czwartek, 29 stycznia 2015

C. Hoover "Hopeless" - dlaczego warto zakochać się w romansie na nowo (odpowiada Kingomanka)

Po raz kolejny poczułam się jak nastolatka. W iście kobiecym geście sięgnęłam po romans nad romansami, legendę wśród amerykańskich booktuberów, autorkę, która wszystkich zachwyca, doprowadza do łez i (póki co) nie znalazłam o niej ani jednego złego słowa. Tak, tak.. mnie też dopadła Hopelessomania. 


Sky jest nastolatką jak każda inna.. Poza kilkoma małymi szczegółami. Została adoptowana. Nie posiada telewizora, telefonu, cóż.. nic co może wiązać się z wyższą technologią i może być psychologicznym zagrożeniem dla takiego niewinnego podlotka. Uczy się w domu. Ma jedną przyjaciółkę, Six, która lubi seks bez zobowiązań (tak nam autorka dała się ponieść fantazji). I co ważniejsze.. nie pamięta nic ze swojego dzieciństwa. Pewnego dnia spotyka Holdera, zupełnie niechcący, w sklepie, przy kasie i jej życie powoli wywraca się do góry nogami. Mogłabym tu skończyć, zostawiając was z przeświadczeniem, że jest to typowy romans dla nastolatek, z banalną historią, kolejny na liście "niech małolaty czytają i marzą póki mogą". Niestety to nieprawda. Niestety, ponieważ miałam ochotę obalić mit boskości Colleen Hoover, ale nie mogę. Gdybym to zrobiła, miałabym wyrzuty do końca życia. Bo jak to, ja, Kingomanka, zakochana w twórczości autorki romansów? Ale tak się stało. I już. Koniec świata nadchodzi.

Jednak będąc nieco bardziej poważnym.. Pani Hoover stworzyła powieść romantyczną niebanalną, więc można stwierdzić, że jest również autorką nowego gatunku literackiego. Historia jaką nam przedstawia jest wstrząsająca, świetnie napisana, momentami przesłodzona, ale również dramatyczna. Czy płakałam? Nieraz, nie dwa.. Zakochałam się w tej opowieści o miłości tak silnej i tak bezgranicznej, że nic nie mogło ją zniszczyć. Mówiąc "nic" mam na myśli naprawdę okrutne zdarzenia, ale ponieważ nie chcę wam spoilerować, powiem tylko, że jest to najlepiej napisany romans jaki czytałam w całym moim życiu, nie w kilku ostatnich latach, bo czytałam ich niewiele, ale w ŻYCIU. C.A.Ł.Y.M. Ż.Y.C.I.U. N.A.J.L.E.P.I.E.J. N.A.P.I.S.A.N.Y. R.O.M.A.N.S. W. C.!A!Ł!Y!M!Ż!Y!C!I!U!

Więc teraz ja, Kingomanka, spróbuję odpowiedzieć dlaczego warto zakochać się na nowo w romansie Hoover.. Czy nie wystarczy stwierdzenie, że mam zamiar wykupić wszystkie możliwe dostępne książki Pani Colleen w lutym (czyli jeszcze jakieś 2)? Czy niewystarczającym jest fakt, że płakałam jak bóbr pożerając tą książkę w dzień (nie pamiętam czy coś jadłam)? A może za małym jest stwierdzenie, że będę płakać i nerwicować się czekając na part 3, w którym to przyjaciółka Sky w końcu znajdzie swoją miłość? Jeśli mam być szczera, zrobiłam się tak żałośnie spragniona książek tej autorki, że sama z sobą nie wytrzymuję. Myślę, że to troszkę żałosne, nie sądzicie? Powinnam zachowywać się poważnie, ale nie potrafię, ponieważ ta książka była tak niesamowicie dobra i tak cholernie wciągająca, że wstyd się przyznać. Zakochałam się. Oddałam duszę. Chcę więcej. Nic więcej nie dodam, zakopię się kocami i nie wstanę, dopóki w moje ręce nie wpadnie "Losing Hope" (czyli część pisana z perspektywy Holdera, fascynujące!;)).

wtorek, 27 stycznia 2015

Genialny (!) "Pan Mercedes" S.Kinga - historia, która mogła zdarzyć się naprawdę.

"Pan Mercedes" tytułowany jest debiutem Kinga w dziedzinie literatury detektywistycznej. Jeśli jednak spodziewacie się powieści godnej Sherlocka Holmesa, źle trafiliście. Ci, którzy Kinga znają lepiej lub gorzej, znają też jego drastyczne zapędy literackie, a tych nie zabrakło w tej "uroczej" opowieści o Zabójcy z Szarego Mercedesa. 

Sięgając po tą książkę, byłam nieco przerażona, chociaż nieco można by wykreślić z tego zdania. Nie wiedziałam co sądzić o dziwnej grze słów "King" i "powieść detektywistyczna". Umówmy się, Pan Stephen pisze niesamowite powieści, które powodują ciarki na ciele i nie dają nam spać w nocy. Za pomocą słów buduje takie napięcie, że jego rozładowanie wymaga niezłej burzy. Jednak powieść detektywistyczna, to już całkiem inna bajka.. Kupiłam tą książkę i nieśmiało wzięłam się za czytanie, wyrabianie zdania i charakterystyczne dla mojej osoby marszczenie brwi, mogące oznaczać wszystko...

... Mamy tu więc historię mordercy. Mordercy psychopaty. Mordercy, który ma naprawdę poważne zaburzenia psychiczne, co więcej, jego realność była wręcz oburzająca. Nie wiem jak King to robi, nie wiem kogo tak pilnie obserwował, nie wiem na czyj wzór była stworzona postać Brady'ego Hartfield'a, ale zrobił to po mistrzowsku (King- czy to nie powinno wszystkiego tłumaczyć?) i w swój charakterystycznie, odurzający sposób. Już na początku w zupełnie zwyczajny poranek, zupełnie zwyczajny Brady wjeżdża w tłum ludzi, czerpiąc chorą przyjemność z odgłosu jaki wydają rozgniatane pod kołami ciała (wspominałam już o zmiażdżonym niemowlaku?), i ucieka.. tak po prostu. Niczego nie planował, to się po prostu stało, nagły impuls, pewnie mógł dalej żyć w spokoju i nikt nigdy by go nawet nie spróbował podejrzewać o coś takiego. Istnieje jednak druga strona medalu. Brady nie jest normalny. Brady nienawidzi ludzi, kocha (w sposób często odrażający) swoją matkę. Zabił swojego brata. Doprowadził do śmierci samobójczej kobietę, do której należał słynny mercedes, czepiąc z tego jeszcze większą przyjemność. Teraz stara się doprowadzić do tego samego Det.Em. (Detektywa Emerytowanego) Bill'a Hodges'a. Wiecie dlaczego? Ponieważ Hodges odszedł na emeryturę, zanim przyskrzynił Brady'ego, a jemu bardzo się to nie spodobało. Brady chce czerpać sławę ze swojego małego wyczynu. Chce żeby ludzie wiedzieli, że to on, a nie jakiś inny morderca z odwyku, zabił tylu ludzi skradzionym samochodem. Brady ma plan. Jednak co ważniejsze, Bill także go ma.

"Pan Mercedes" to historia znacznie lepsza od "Przebudzenia", ale nie tak genialna jak "Bastion". Gdybym powiedziała, że zakochałam się w tej historii mogłabym sama wysłać się na badania psychologiczne, żeby upewnić się czy ze mną na pewno wszystko w porządku. Czy można kochać powieść tak odrażającą, tak realistycznie przerażającą i wrzucającą znaczą część tabu do kosza? Niewątpliwie jest to jedna z moich ulubionych powieści King'a, bez dwóch zdań.Każda strona wciąga coraz bardziej, a mistrz nie zawodzi, ani na chwilę nie zwalnia, podkręca tempo do maksimum i trzyma poziom niepewności od początku do końca. Jego postaci są tak detaliczne, tak dokładnie wykreowane, że niemal możemy wyczuć ich obecność obok. Czy możemy nazwać tę powieść detektywistyczną? Niewątpliwie, chociaż typową historią detektywistyczną "Pan Mercedes" nie jest. Jest przerażającą, pełną elementów grozy powieścią, która mogła zdarzyć się naprawdę. I to przeraża w niej najbardziej.

piątek, 23 stycznia 2015

Szalenie wzruszająca opowieść - "Love, Rosie" C. Ahern

Nie jestem typem książkowo-romantycznego czytelnika. Ostatnią powieść romantyczną czytałam na przełomie gimnazjum-liceum, czyli blisko 6 lat temu. Nie zmienia to jednak faktu, że od czasu do czasu (raz na 6 lat jak widać) lubię sięgnąć po coś kipiącego narracyjną miłością. Okazji ku temu pojawiło się kilka: nadwyrężenie horrorami/ kryminałami/ thrillerami, potrzeba przeczytania czegoś lekkiego, sesja i w końcu, zbliżające się walentynki. Powiedzmy, że ostatni argument to jakaś wymówka. Poza tym "PS. Kocham Cię" uwielbiam całym sercem i płaczę za każdym razem kiedy oglądam film, więc "Love, Rosie" samo, niechcący wpadło w moje ręce.


"Love, Rosie" to piękna, szalenie wzruszająca powieść, opowiadająca ciekawą historię dwóch przyjaciół (Rosie i Alexa), których los rozrzuca po dwóch różnych kontynentach. On ląduje w Bostonie, a ona usycha z tęsknoty w ich ojczystej Irlandii. Seria niefortunnych zdarzeń, 3 śluby, 3 dzieci, przyjaciele-doradcy, ciągłe zwroty akcji.. Wszystko co autorka wprowadza do swojej powieść tworzy momentami zaskakującą, a czasami wręcz denerwującą całość. Książka napisana w formie listów, wiadomości, czatów (sądziłam, że ją znienawidzę za taki wybryk) została pochłonięta z zawrotną szybkością i nie, nie mogłam myśleć o niczym innym jak o dokończeniu historii. Jako osobo niezainteresowana, miałam czasami ochotę potrząsnąć bohaterami, rzucać książką o ścianę i krzyczeć, co więcej, przyznam się bez bicia, w połowie byłam tak zdezorientowana, że przeczytałam końcówkę, żeby wiedzieć czy wszystko dobrze się zakończy.. Nie powiem wam jak, co, gdzie i po co, ale będziecie zadowoleni i nieco poirytowani (tak, jednocześnie).


Fantastyczna opowieść, o tym, jak czasami trudno walczyć z uczuciami, a jeszcze trudniej przyznać się do nich przed samym sobą. Strach jest naszym najgorszym wrogiem, wrogiem, który utrudnia nam życie i śmieję się w twarz, bo on wie ile tracimy trzęsąc portkami. Strach może zabrać miłość naszego życia, pozwoli żeby ktoś inny był z nią szczęśliwy, a my możemy biernie patrzeć na ten pozornie szczęśliwy związek. Strach nie pozwala nam zrobić kroku w przód, bo czasami łatwiej i bezpieczniej zostać z tyłu, nie wychylać się, żyć w swoim komforcie psychicznym. Gdybym miała powiedzieć komu najbardziej polecam tą książkę, nie zawahałabym się ani chwili: osobą nieszczęśliwie zakochanym, takim które boją się przyznać do swoich uczuć. Osobą tkwiącym w tzw. "strefie przyjaźni", którzy umierają ze strachu przed przyznaniem się do słabości. Czasami warto zaryzykować, w końcu życie to swojego rodzaju skok na bungee.

Nie jestem ogromną fanką romansu. Owszem, lubię je, ale chyba wyrosłam z nich dobrych kilka lat temu. "Love, Rosie" przypomniało mi jak dobrze czasami oderwać się od "ciemnej strony literatury" i przeczytać coś lekkiego, coś co wciągnie nas bez reszty, bo jest ludzkie w najprostszy z możliwych sposobów. Uwielbiam tą książkę właśnie za jej prostotę, niewymuszenie, mnóstwo zwrotów akcji, życiowość.. Uwielbiam ją bo mogłam przy niej płakać, krzyczeć, denerwować się i śmiać do siebie jak idiotka. Uwielbiam ją bo.. bo to takie kobiece czytać romanse, a nie tylko King i King;)



sobota, 17 stycznia 2015

John Grisham i mistrzowski thriller prawniczy - "Firma"

J. Grisham był w moim życiu od zawsze, i o ile nie czytałam jego książek, o tyle moi rodzice robili to z maniakalnym zapałem, stąd w mojej głowie utwierdziło się przeświadczenie o wybitności tego autora. Kolegowałam się z nim od dzieciństwa, ale nigdy nie bardzo ciągnęło mnie do przyjaźni z autorem. Może to strach przed nieznanym, albo próba niedorastania literackiego (nie wiem czy można jego dzieła nazwać książkami dla nastolatek), jednak w czerwcu stuknie mi 22, zegar biologiczny tyka, i w końcu poczułam się gotowa na bliższe zapoznanie ze swoim starym kumplem z półki rodziców.



Mitch McDeere jest jednym z najlepiej zapowiadających się absolwentów prawa na Harvardzie, co więcej, jeszcze przed ukończeniem studiów o jego uwagę zabiegają najlepsze firmy prawnicze w Nowym Jorku i Chicago.. i jedna mniejsza, posiadająca najlepszą ofertę, firma prawnicza w Memphis. Mitch wraz z żoną Abby przenoszą się zaraz po studiach do nowego domu, ich małego raju na ziemi, nie wierząc w szczęście jakie ich spotkało. Darmowe nowe bmw, kredyt hipoteczny o bardzo niskim oprocentowaniu, bardzo dobre wynagrodzenie za pracę, mili ludzie, cudowna, domowa atmosfera w firmie. Wszystko zmienia się kiedy nagle pojawia się Wayne Tarrance, agent FBI, proponujący Mitchowi współpracę mającą na celu.. pogrążenie firmy i jej pracowników. Jak się okazuje, firma jest tylko przykrywką do prania brudnych pieniędzy mafii, co prawda zajmuje się również legalnymi rozliczeniami i sprawami, ale wyłączniew celu nie wzbudzania podejrzeń. McDeere staje przed trudną decyzją, a żaden z dwóch wyborów nie jest wystarczająco przekonywujący, i co ważniejsze, bezpieczny.


Grisham to jeden z tych autorów, którego nazwisko zajmuje pół okładki, bo samo w sobie jest reklamą i o ile King jest dla mnie królem horrorów, o tyle J.G. zajmuje to miejsce w dziedzinie thrillerów/kryminałów. Zakochałam się (nie przesadzam) w wykreowanej przez niego historii, która wcale nie kończy się tak jak tego byśmy sobie zapragnęli, lub jak to zaplanowaliśmy. Powoli, ale skutecznie wprowadza nas w akcję, a my, obgryzając paznokcie, liczymy strony do zakończenia, bo tak cholernie jesteśmy ciekawi co się stanie i jak się skończy. Czy Mitch wybierze pracę w nie-tak-czystej firmie, czy postanowi współpracować w FBI? Za każdym razem kiedy wydaje się nam, że znamy odpowiedź, dzieje się coś zupełnie dezorientującego, BACH! I znowu tkwimy w martwym punkcie.

"Firma" to typowy thriller prawniczy, coś po co sama pewnie bym nie sięgnęła, i nie mam pojęcia co się stało, że po pierwsze: kupiłam tą książkę, po drugie: zaczęłam ją czytać, po trzecie: wciągnęła mnie jak diabli. Jestem wniebowzięta, chodzę w zachwycie, rozczulam się nad językiem, precyzją, pomysłem, strukturą, skonstruowaniem. Podskakuję jak szalona, ciesząc się jak dziecko, bo czas czytania tej książki nie był czasem straconym. Bo los się uśmiechnął i po kilkunastu latach przypomniałam sobie, że ktoś taki jak Grisham gdzieś, kiedyś istniał w mojej podświadomości. Nie mówię, że jest to arcydzieło wszech czasów, książka, jak niemal każda, ma swoje wady. Czasami się ciągnie, ale być może dlatego, że chcemy znać zakończenie. Czasami plącze do tego stopnia, że zapominamy o co właściwie chodzi. Mimo małych uszczerbków, John Grisham wychodzi obronną ręką i zaprasza nas na więcej.

piątek, 9 stycznia 2015

Graham Moore "Sherlockista"

"Poszlaki mogą być mylące- stwierdził Holmes z zamyśleniem- Może się wydawać, że wyraźnie na coś wskazują, a jeśli nieco zmienisz punkt widzenia, okazuje się, że równie niewątpliwie świadczą o czymś całkiem innym"
Sir Arthur Conan Doyle, Tajemnica Boscombe Valley


Harold White to badacz literatury, sherlockista i jeden z najmłodszych pretendentów do Chłopców z Baker Street, elitarnego towarzystwa zafascynowanego Sherlockiem Holmesem. Jak każdy fanatyk, lub mówiąc poprawniej, entuzjasta znanego na całym świecie detektywa, marzy o zdobyciu mitycznego dziennika Arthura Conan Doyle'a i poznaniu skrywanej od lat tajemnicy twórcy Sherlocka. W dniu przyjęcia Harolda do "klubu entuzjastów", mężczyzna dowiaduje się o wiadomościach od Aleksa Cale'a, znakomitego młodego mężczyzny z Baker Street, który rzekomo znalazł upragniony przez wszystkich dziennik i ujawni jego zawartość następnego dnia, na zamkniętej konferencji Chłopców... Wydarzenie jednak nie dochodzi do skutku, a nagła śmierć Cale'a budzi wiele kontrowersji. Dziennik znika a Harold, w wyniku napadu heroizmu i sherlockowskiego zapału, postanawia nie tylko odnaleźć dziennik, ale też wyjaśnić przyczyny śmierci ledwo poznanego kolegi z klubu. Towarzyszyć mu będzie piękna reporterka, Sarah, równie tajemnicza co sam obiekt poszukiwania..


"Sherlockista" to debiutancka powieść Grahama Moor'a, absolwenta Uniwersytetu Columbia i znawcy historii religii, który w swoim dziele puszcza wodzę fantazji na temat zaginionego dziennika Arthura Conan Doyle'a i jego zawartości. W sposób lekki i niewymuszony przeplata ze sobą dwa wydarzenia, mające związek zarówno z poszukiwaniami jak i samym tworzeniem pamiętnika owianego tajemnicą. Z jednej strony mamy Harolda, który z wypiekami na twarzy i mocno bijącym sercem postanawia udać się do Londynu, z nadzieją, że rozwiąże męczącą go zagadkę i odpowie na stawiane od dzieciństwa pytania. Z drugiej, cofamy się w czasie do roku 1900, kiedy ów dziennik powstawał, i poznajemy Sir Arthura Conan Doyle'a (oczywiście w wymyślonej przez autora historii), który również zmaga się z próbą odkrycia własnego niedoszłego mordercy, jednocześnie wplątując się w inną sprawę: niewyjaśnione zabójstwa dwóch młodych kobiet. 

Pisząc tą książkę, autor wykazał się zmysłem detektywistycznym i obserwatorskim. Powieść wciąga i przykuwa uwagę czytelnika wprowadzając iście sherlockowskie elementy i oprowadzając po dość barwnej historii Doyle'a. Zgrabnie przenosimy się z jednego wieku do drugiego, żeby na samym końcu dowiedzieć się co łączy dwie historie w całość. Nie jest to jednak dzieło nadzwyczajne, szczególnie poruszające moje ego czytelnika nadwrażliwego. Jestem za to pewna, że przypadnie do gustu wszystkim fanom Sherlock'a, lubiącym nagłe zwroty akcji i niespodziewane szczegóły, które zmieniają wszystko o 180 stopni. 

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Powieść mistrzowska : "Zaginiona dziewczyna" G. Flynn

"Jestem zażenowana tym, że czuję się taka szczęśliwa, niby jakaś nastolatka z komiksu w technikolorze, która rozmawia przez telefon, włosy ma związane w kucyk, a w dymku nad jej głową widnieje napis: "Poznałam chłopca!""
(Amy, wpis do dziennika), Zaginiona dziewczyna



Amy i Nick. Nick i Amy. Małżeństwo idealne, szczęśliwe w swoim nieszczęściu, nietuzinkowe, realne, ale nieprawdziwe. Małżeństwo bez pretensji. Bez wyrzutów. Bez wzajemnego samozniszczenia. Ich historia zaczyna się na przyjęciu dla pisarzy w Nowym Jorku. On przystojny, ona piękna. On jest dziennikarzem, ona pisze quizy psychologiczne. Oby dwoje inteligentni, dowcipni, rozumieją się bez słów i tworzą na swój sposób perfekcyjnie współzależny związek. Wszystko toczy się pięknie, cudnie, bez skazy dopóty, dopóki nie pojawiają się pierwsze problemy, zwolnienia z pracy i kłopoty finansowe.. Kolejne nieszczęśliwe zdarzenia doprowadzają ich do miasteczka, w którym wychował się Nick. Małego, zapyziałego, całkowicie odmiennego niż Nowy Jork... a co najważniejsze : miasteczka niespełniającego oczekiwań Niezwykłej Amy.




"No bo jak on czasem na mnie patrzy? Ten słodki chłopak z plaży, mężczyzna moich marzeń, ojciec mojego dziecka? Czasem przyłapuję go na tym, jak patrzy na mnie tymi czujnymi oczami, owadzimi oczami, zimna kalkulacja, i myślę: Ten człowiek mógłby mnie zabić.
Kiedy więc to znajdziecie, a ja nie będę żyła, no to cóż..
Przepraszam, to nie jest zabawne."
(Amy, wpis do dziennika), Zaginiona dziewczyna

Gillian Flynn do wykreowanej przez siebie historii wprowadza nas stopniowo, z każdym kolejnym słowem budując coraz większe napięcie i zdezorientowanie. Używając bardzo konkretnego, momentami brutalnego, ale też idealnie dobranego słownictwa, powoduje, że nasz umysł zaczyna szaleć nie wiedząc, jaką taktykę obrać i czego się spodziewać (a uwierzcie mi na słowo, TEGO się nie spodziewacie). Wszystko - począwszy od psychologicznie idealnie wykreowanych postaci, kończąc na zdumiewających, ale realnych sytuacjach- jest dopięte na ostatni guzik z iście mistrzowską gracją i kunsztem. Na każdym kroku (stronie) możemy dostrzec niesamowity talent autorki do obserwacji i psychologicznej analizy. Jeżeli z takim zapałem pisze każdą powieść, to ja poproszę o więcej.

"Zaginiona dziewczyna" zrywa czapki z głów, wbija nas w ziemię, i sprawia, że chcemy więcej. Jest to powieść idealna dla każdego, kto dorósł emocjonalnie i jest gotowy na cios jaki Pani Flynn prezentuje nam w swoim dziele, bez żadnych skrupułów czy uprzedzeń. Genialna. Genialna. Genialna. Zarówno książka jak i autorka, która awansowała na drugie miejsce moich ulubieńców. Ogromny szacunek i podziw (a nie często mi się to zdarza). I raz jeszcze... Genialna.