sobota, 17 stycznia 2015

John Grisham i mistrzowski thriller prawniczy - "Firma"

J. Grisham był w moim życiu od zawsze, i o ile nie czytałam jego książek, o tyle moi rodzice robili to z maniakalnym zapałem, stąd w mojej głowie utwierdziło się przeświadczenie o wybitności tego autora. Kolegowałam się z nim od dzieciństwa, ale nigdy nie bardzo ciągnęło mnie do przyjaźni z autorem. Może to strach przed nieznanym, albo próba niedorastania literackiego (nie wiem czy można jego dzieła nazwać książkami dla nastolatek), jednak w czerwcu stuknie mi 22, zegar biologiczny tyka, i w końcu poczułam się gotowa na bliższe zapoznanie ze swoim starym kumplem z półki rodziców.



Mitch McDeere jest jednym z najlepiej zapowiadających się absolwentów prawa na Harvardzie, co więcej, jeszcze przed ukończeniem studiów o jego uwagę zabiegają najlepsze firmy prawnicze w Nowym Jorku i Chicago.. i jedna mniejsza, posiadająca najlepszą ofertę, firma prawnicza w Memphis. Mitch wraz z żoną Abby przenoszą się zaraz po studiach do nowego domu, ich małego raju na ziemi, nie wierząc w szczęście jakie ich spotkało. Darmowe nowe bmw, kredyt hipoteczny o bardzo niskim oprocentowaniu, bardzo dobre wynagrodzenie za pracę, mili ludzie, cudowna, domowa atmosfera w firmie. Wszystko zmienia się kiedy nagle pojawia się Wayne Tarrance, agent FBI, proponujący Mitchowi współpracę mającą na celu.. pogrążenie firmy i jej pracowników. Jak się okazuje, firma jest tylko przykrywką do prania brudnych pieniędzy mafii, co prawda zajmuje się również legalnymi rozliczeniami i sprawami, ale wyłączniew celu nie wzbudzania podejrzeń. McDeere staje przed trudną decyzją, a żaden z dwóch wyborów nie jest wystarczająco przekonywujący, i co ważniejsze, bezpieczny.


Grisham to jeden z tych autorów, którego nazwisko zajmuje pół okładki, bo samo w sobie jest reklamą i o ile King jest dla mnie królem horrorów, o tyle J.G. zajmuje to miejsce w dziedzinie thrillerów/kryminałów. Zakochałam się (nie przesadzam) w wykreowanej przez niego historii, która wcale nie kończy się tak jak tego byśmy sobie zapragnęli, lub jak to zaplanowaliśmy. Powoli, ale skutecznie wprowadza nas w akcję, a my, obgryzając paznokcie, liczymy strony do zakończenia, bo tak cholernie jesteśmy ciekawi co się stanie i jak się skończy. Czy Mitch wybierze pracę w nie-tak-czystej firmie, czy postanowi współpracować w FBI? Za każdym razem kiedy wydaje się nam, że znamy odpowiedź, dzieje się coś zupełnie dezorientującego, BACH! I znowu tkwimy w martwym punkcie.

"Firma" to typowy thriller prawniczy, coś po co sama pewnie bym nie sięgnęła, i nie mam pojęcia co się stało, że po pierwsze: kupiłam tą książkę, po drugie: zaczęłam ją czytać, po trzecie: wciągnęła mnie jak diabli. Jestem wniebowzięta, chodzę w zachwycie, rozczulam się nad językiem, precyzją, pomysłem, strukturą, skonstruowaniem. Podskakuję jak szalona, ciesząc się jak dziecko, bo czas czytania tej książki nie był czasem straconym. Bo los się uśmiechnął i po kilkunastu latach przypomniałam sobie, że ktoś taki jak Grisham gdzieś, kiedyś istniał w mojej podświadomości. Nie mówię, że jest to arcydzieło wszech czasów, książka, jak niemal każda, ma swoje wady. Czasami się ciągnie, ale być może dlatego, że chcemy znać zakończenie. Czasami plącze do tego stopnia, że zapominamy o co właściwie chodzi. Mimo małych uszczerbków, John Grisham wychodzi obronną ręką i zaprasza nas na więcej.

4 komentarze:

  1. Przyznam się bez bicia, że choć setki razy miałem okazję słyszeć o tym autorze i dziesiątki razy miałem okazję nabyć jego książki za bezcen w Biedronce to tego nie zrobiłem... Chyba pora zmienić ten nawyk odchodzenia na bok na stoisku książkowym. :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie, bo Grisham pisze naprawdę dobrze:)

      Usuń
  2. Przyznam szczerze, że nie słyszałam o książce ani o autorze, ale jak będę miała okazję to sięgnę ;)

    OdpowiedzUsuń