piątek, 23 stycznia 2015

Szalenie wzruszająca opowieść - "Love, Rosie" C. Ahern

Nie jestem typem książkowo-romantycznego czytelnika. Ostatnią powieść romantyczną czytałam na przełomie gimnazjum-liceum, czyli blisko 6 lat temu. Nie zmienia to jednak faktu, że od czasu do czasu (raz na 6 lat jak widać) lubię sięgnąć po coś kipiącego narracyjną miłością. Okazji ku temu pojawiło się kilka: nadwyrężenie horrorami/ kryminałami/ thrillerami, potrzeba przeczytania czegoś lekkiego, sesja i w końcu, zbliżające się walentynki. Powiedzmy, że ostatni argument to jakaś wymówka. Poza tym "PS. Kocham Cię" uwielbiam całym sercem i płaczę za każdym razem kiedy oglądam film, więc "Love, Rosie" samo, niechcący wpadło w moje ręce.


"Love, Rosie" to piękna, szalenie wzruszająca powieść, opowiadająca ciekawą historię dwóch przyjaciół (Rosie i Alexa), których los rozrzuca po dwóch różnych kontynentach. On ląduje w Bostonie, a ona usycha z tęsknoty w ich ojczystej Irlandii. Seria niefortunnych zdarzeń, 3 śluby, 3 dzieci, przyjaciele-doradcy, ciągłe zwroty akcji.. Wszystko co autorka wprowadza do swojej powieść tworzy momentami zaskakującą, a czasami wręcz denerwującą całość. Książka napisana w formie listów, wiadomości, czatów (sądziłam, że ją znienawidzę za taki wybryk) została pochłonięta z zawrotną szybkością i nie, nie mogłam myśleć o niczym innym jak o dokończeniu historii. Jako osobo niezainteresowana, miałam czasami ochotę potrząsnąć bohaterami, rzucać książką o ścianę i krzyczeć, co więcej, przyznam się bez bicia, w połowie byłam tak zdezorientowana, że przeczytałam końcówkę, żeby wiedzieć czy wszystko dobrze się zakończy.. Nie powiem wam jak, co, gdzie i po co, ale będziecie zadowoleni i nieco poirytowani (tak, jednocześnie).


Fantastyczna opowieść, o tym, jak czasami trudno walczyć z uczuciami, a jeszcze trudniej przyznać się do nich przed samym sobą. Strach jest naszym najgorszym wrogiem, wrogiem, który utrudnia nam życie i śmieję się w twarz, bo on wie ile tracimy trzęsąc portkami. Strach może zabrać miłość naszego życia, pozwoli żeby ktoś inny był z nią szczęśliwy, a my możemy biernie patrzeć na ten pozornie szczęśliwy związek. Strach nie pozwala nam zrobić kroku w przód, bo czasami łatwiej i bezpieczniej zostać z tyłu, nie wychylać się, żyć w swoim komforcie psychicznym. Gdybym miała powiedzieć komu najbardziej polecam tą książkę, nie zawahałabym się ani chwili: osobą nieszczęśliwie zakochanym, takim które boją się przyznać do swoich uczuć. Osobą tkwiącym w tzw. "strefie przyjaźni", którzy umierają ze strachu przed przyznaniem się do słabości. Czasami warto zaryzykować, w końcu życie to swojego rodzaju skok na bungee.

Nie jestem ogromną fanką romansu. Owszem, lubię je, ale chyba wyrosłam z nich dobrych kilka lat temu. "Love, Rosie" przypomniało mi jak dobrze czasami oderwać się od "ciemnej strony literatury" i przeczytać coś lekkiego, coś co wciągnie nas bez reszty, bo jest ludzkie w najprostszy z możliwych sposobów. Uwielbiam tą książkę właśnie za jej prostotę, niewymuszenie, mnóstwo zwrotów akcji, życiowość.. Uwielbiam ją bo mogłam przy niej płakać, krzyczeć, denerwować się i śmiać do siebie jak idiotka. Uwielbiam ją bo.. bo to takie kobiece czytać romanse, a nie tylko King i King;)



5 komentarzy:

  1. Ostatnio przeczytałam dwie książki pani Ahern i bardzo polubiłam tę kobietę. Świetnie pisze! "Love, Rosie" przeczytam na więcej niż sto procent, ale raczej będzie to w dalszej przyszłości:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisze bardzo lekko, co sprawia, że książkę się dosłownie pożera. Więc jest idealna na książkowy odwyk;)

      Usuń
  2. Hihi fajnie się tak oderwać co? Uwielbiam tę książkę:))))

    OdpowiedzUsuń
  3. Wszyscy piszą o tej książce. Chyba jednak muszę się wybrać do księgarni ją kupić :)
    Cena mnie odstraszyła, ale trudno poświęcę się :)

    OdpowiedzUsuń