanse, a na pewno was nie zawiedzie. W 'Maybe Someday' serwuje nam niepowtarzalna historie z genialnymi postaciami (przez duze G) i rozchwianie emocjonalne, wewnetrzna walke o wlasne morale. W powiesci Hoover nic nie jest jasne. Nigdy nie wiadomo co sie wydarzy. Byc moze wlasnie dlatego tak bardzo ja uwielbiam i nie potrafie byc wobec niej krytyczna.. jej powiesci to po prostu niebanalny majstersztyk i w tym wypadku nic sie tutaj nie zmienilo.

sobota, 1 sierpnia 2015

O tym jak Mr. King doprowadzil mnie na skraj zalamania nerwowego.. Stephen King i "Cmetarz Zwiezat".

Z jednej strony brak znakow polskich sprawia, ze wstyd zzera mnie od srodka.. z drugiej jednak strony zycie bez pisania powoli doprowadza mnie do szalenstwa. Poza tym, mam pewne braki w odwiedzaniu waszych blogow i musze je jak najszybciej nadrobic. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Dzisiaj odkupuje swoja czytelnicza dusze powiescia, ktora juz w tytule ma bledy (oczywiscie, jest to zabieg celowy), wiec moze moj brak polskiego alfabetu zaginie gdzies w tlumie potoku slow. 


Autor: Stephen King
Tytul: Cmetarz Zwiezat
Tytul oryginalny: Pet Sematary
Wydawnictwo: Proszynski i S-ka
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 423
Przeklad: Paulina Braiter

Gdyby ktos zadal mi pytanie: czego oczekujesz od tej ksiazki? Mialabym niemaly problem zeby tak naprawde okreslic swoje oczekiwania. Sadzilam, ze bedzie to powiesc wypelniona polmartwymi zwierzakami, a glowny watek bedzie sie krecil wokol miejsca ich pochowku. Sadzilam, ze bedzie to, mimo wszelkiej strasznosci, lekki horrorek, mily nawet na wakacyjny, spokojny wieczor. Mialam tez swiadomosc, ze moze spodwodowac kilka, zupelnie niegroznych, niespokojnie przespanych nocy. Tymczasem King serwuje nam Horror przez duze 'H'. Dostalam nieprzespane noce, czytalam z roztrojeniem nerwowym, a martwy zwierzak (poza tymi pochowanymi) byl tylko jeden, i to tylko w przelocie.

Stwierdzenie, ze King potrafi pisac, nikogo juz dzisiaj nie dziwi. Dodanie, ze potrafi straszyc na smierc, tez bardzo rzadko zaskakuje. Jednak kiedy czytelnik jest pryzwyczajony do jego prozy, mysli, ze jest przygotowany na wszytko. Nic go nie zaskoczy. Jest gotow stawic czola najgorszym mozliwym opcja przygotowanym przez Mistrza. Jestem tym czytelnikiem i nie mialam pojecia jak bardzo sie mylilam, dopoki nie siegnelam po ta ksiazke. King naruszyl moja sfere emocjonalna do tego stopnia, ze musialam zrobic sobie przerwe, odlozyc ksiazke, wytrzec lzy, zrobic kilka oddechow i odpoczac przez dzien. Wszytko, zeby moc kontynuowac ta przerazajaco ludzka historie.

Mlode malzenstwo, dwojka dzieci, nowy dom, wielkie nadzieje.. Gdyby nie nazwisko na okladce, mogloby sie zdawac, ze to obyczajowa historia z gleboko ukrytym prekazem, ktory ma nam pomoc stac sie lepszym czlowiekiem, chociaz na chwile. Tak sie jednak nie dzieje. King na chwile usypia nasza czujnosc, tylko po to zeby zdzielic nas po glowie z podwojna sila. Sielankowe zycie rodziny, ktora zdazymy polubic, nagle rozpada sie na kawalki. Kiedy glowa rodziny podejmuje decyzje, ktore moga byc zgubne dla jego najblizszych, nie jest swiadom tego co sie wydarzy, a zaczelo sie bardzo niewinnie.. niedaleko domu, do ktorego wprowadzila sie rodzina, znajduje sie cmetarz. Miejsce pochowku zwierzat, ukochanych pupili dzieci z miasteczka. Nie cmetarz jest tu jednak problemem. Nie dajcie sie zwiesc tej taniej przykrywce. Cale zlo, wszystko co sprawia, ze na naszych ciala powoduje ciarki, znajduje sie za tym niepozornym cmetarzem i stanowi prawdziwe, niepojete zagrozenie.

King w swoich powiesciach czesto porusza nieprzyjemne tematy, i tym razem nie bylo inaczej. Mistrz horroru zabiera nas w mroczna podroz przez kraine, ktora nikomu nie kojarzy sie dobrze. King wskazuje nam palcem jak reagujemy na smierc, czym ona dla nas jest, jak latwo moze wszystko zmienic, strzasnac nasze zycie niczym pyl z ramienia. Smierc to temat nieprzyjemny, niechciany, znienawidzony przez nas, a jednak ciagle niepojety, Ludzie sa jej ciekawi, a jednoczesnie panicznie sie jej boja. Jesli mam stanac przed wami z czystym sumieniem, musze przyznac w tym miejscu, ze przez chwile znienawidzilam Kinga. Znienawidzilam go za to, ze tak latwo bawi sie moimi emocjami czytelnika rozchwianego. Znienawidzilam go za to, ze doprowadzil mnie do placzu. Znienawidzilam go za to, ze musialam odlozyc jego powiesc, chociaz tak bardzo chcialam kontynuowac, tylko dlatego, ze nerwy nie pozwalaly mi na kolejna strone. Oto co robi King ze swoimi oddanymi czytelnikami. Doprowadza ich na skraj zalamania nerwowego.

Kiedy bylam dzieckiem, zawsze znalazlo sie cos co moglo mnie przerazic. Teraz, kiedy jestem juz teoretycznie dosc duza dziewczynka, niektorzy nawet beda twierdzic, ze mloda kobieta, ciagle jestem przerazona. Czytajac powiesci Kinga odkrywam miliony nowych sposobow na to jak umrzec na zawal. Znajduje sto tysiecy powodow zeby schowac sie w szafie z zapasem jedzenia, choc nawet szafa moze kryc mroczne sekrety. Czytajac 'Cmetarz zwiezat' dowiedzialam sie jeszcze jednej rzeczy. Smierc nie jest latwa. Niewazne czy to smierc kota, czy dziadka sasiadki. Niewazne czy to smierc prawdziwa, czy ta w ksiazce lub filmie. Moje cialo niemal zawsze reaguje tak samo. Niemal zawsze zachowuje sie jakby potrzebowalo pomocy lekarza specjalisty. Jesli dodamy do tego jeszcze wysublimowane poczucie humoru artysty-sadysty, dostaniemy albo swietna ksiazke, ktora zapamietamy na zawsze, albo kawalek papieru zapisanego slowami, malymi zabojcami w swiecie literatury. Coz.. King zdecydowanie wie co robi i zabija nas bardzo powoli, sprawia, ze stajemy sie masochistami, ale chcemy wiecej.

piątek, 5 czerwca 2015

"Pomysły biorą się znikąd.." - (niesamowity) Stephen King, "Znalezione Nie Kradzione"

"Pomysły biorą się znikąd, oznajmił. Przychodzą bez toksycznego wpływu intelektu autora." 

Za każdym razem kiedy sięgam po Kinga (lub kiedy on sięga po mnie) czuję się na właściwym miejscu, we właściwym czasie. Każdy z nas przez to przechodzi, kiedy trzyma w drżących dłoniach nową lub jeszcze nieprzeczytaną powieść autora swojego życia. Pisząc tą recenzję będę mieć łzy w oczach, bo nie mogłabym być bardziej wdzięczna niż teraz, po przeczytaniu powieść Stephena Kinga... Kinga, którego ubóstwiam jako autora i cenię jako człowieka. 


Autor: (niesamowity) Stephen King
Tytuł: Znalezione Nie Kradzione
Tytuł oryginalny: Finders Keepers
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 480
Przekład: Rafał Lisowski

To już druga część serii opowiadającej o przygodach detektywa Billa Hodgesa, która (nawet się nie łudzę w tej kwestii) nie wszystkim przypadnie do gustu. Wspominałam o tym już przy pisaniu recenzji o "Panu Mercedesie". Jak już wiecie, osobiście z czystym umysłem i z ręką na sercu, wyznałam wam, że "Pan Mercedes" to książka niesamowicie dobra, ale nie muszę być obiektywna, bo moje zaślepienie sięga zenitu i nie będę tego faktu przed wami ukrywać. "Znalezione Nie Kradzione" nie spodoba wam się, jeżeli nie lubicie Kinga w tej postaci. Ja go uwielbiam w wersji każdej, chociaż ma lepsze i gorsze chwilę. W tym wypadku raczej się nie zawiodłam, ale...

Skupiając się na rzeczach ważniejszych niż ważnych, dam wam kilka przykładów, które być może przekonają was, że King wie co robi i dalej potrafi sprawić, że w trakcie czytania nie liczy się nic poza historią, którą wbija nam z uporem do naszych umysłów. Przede wszystkim historia. Numer jeden każdej powieści. Musi wciągać, musi zachęcać, musi mącić i wzbudzać emocję. King wzbudza emocje na każdym kroku. Numer dwa, to świetnie wykreowane postaci. Nie jakiś tam książę na rumaku, cukierkowa księżniczka, czy przemalowany romans. Zapomnijcie o tych bzdurach. King serwuje nam podstarzałego detektywa, w świetnej formie, który mimo pozorów ma problemy ze sobą i obwinianiem się, za sytuacje, na które nie miał wpływu. Mamy tu też Holly, która walczy ze swoimi natręctwami i lękami oraz Jerome'a, nieco starszego niż w "Panu Mercedesie", ale ciągle będącego w formie. I przede wszystkim, mamy też wciągający wątek główny...

... który nie pozwala nam zjeść spokojnie śniadania czy przespać nocy. Tym razem główny czarny bohater to psychofan, który zabija swojego idola, ukochanego pisarza, tylko dlatego, że napisał coś nie po jego myśli. Poza morderstwem ma też na sumieniu kradzież pieniędzy i co ważniejsze, ponad stu notesów, które skrywają kolejne części historii o Jimmym Goldzie i miliony zapisków autora.. Jak na ironię, nasz oprawca trafia do więzienia na ponad 30 lat, a nieprzeczytane notesy spoczywają spokojnie zakopane aż do pewnego dnia, kiedy Peter odnajduje zakopany kufer.. I tak. Oznacza to wielkie kłopoty moi drodzy państwo.

"Dla czytelników jednym z najbardziej elektryzujących odkryć jest właśnie to, że są czytelnikami - że nie tylko potrafią czytać (co Morris już wiedział), ale że są w tym zakochani. Beznadziejnie. Bez reszty. Pierwszej książki, która to sprawi, nie zapomina się nigdy"

King to pisarze przez duże "P" i chyba nikomu nie muszę w dzisiejszych czasach już tego tłumaczyć. Każda kolejna powieść tego autora to bestseller. Każdy wywiad jest odtwarzany setki tysięcy razy, a jego słowa cytowane przez miliony czytelników na cały świecie. Jaki jest fenomen Kinga? Co sprawia, że nie potrafię przejść obojętnie koło jego nazwiska? Odpowiedź jest tak banalnie prosta, że aż przeraża. To ciarki. To emocje. To jego wnikliwość. Ten przebiegły skurczybyk sprawia, że tracę resztki godności i nie śpię całą noc odświeżając strony księgarni, żeby jak najszybciej zamówić jego powieść. Sprawia, że książki to coś więcej niż rozrywka. Pozwala mi wierzyć, że strach jest dobry, a niejedzenie przez cały dzień to coś normalnego, bo brak poczucia czasu zdarza się każdemu. King jest odkryciem mojego życia, chociaż to raczej on odkrył mnie spadając z półki w księgarni. Więc proszę, nie dziwcie się temu, że nie potrafię być krytyczna, bo poważnych wad nigdy nie dostrzegam.

Zgodzę się, że to nie King jakiego wszyscy oczekują. Od kiedy możemy coś oczekiwać od autorów? To ich dzieła, możemy być obiektywnie krytyczni, ale nigdy mieszać z błotem. "Znalezione Nie Kradzione" to nie "TO". To tym bardziej nie "Bastion". To również nie "Zielona Mila". Nowa powieść Kinga to nowy-stary King, który jest niesamowitym obserwatorem i wybitnym pisarzem. "Znalezione Nie Kradzione" to kawał dobrej roboty, która pochłania nas jak gąbka wodę (jakże tania metafora) i każe zostać. Autor nie straszy, nie musi, nie tym razem. Sprawia, że mamy gęsią skórkę, serwuje nam najgorsze potwory z możliwych, zwykłych ludzi. Bawi się z nami. Igra z losem. Powoduje szybsze bicie serca i pisze podziękowania, które sprawiają, że ja płaczę jak bóbr..

"I wreszcie Ty, WIERNY CZYTELNIKU. Dzięki Bogu, że wciąż tu jesteś po tylu latach. Jeśli Ty dobrze się bawisz, to ja też"

Bawiłam się świetnie.
Mam nadzieję, że wy również będziecie.

niedziela, 31 maja 2015

Zapowiedzi wydawnicze, czyli co koniecznie muszę dorwać w czerwcu.

Ponieważ sama mam głód książkowy i wiem, że wy również cierpicie na to schorzenie, postanowiłam wbić (sobie i wam) ostatni gwóźdź do trumny uzależnienia i wprowadzić na swój blog zapowiedzi wydawnicze. Co miesiąc będę wybierała najciekawsze (według mnie) pojawiające się tytuły, z ograniczeniem do 10 książek (żeby nie popaść w skrajną depresję) i umieszczać listę pod koniec miesiąca poprzedzający początek miesiąca szczęścia i książkowego dobrobytu. A oto moja 4 wspaniałości czerwcowych:

1. Stephen King "Znalezione nie kradzione"


Wydawnictwo : Albatros
Data premiery: 10 czerwca 2015
Tytuł oryginalny : Finders Keepers

Nie mogło być inaczej. Na pierwszym miejscu na liście moich wewnętrznych książkowych potrzeb znalazło się dzieło mojego mistrza. Stephen King po raz drugi uraczy nas historią bohaterów, których poznaliśmy (a jeśli nie, koniecznie musimy nadrobić te straty) w "Panu Mercedesie". Tym razem serwuje nam powieść owianą tajemniczą historią o o psychopatycznym czytelniku, który jest (pozwolę sobie cytować) "wściekły nie tylko na to, że jego ulubiony autor przestał publikować nowe powieści, lecz także dlatego, że sprzedał nonkonformistyczną postać Jimmy'ego Golda dla zysków z reklam". Jak pewnie wszyscy wiemy, ze wściekłym czytelnikiem, fanem numer jeden, nie warto ryzykować. Dodając do tego kunszt samego autora, nie mogę się doczekać tego smakowitego kąska i umieszczenia go na mojej Kingowskiej półce chwały.




2. Maurice Drunon "Królowie przeklęci."


Wydawnictwo: Otwarte
Data premiery: 3 czerwca 2015
Tytuł oryginalny: The Accursed Kings 

Kto uwielbia "Pieśń Lodu i Ognia" Martina, pokocha "Królów Przeklętych." Tak przynajmniej głoszą legendy, a w większości legend jest odrobina prawdy. Poza tym, widzieliście recenzję Martina?  „W Królach przeklętych jest wszystko. Królowie z żelaza, zamordowane królowe, bitwy i zdrady, kłamstwa i żądze, oszustwa, rywalizacja rodów, klątwa templariuszy, podmieniane niemowlęta, wilczyce, grzech i miecze, wielka dynastia skazana na upadek… A to wszystko (no, prawie wszystko) zaczerpnięte żywcem z kart historii. I wierzcie mi: rody Starków i Lannisterów nie mogą się nawet równać z Kapetyngami i Plantagenetami.Bez względu na to, czy jesteś historycznym geekiem czy miłośnikiem fantastyki, od książek Druona nie będziesz się mógł oderwać. To prawdziwa gra o tron. Jeśli lubisz Pieśń lodu i ognia, pokochasz Królów przeklętych”. Mnie tym kupił, zaufałam mu na słowo, oddałam duszę przy "Grze o Tron" i mam nadzieję, że pan Druon porwie mnie tak samo jak George R.R. Martin.

3. Brandon Sanderson "Stalowe Serce" 


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data premiery: 8 czerwca 2015
Tytuł oryginalny: Stealheart

Postaram się nie rozpływać nad okładką, która moim skromnym zdaniem jest genialna, i na chwilkę skupię się na autorze. Brandon Sanderson to człowiek legenda na amerykańskim booktubie. Mężczyzna, który zamiast mózgu ma płynne złoto i przelewa je na papier. Chodzą słuchy, że wszystko co zostaje wyciągnięte spod jego biura graniczy z geniuszem. Dlatego wstyd się przyznać, że z Sandersonem styczności żadnej nie miałam. Owszem, chęci zawsze są, ale wiemy jak z tymi chęciami to jest.. Tak czy inaczej w czerwcu Sanderson musi być mój. "Dziesięć lat temu pojawiła się na niebie Calamity. Był to impuls, który sprawił, że niektórzy ze zwykłych dotąd ludzi zaczęli się zmieniać i przejawiać niezwykłe umiejętności. Zdumione społeczeństwo nazwało ich Epikami. Epicy nie są przyjaciółmi gatunku ludzkiego. Niezwykłe zdolności sprawiły, że odczuwają wielkie pragnienie sprawowania władzy. Ale żeby rządzić ludźmi, trzeba skruszyć ich wolę. Teraz, w mieście znanym niegdyś jako Chicago, niewiarygodnie potężny Epik zwany Stalowym Sercem sprawuje rządy Imperatora. Posiada siłę kilku ludzi i potrafi kontrolować żywioły. Oznacza to, że nie można go pokonać. Nikt nie podejmuje więc z nim walki… Nikt prócz Mścicieli." opis podkradłam ze strony wydawcy. Mnie więcej zachęcać nie trzeba.

4. "Wieża Asów" pod redakcją Georga'a R.R. Martin'a. 

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data premiery: 8 czerwca 2015
Tytuł oryginalny: Aces High

George R. R. Martin to człowiek legenda, lubujący się w mordowaniu bohaterów swoich książek. Jednak poza zacięciem morderczym, to również autor posiadający niesamowity talent i piszący powieści wciągające jak diabli. "Wieża Asów" to zbiór historii opowiadających historię ludzi zarażonych wirusem po II wojnie światowej, związku z czym garstka ocalałych posiadła nadludzkie moce. "Wszystko zaczęło się w roku 1946, gdy nad nowojorskim niebem uwolniono niezwykłego wirusa dzikiej karty, zdolnego do przekształcania genów. Stworzył on obdarzonych potężnymi mocami asów oraz dziwacznych, zniekształconych dżokerów. Po trzydziestu latach przed ocalonych dotknął nowy koszmar Z otchłani kosmosu przybywa Rój - śmiertelne zagrożenie zdolne zniszczyć całą planetę. Asowie i dżokerzy muszą zapomnieć o wzajemnej nienawiści, by stanąć do bitwy, której nie mogą przegrać…" (opis ze strony wydawcy). Warto dodać, że współautorami są osobistości z dziedziny science-fiction i fantasy, więc zostaje nam serwowany naprawdę smakowity kąsek, któremu trudno będzie się oprzeć. Przy okazji, nadarza się okazja do nadrobienia "Dzikich Kart".


Wiem jakie to smutne, że pierwsza lista jest taka krótka, jednak wybrałam tylko tytuły, które mnie zaintrygowały. Więc nie smućcie się, głowa do góry, bo czerwiec jest naprawdę dość obfitym miesiącem wydawniczym, a powyżej macie tylko mizerną listę wspaniałości, którą ja polecam wam i sobie. Wzruszam się patrząc na te cztery tytuły i wmawiam sobie, że od ilości ważniejsza jest jakość;)

A wy? Planujecie jakieś zakupy czerwcowych nowości? Dajcie znać, może mnie zaintrygujecie:)

czwartek, 28 maja 2015

Jak najprzystojniejszy autor na świecie kupił mnie nie swoim wyglądem - Pierce Brown "Red Rising. Złota Krew".

Piece Brown to młody aktor, przed którym znajduje się świetlana przyszłość. Powiedzmy to jednak raz i konkretnie (żeby rozwiać wszelkie wątpliwości): to nie jego nieprzeciętna uroda zapewniła mu sukces ale niezły talent i historia, która poruszyła czytelników na całym świecie. Możemy być zazdrośni, że autor jako pakiet to niemal ideał, ale teraz na chwilkę skupię się na tym co dla mnie ważniejsze, jego debiutanckiej powieści.

Autor: Pierce Brown
Tytuł: Red Rising. Złota krew.
Tytuł oryginalny: Red Rising
Wydawnictwo: Drageus
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 432

"Red Rising" to powieść o tyle dziwna, że przez kilka pierwszych stron męczyłam się, cierpiałam, pociłam, obgryzałam paznokcie nie mogąc ani na chwilę skupić się na treści. Cóż to były za katorgi! Nie wiedziałam o co chodzi. Nie miałam pojęcia co się dzieje. Nie mogłam porządnie wgryźć się w książkę. Moje wgryzanie trwało prawie dwa tygodnie, ale kiedy się udało.. Skończyłam w jeden dzień i co to była za powieść!

Ludzie (mam nadzieję, że mogę nazwać ich ludźmi) są podzieleni na rasy, które różnią się kolorami. I nie mam tu wcale na myśli kolorów skóry. Różnią się nie tylko wyglądem (Czerwoni mają ognisto czerwone włosy, Brązowi brązowe itd..), cechami budowy, ale też swoją mocą. Nie jakąś tam super mocą wyssaną z palca, ale władzą w najczystszej postaci. Pierce Brown stworzył świat gdzie najsilniejsi podporządkowali świat pod siebie. Złoci, bo tak nazywają się Ci brutale, nie tylko rządzą słabszymi kolorami, nie tylko są ich pracownikami, ale również pomiatają nimi na każdym kroku, okłamują ich, zaślepiają, wmawiając setki bzdur. Darrow jest Czerwony, niewolnikiem Złotych, Helldriverem, który umiera przez powieszenie, co również mija się z prawdą, jednak nikt o tym nie wie.. Jesteśmy świadkami zamiany Czerwonego w Złotego... Złotego, którego zadaniem będzie odwrócenie biegu historii.

Gdzieś w głębi serca czułam potencjał tej powieści i być może moja ostatnia nadzieja trzymała mnie przy niej nie pozwalając rzucać nią o ścianę. Mogę to również zwalić na moją niedoczynność czytelniczą.. w tym wypadku fakt, że mój początek znajomości z ową powieścią był tak nieznośny to tylko moja wina. Tak czy inaczej, wszystko dobre co się dobrze kończy. Brown kupił mnie tą historią, kupił mnie swoim stylem i swoimi pomysłami. Na każdym kroku coś się dzieje, zabijał ludzi szybciej niż Martin, niektórych wskrzeszał, innych zsyłał na wieczne potępienie. Jego bohaterowie to nie kolejni naiwni, głupkowaci herosi. Postać Darrow'a jest wykreowana w taki sposób, że łezka kręci się w oku. Jesteśmy świadkami jego przemiany z chłopca idealnego, w mężczyznę rządnego zemsty i pragnącego sprawiedliwości. Mężczyznę, który mimo sprzecznych uczuć i niekiedy wątpliwości, nie cofnie się przed niczym. I chwała autorowi za to.

O czym warto wspomnieć to sama fabuła. W ciągu ostatnich lat pojawiło się mnóstwo dystopii. Niektóre stały się międzynarodowymi hitami, inne przeszły bez echa. To trochę smutne, że książka Brown'a nie doczekała się lepszej reklamy. W Stanach Zjednoczonych autor odniósł spektakularny sukces, i nic w tym dziwnego. To jedna z najlepszych książek tego gatunku. Ma wszystko czego czytelnik-fan potrzebuje. Trochę niecukierkowego romansu, trochę dobrych tekstów, trochę akcji, trochę czasu na ochłonięcie, mnóstwo zwrotów i zaskakujących zmian. Łącząc wszystkie elementy dobrej dystopii, Brown stał się troszkę moim autorem-bohaterem (i to nie tylko dlatego, że niezły z niego nerd).

Nie wiem czy przekonam was do tej książki. Zdaję sobie sprawę, ze rynek jest przesiąknięty tego typu historyjkami i możemy czuć się zmęczeni. Jednak gdybym miała wam zarekomendować książki tego gatunku, z odrobiną fantasy i science-fiction, na pewno "Red Rising" znalazłoby się w pierwszej trójce. To powieść świeża jak majowy poranek, wypełniona akcją po brzegi, wypchana mnóstwem świetnych bohaterów. Pierce Brown, mimo młodego wieku i wyglądu amanta (który może być mylny), spisał się na medal i to nie byle jaki, bo złoty. Nie bójcie się więc ryzykować. W końcu kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje. Sięgajcie po Browna i módlcie się ze mną, żeby wydawnictwo zdecydowało się wydać część drugą.

wtorek, 26 maja 2015

Potrójne Libster Blog Award, czyli jak podbudować ego Pauliny.

Zostałam nominowana do LBA już po raz któryś, tym razem potrójnie. Nie będę się rozdrabniać nad zasadami i wychwalać same pozytywy tego łańcuszka. Jak wiecie, uwielbiam odpowiadać na wasze pytania, czuję się wtedy jak książkowa gwiazda, więc bez zbędnych ceregieli przechodzę do sedna:)



Zacznę od pytań Natalii, autorki tego bloga, którego koniecznie musicie odwiedzić :)

1. Jak widzisz siebie za 10, a nawet 20 lat? 
Pytania o przyszłość zawsze są najtrudniejsze. Chciałabym coś napisać. Może spełniać się w roli matki. Przede wszystkim być szczęśliwą. Nie chcę się tu rozpisywać, bo planowanie nie jest moją najmocniejszą stroną. 

2.Ulubiona książkowa para, dlaczego?
Nick i Amy Dunne z "Zaginionej dziewczyny". Dlaczego? Nie mam pojęcia. Być może dlatego, ze ich związek i wzajemna relacja przyprawiają o dreszcze. Poza tym.. Par romantycznych mamy na pęczki. 

3. Najgorsza książka, którą przeczytałaś?
No dobrze.. był piękny słoneczny dzień, bla bla bla.. jakimś cudem Grey trafił w moje ręce. Jakimś cudem postanowiłam go przeczytać. Jakimś cudem przebrnęłam przez sporą część fabuły i.. Nie dotarłam do końca. Nie znalazłam nic pozytywnego w tym "dziele". Od postaci (to, że Grey jest przystojny i bogaty się nie liczy) przez fabułę, aż do miernego stylu autorki.. Przepraszam, ale nie. Nie. 

4.Jaka jest twoim zdaniem najlepsza ekranizacja?
Trylogia "Władcy Pierścieni". Bez skazy. 

5. Czego Ci brakuje?
Książek. A poważnie.. nie mogę narzekać. Na świecie żyją ludzie, którzy nie mają co jeść, pić. Nie mają domu. Ciężko chorują. Stracili najbliższych. Nie mam prawa narzekać i mówić, że czegoś mi brakuje. Każdego dnia staram się być wdzięczna i dziękować Bogu za kolejne godziny życia bez poważnych problemów. 

6. Z jakim książkowym bohaterem utożsamiasz się najbardziej?
Kolejne trudne pytanie. Myślę, że wszystko zależy od mojego humoru. W chwilach krytycznych mogę nawet upodabniać się do kingowskich bohaterów. 

7. W czym jesteś dobra?
Rozumiem, że chwila dla mojej próżności? Świetnie utrudniam ludziom życie, obrzydzam im przetworzone jedzenie i wymuszam zjedzenie jabłka. Nieźle gotuję (pff.. jestem polskim Gordonem Ramsayem ;)). Wchłaniam języki (jeśli mam na to ochotę). Poza tym, matematyka mnie kocha. A przynajmniej kochała dopóki nie skończyłam liceum. Zdarza mi się nieźle pisać, ale to wszystko zależy od pory dnia i zaawansowania mojego lenistwa.

8. Wyobraź sobie, że jesteś owocem. Jakiego smaku i koloru sok można z Ciebie wycisnąć?
Moje ulubione pytanie. Słodko-gorzko-kwaśny o białej barwie. Potraficie sobie to wyobrazić?

9. Piosenka, której możesz słuchać 24/7?
Wszystko Queen. Wszystko Led Zeppelin. Wszystko The Doors. Hym.. a teraz?


Chociaż ciągle wolę "Muffin Man".

10. Wierzysz w magię i znaczenie liczb? Horoskopy?
Nie. Wierzę w potęgę ludzkiego umysłu.

11. Z jaką baśnią kojarzy Ci się dzieciństwo?
"Niekończąca się opowieść". Wszystko przez soundtrack, ech. 


Dobrze. Pierwsza część pytań za nami, przejdźmy teraz do pytań Karoliny, której bloga znajdziecie tu.

1. Czy przeczytałaś książkę, która jest tak dobra, że możesz polecić ją każdemu? Jaką?
Mr. King "Bastion". Nic więcej nie dodam. A może.. książka tak dobra, ze sponiewierała mnie po posadzce. 

2. Gdybyś mogła przeprowadzić wywiad z dowolną osobą, kogo byś wybrała?
Będę bezczelna, wybiorę trzy. Jezus, Freddie Mercury, Stephen King. W takiej kolejności.

3. Czy jest coś, co koniecznie chcesz zrobić przed śmiercią?
Jest kilka takich rzeczy. Jednak gdyby pewnego dnia nastąpiło bum i świat się skończył, najbardziej żałowałabym, że nie zostałam matką.

4. Jaką książkę zabrałbyś na bezludną wyspę?
Biblię. (zaczynam brzmieć jak uświęcony fanatyk? Nie bójcie się.)

5. Jakie miejsce chciałabyś zwiedzić?
Nowa Zelandia to moje ciche marzenie. Moje serce staje kiedy widzę google maps. 

6. Jakie masz hobby? Oczywiście poza czytaniem.
Muzyka i stare filmy się nie liczą, więc dorzucę swoje zamiłowanie do gotowania i udawanie Gordona Ramsaya. A co by nie.

7. Jaki jest twój ulubiony czarny charakter?
Pennywise. O rany.. Jak ja kocham twórczość Stephena Kinga. Czy mogę uznać go za czarny charakter? Jeśli tak to jest na pierwszym miejscu mojej listy.

8. Wolisz życie pełne przygód czy raczej spokojne?
Lubię balans. Uwielbiam podróże, ale nienawidzę tłocznych imprez. Przytupajek z muzyką pt. Umcyk Umcyk. Uwielbiam ciszę i spokój, ale czasami czuję wewnętrzny przymus do integrowania się ze światem.

9. Co Cię uszczęśliwia?
A co mnie nie uszczęśliwia? Uszczęśliwia mnie wstawanie rano i zasypianie wieczorem. Uszczęśliwia mnie czytanie. Uszczęśliwia mnie ptaszek na drzewie. Uszczęśliwia mnie zielona trawka. Mimo pozorów jestem stosunkowo pozytywny, a na pewno szczęśliwym człowiekiem.

10. Zdarzyło Ci się płakać podczas czytania w miejscu publicznym?
Podczas czytania nie, ale poza nim owszem. Żaden wstyd.

11. Z jakim książkowym bohaterem chciałabyś się zapoznać w rzeczywistości?
Rosie z "Love, Rosie". To typ kobiety, z którą z łatwością mogłabym się zaprzyjaźnić.

Powoli dobijamy do brzegu. Na koniec serwuję wam porcję pytań, stworzonych przez autorkę tego bloga, panią Hannę :)

1. Dlaczego powstał twój blog?
Głównie dlatego, że lubię książki. Troszkę też z powodu braku zainteresowanych słuchaczy w prawdziwym życiu. Bo kto ma ochotę rozmawiać godzinami o książkach? Ja. 

2. Czy uważasz, że spełnił Twoje oczekiwania?
Nie mam jako takich oczekiwań. Jeśli znajdują się osoby, które chcą czytać czasami katastrofalne wypociny produkowane przez moją osobę, cóż.. nie mogłabym być bardziej wdzięczna.

3. Czy bardziej cenisz "elegancką prostotę", czy też wolisz blogi z dużą ilością grafik i muzyki?
Lubię kiedy blogi są przejrzyste. Kiedy wiem co i gdzie znajdę. Co do muzyki, mam dylemat. Nie wiem jak wy, ale ja podskakuję kiedy coś nagle zaczyna mi grać i mija trochę czasu zanim znajdę źródło..

4. Czy negatywne komentarze są dla Ciebie przyczynkiem do zastanowienia się nad publikowaną treścią?
Jestem szczęśliwą posiadaczką bloga bez negatywnych komentarzy. Myślę, że konstruktywna krytyka, jeśli ktoś czuje się na siłach ją wyrazić, jest do przeżycia. Jeśli jednak chodzi o typowe "hejty" pt. "nie lubię bo nie lubię", to myślę, że przejmowanie się i dostosowywanie do wymagań ludzi nienawidzących jest niewskazane. Wolność Tomku w swoim domku. 

5. Jak reagujesz na hejty? Irytacją, śmiechem czy lekceważeniem?
Nie spotykam się (póki co) z hejtami. Myślę jednak, że potrafię się pobłażliwie uśmiechnąć i iść dalej.

6. Czy przeglądasz statystyki w blogerze?
Nie. To blog dla przyjemności. Miło mi kiedy widzę, że ludzie mnie odwiedzają, ale nie mam mani na tym punkcie.

7. Czy konieczność zamknięcia bloga byłaby dla Ciebie wielkim wyrzeczeniem? 
Nie byłaby wyrzeczeniem. Nie zrozumcie mnie źle.. Uwielbiam blogować, pisać itd, ale świat by się nie skończył gdyby nagle się okazało, że sytuacja życiowa nie pozwala mi na pisanie opinii. Wyrzeczeniem byłoby nie widzieć rodziny, ale nie zamknięcie bloga.

8. Czy nominacja LBA ma dla Ciebie jakiekolwiek znaczenie?
Jak już wspominałam, lubię odpowiadać na pytania i jest mi naprawdę miło kiedy od czasu do czasu ktoś o mnie pomyśli.

9. Czy uważasz, że publikowanie postów nawet wtedy, gdy nie ma się nic do powiedzenia, jest słuszne?
Nie mi oceniać kto co o czym pisze. Z własnego doświadczenia wiem, że czasami zdarzają się dni, kiedy napisanie czegokolwiek to wyczyn godny Nagrody Nobla. Czasami lepiej odpuścić i przede wszystkim, nie udawać specjalistów.

10. Czy założenia bloga wniosło do Twojego życia jakąś wartość?
30 obserwatorów. To brzmi dość niedorzecznie, ale to więcej niż mogłabym prosić. Dziękuję. 


I to by było na tyle. Kolejna spowiedź za mną i kolejne nominację przede mną. Po raz kolejny nominuję WSZYSTKICH. Naprawdę. Czujcie się nominowani, nawet jeśli nie wymieniłam was z nazwy. Napiszcie komentarz, dajcie znać, że odpowiedzieliście na 15 wybranych pytań, na pewno was odwiedzę. A póki co.. dziękuję za uwagę:)