piątek, 24 kwietnia 2015

Autor w świetnej formie - John Grisham "Raport "Pelikana" "

Powieści Johna Grishama są dla mnie pewnego rodzaju zagadką, którą za nic w świecie nie mogę rozgryźć. Nie potrafię zmusić się do ich czytania, przeciągam to w czasie, kręcę nosem, wzdycham.. ale kiedy już przebrnę przez pierwszych 10 stron, nie potrafię się oderwać, a Grisham staje się moim najlepszym kumplem.

Autor: John Grisham 
Tytuł: Raport Pelikana
Tytuł oryginalny: The Pelican Brief
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 1996
Liczba stron: 428
Przekład: Jędrzej Polak

John Grisham to niekwestionowany mistrz amerykańskich thrillerów/ kryminałów prawniczych. Za każdym razem kiedy jego książka (po długim rozpatrywaniu za i przeciw, przekonywaniu siebie i innych akcjach zachęcających) trafia w moje ręce, opuszcza je spełniając swoją rolę powieści prawniczej dobrze napisanej. Mimo wszelkich niezrozumiałych oporów, Grisham nie zawiódł mnie nigdy, co więcej, każda jego książka zaskakuje na nowo i sprawia, że moje wiecznie nieusatysfakcjonowane sumienie książkowe może przez 10 minut odetchnąć z ulgą. 

Stany Zjednoczone (bo jakby inaczej). W niewyjaśnionych okolicznościach ginie dwóch sędziów Sądu Najwyższego. Nie jest to jednak zwykła śmierć jakich wiele w amerykańskiej prasie. Sędziowie (bardzo ważni i wpływowi ludzie, nie bójmy się tego powiedzieć) zostali zamordowani przez zawodowca, a zleceniodawca w ich śmierci miał swój interes. Darby Shaw to piękna, inteligenta studentka prawa, która dzięki (lub przez) swoją błyskotliwość, nagle znajduje się w środku niebezpiecznej burzy. Podobnie jak FBA, CIA i wiele innych jednistek (prywatnych i publicznych), zainteresowała się sprawą morderstwa. Wyróżnia się jednak świeżym podejściem i nieszablonową percepcją, która może doprowadzić ją do zabójcy, a "Raport Pelikana" na zawsze zmieni jej życie..

Grisham to autor kultowy i z typowym dla siebie kunsztem pisarza doświadczonego, podaje nam na tacy smakowite kąski polityczno-prawnicze, które nudne są tylko z nazwy. Jego powieść to nie tylko świetnie spisana historyjka, ale także ciekawie skonstruowana fabuła, która nie zwalnia ani na chwilę, powodując wypieki na twarzy czytelnika. Autor zaprasza nas do nieznanego świata "polityki za kulisami" i z cierpliwością przedstawia nam fakty, które dla przeciętnego obywatela znane są tylko z filmów twórców zza oceanu. Kto tak naprawdę pociąga za sznurki? Ile władzy ma władza? Ile jest robione na pokaz? Co jest prawdą a co bezczelnym kłamstwem? Świat intryg i skandali to dla Grishama temat rzeka, tylko ten romans...

... to niekoniecznie działka autora. Romanse w książkach Grishama to zdecydowanie ich najsłabsze strony. Są śmieszne, wciskane na siłę i karykaturalne. Mimo, że gdzieś tam, w głębi duszy, zawsze liczymy na małe love story w tle, w przypadku pana Grishama to nie do końca udany zabieg pisarski. Dodatkowo Grisham na siłę stara się przedłużać historię, zawracać głowę efektami deja vu, chronić czytelnika przed ostatecznym starciem z wielkim zakończeniem. Sprawia, że zamiast na treści skupiamy się na ptaszkach śpiewających za oknem i motylkach pląsających po kwiatkach. Sięgając po kryminał mam serce przepełnione nadzieją i zdecydowanie wolę mieć motylki w brzuchu niż w głowie.

Historie Grishama to rodzaj powieści milczących. Nie przywołują mnie z półek. Nie krzyczą na mnie, że tak je zaniedbuję. Nie przyciągają mojego wzroku. Trudno mi z nimi zacząć rozmowę. Jednak kiedy już przebrnę przez pierwsze strony, wiem, że autor (jak i jego dzieła) jest cierpliwy i dzielnie znosi moją ignorancję i niedbalstwo. Po książki Grishama zdecydowanie sięgnąć należy, choćby po to, żeby zobaczyć jak wygląda dobrze napisany kryminał prawniczy. Nie łudzę się jednak, że spodobają się wszystkim, bo NIC nie podoba się wszystkim. Mam jednak nadzieję, że mimo beznadziejnie, na siłę wpychanych, naiwnych romansów, "Raport Pelikana" (i inne dzieła autora) zaskoczy was równie pozytywnie jak mnie, czytelnika-ignoranta.

sobota, 18 kwietnia 2015

Dashner zachwyca raz jeszcze - James Dashner "Próby Ognia"

James Dashner po raz drugi świetnie się spisuje w "Próbach Ognia" dając nam to, czego czytelnik po świetnej pierwszej części może oczekiwać, a nawet znacznie więcej. Nie jestem nawet zaskoczona, że po genialnym "Więźniu Labiryntu" Pan Dashner raczy nas tak dopracowaną, zaskakującą częścią drugą, od której oderwanie się to grzech i rzecz niemożliwa.

Po złudnej chwili bezpieczeństwa, Thomas i jego przyjaciele stają przed kolejnym wyzwaniem. Muszą dotrzeć do "Strefy bezpieczeństwa", ale nikt nie gwarantuje, że droga do niej będzie wiodła przez łąki usłane kwiatami. Wszystko zależy od DRESZCZU, a DRESZCZ ma plan i bardzo nie podoba mu się kiedy coś nie idzie po jego myśli...

James Dashner to autor, który nie zwalnia ani na chwilę. Sądziłam, że pierwsza część była genialna, więc teraz dwoję się i troję bo nie mam pojęcia jak mogę określić część drugą. Nieustająca akcja. Przyśpieszone bicie serca. Ból głowy i ciągłe powtarzanie "no nie.. no nie..!". Nie było chwili żeby coś się nie działo. Kiedy w głowie czytelnika pojawia się komfort, sądzi, że najgorsze już za nim i cieszy się, że jego ulubieni bohaterzy żyją, Dashner śmieje się w twarz i naraża bohaterów na kolejną, łatwą śmierć a swoich czytelników na rychły zawał. Byłam tak podekscytowana każdą kolejną stroną, że nie pamiętam czy robiłam coś w międzyczasie. Nie wiem co, ile, kiedy jadłam. Nie wiem czy oddychałam wystarczająco często. Nie mam pojęcia kiedy nastawał dzień i noc. Ta książka jest TAK DOBRA, że nawet kac po niej jest szczególny. Nieopisany.

Wszystko w tej części ewoluuje, Od bohaterów, przez akcję, aż do samych prób. Każdy element jest lepszy, bardziej dopracowany i wprowadza jeszcze większy zamęt. Czytelnik zostaje postawiony przed tyloma niewiadomymi, że serce się kraja a dłonie drżą nerwowo. O mały włos nie zaczęłam obgryzać paznokci, tyle stresu serwuje nam autor. Każdy rozdział (a jest ich ponad 60) doprowadza do palpitacji. Każde zdanie powoduje nerwowe gryzienie wargi i burze w mózgu. Nie polecam tej książki osobą wrażliwym na stres, bo jej czytanie może zakończyć się głęboką depresją i niewyleczalnym urazem wewnętrznym.

Trylogia "Więźnia Labiryntu" to najlepsza, najbardziej wciągająca trylogia jaką czytałam w ostatnich miesiącach. Chciałabym zaznaczyć w tym miejscu, że ciągle jestem w trakcie "Igrzysk Śmierci", które są w tyle za więźniem. Próby ognia to majstersztyk jeśli mówimy o akcji. Nie ma tu kręcenia, wodzenia za nos, okręcania. Ciągle się coś dzieje. Tu coś wybuchnie, tam ktoś kogoś zastrzeli, tu wyskoczy chory na pożogę, tam piorun kogoś spali. Co więcej, autor nie jest monotematyczny. Widać, że ma pomysł, a nawet mnóstwo pomysłów i nie pozwala swoim czytelnikom na efekt deja vu. Jestem tak mile zaskoczona, że mogłabym wykonać taniec zwycięzcy przed Dashnerem. W moim osobistym odczuciu, to on wygrywa bitwę trylogii i nie boję się tego powiedzieć nawet przed rozwścieczonym tłumem fanów "Igrzysk Śmierci". Postaram się być jednak bardziej rozsądna i przekonać was, że...

... Dashner to autor genialny w swojej prostocie. Tworzy sytuacje, które są nieprzewidywalne, więc czytelnik odpuszcza sobie bawienie się w jasnowidza. Zachęca do czytania, nie nudzi, gra nam na nerwach, ale w taki pozytywny sposób, że to straszne. Nie chcę tu mówić kto jest lepszy, a kto gorszy. Mam nadzieję, że zdajecie sobie sprawę, że to mały żarcik spowodowany odwieczną walką, nikt nie wie o co. Jeśli lubicie igrzyska, więzień na pewno przypadnie wam do gustu. Jeśli igrzyska wam się nie spodobały, więzień i tak się spodoba. Piszę to z nadzieją w palcach, uśmiechając się pod nosem, bo wiem, że to młodzieżówka, ale tak dobra, że wasze pisanie pt. "jestem za stara" nic w tym wypadku nie da. To po prostu kawał dobrej książki. Na pewno nie zostanie klasykiem, nie dostanie literackiej Nagrody Nobla, nie będzie lekturą w szkolę. Jeśli lubicie miło spędzić czas z książką, bać się, śmiać się i czuć, nie przejmujcie się kategoryzowaniem i bawcie się dobrze z panem Dashnerem. Warto.

wtorek, 14 kwietnia 2015

Klasyka nie gryzie: #1 F. Scott Fitzgerald "Wielki Gatsby"

Od dłuższego czasu miałam zamiar stworzyć na blogu serię o klasykach, które straszne są tylko z nazwy. Jednak, jak to już bywa w tym smutnym świecie, postanowienie odkładało się w czasie dopóty, dopóki nieprzeczytane klasyki leżące na mojej półce zaczęły gryźć mnie w oczy i szarpać moją czytelniczą dumę. Dlatego siedzę teraz przed wami i z sercem na dłoni piszę pierwszą opinię w już dawno planowanej serii, mając nadzieję, że będziecie brać przykład z mojej nieudolności i czasami sięgać po klasyki. Nie dla szpanu, a dla samospełnienia i wewnętrznej satysfakcji (no.. może dla chwalenia się troszkę też). 


"Wielki Gatsby". Książka tak klasyczna, jak tylko klasyczny może być klasyk. Nie chcę się za bardzo rozpływać nad genialną ekranizacją (umówmy się, ekranizacja była GENIALNA), ale jeśli jeszcze jej nie widzieliście (w jakim świecie żyjecie?) odsyłam was już, teraz, właśnie w tej chwili. Później możecie wrócić, żeby przeczytać recenzje równie genialnej książki.

Powieść krótka, doskonała, nie zwalniająca ani na chwilę. Wielki romans, pięknie spisany przez utalentowanego autora. Ponadczasowość i wielkie emocje. Tak mogłabym zacząć i zakończyć moje zachwyty nad "Wielkim Gatsbym" ale byłoby to wielkie niedomówienie. "Wielki Gatsby" to coś więcej niż jakaś tam sobie historyjka, o jakimś tam mężczyźnie, zakochanym w jakiejś tam kobiecie. To znacznie więcej niż oferują nam współczesne jednosezonowe romansiki. To Powieść pisana przez duże "P". Zachwycająca, porywająca, ściskająca serce i ciało, pragnąca odcisnąć piętno na naszym pojmowaniu jej samej i chcąca zapisać się w naszych umysłach jako cudo, gdyż właśnie tym jest. Małym cudem pośród wielu oklepanych powieści romantycznych.

Wszystko w niej zachwyca. Poprzez historię, unikalną, dramatyczną i pełną zwrotów akcji, aż do samych bohaterów, wykreowanych z takim namacalnym kunsztem, że trudno oderwać się od lektury. Mamy tu więc Daisy. Daisy, która działała mi na nerwy przez te prawie 200 stron. Kobietę figlarną, ale też głupiutką, lub głupią udającą. Bywały momenty, że miałam ochotę ją zdzielić, potrząsnąć nią i obudzić ze snu w jakim żyła. Jej życie było snem. Ona była jego częścią i chyba zdawała sobie z tego sprawę. Bezmyślna z zamysłu, uwielbiająca luksusowe życie (chociaż nikt nie powie tego wprost), kochająca miłość, bezkarna, naiwna, cukierkowa do bólu. Mamy również Jay'a. Jay Gatsby owiany tajemnicą, skrywa wszystko poza tym o co ludzie go oskarżają. Zakochany aż do bólu w wyżej wymienionej głupiutkiej istocie, poświęca więcej niż można się spodziewać, próbując odzyskać to co mogłoby się wydawać, należało kiedyś do niego. Mam jednak wrażenie, że Daisy nigdy nie była jego. Autor między wierszami daje nam do zrozumienie, że jest nie tylko największą manipulantką, ale też przyczyną upadku głównego bohatera, którego omamił jej niezaprzeczalny urok. Urok godny Marylin Monroe.

Powieść o Gatsbym to powieść wyjątkowa. Wyjątkowa nie tylko ze względu na swoją ponadczasowość i wyrobioną już renomę, ale też dlatego, że jako jedna z niewielu pokazuje jak zgubna może być miłość. Miłość tak ślepa, że czytelnikom serce się kraja. Miłość, która potrafi doprowadzić do obłędu. Miłość, która z utęsknieniem szuka nadziei między każdym wypowiedzianym słowem i nie dopuszcza niepowodzenia. Autor jest geniuszem w swojej prostocie. Wciąga nas w spisaną opowieść i sprawia, że stajemy się jej częścią, czy tego chcemy czy nie. Zakończenie pokazuje jak tragiczna i niesprawiedliwa jest przedstawiana nam historia. Ukazuje obraz społeczeństwa chytrego i nieczułego. Społeczeństwa, które szuka sensacji, jednak nie ma w nim ani trochę współczucia. Społeczeństwa, w którym nawet najbardziej rozchwytywany człowiek, na samym końcu pozostaje sam sobie i nie ma prawie nikogo kto okazałby choć trochę żalu.

Płakałam i nie boję się do tego przyznać. Ubolewałam nad losem Gatsby'ego, ale też ryczałam z nienawiści spowodowanej resztą bohaterów. To piękna historia, która wyciśnie z was wszystkie emocje chowające się w zakamarkach ludzkiego ciała. Powieść, która ma głos i daje do zrozumienia jak bardzo zachłanne i nieczułe z nas potwory. Zakończenie, które jest swoistym rodzajem ulgi, ale też cierpienia, nie tylko bohaterów, ale też czytelników. Zachłysnęłam się piękną prostotą tej historii. Zostałam oczarowana każdym pojedynczym elementem. Zapragnęłam być częścią tego jakże okrutnego świata, byleby tylko spojrzeć Gatsby'emu w oczy i wiedzieć, że wszystko jest w porządku. Chociaż wiem, że właściwie nic nie było w porządku.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Bo amerykański booktube chwalił - Rainbow Rowell "Eleonora & Park"

Niestety, należę do ofiar amerykańskiego booktuba. Wiem, że nie jestem jedyna i wiem, że każdy ma małe grzeszki, jednak to nie pierwszy raz kiedy amerykańscy przyjaciele robią mnie na szaro, a ja im tak wierzyłam. Tak bezgranicznie pragnęłam zachwycić się jak oni, rozpływać nad historią i udawać, że to powieść mojego życia. Nie tym razem.

Rainbow Rowell to jedna z tych autorek, która na booktubie cieszy się ogólnym szacunkiem, a zachwyty nad jej twórczością nie mają końca. Wyobraźmy więc sobie szczęście polskich czytelników (w tym mnie), kiedy okazało się, że wydawnictwo Otwarte postanowi wydać powieść tak wspaniałą, że dech zapiera. "Eleonora&Park" miała zwalić mnie z nóg, potrzepać, wychlastać, skopać i wytarzać. Miała być jedną z tych książek, które wrzuca się do worka "Wow". Trafiła jednak do reklamówki pt. "niech będzie, co mi tam", a jedyną osobą winną za tą małą nie tak straszną katastrofę, jestem ja sama. Trochę zapomniałam się w swoim czytelnictwie, w sięganiu po prozę dla młodzieży (a E i P to powieść naprawdę młodzieżowa) i chęci bycia trzynastolatką raz jeszcze (nie zrozumcie mnie źle, 22 to też wspaniale). Poza tym.. Kto normalny po "Carrie" sięgnąłby po "Eleonorę&Parka"? Jestem samo sobie winna, sama się ukarałam, i wszystko co złe biorę na siebie.

"Eleonora&Park" to historia piękna, wzruszająca, ściskająca serce, próbująca nieskutecznie wycisnąć łzy. Możecie teraz powiedzieć "hola, hola! Czy ty przypadkiem przed chwilą nie mieszałaś tej książki z błotem?", a ja nie będę zaprzeczać, jednak to, że mnie nie porwała, nie oznacza, że jest zła. Eleonora i Park, dwoje nastolatków, którzy są pewnego rodzaju wyrzutkami, są złączeni przez komiksy, muzykę, autobus, szkołę i typowo nastoletni związek, stanowią bohaterów ciekawych, ale nie tak poruszających żebym chciała o nich czytać więcej. Nie obchodzi mnie czy będą, czy nie będą razem. Nie związałam się z nimi emocjonalnie. Nie pokochałam ich bez reszty, a moje serce nie podskakiwało w napięciu, zatrzymując się co chwilę, czując ulgę. Jestem pewna, że powieść spodobałaby mi się bardziej gdybym przeczytała ją 5 lat temu. Myślałam wtedy podobnie, byłam podobna i marzyłam w podobny sposób. Postrzegałam też tak świat i wydawało mi się, że stracenie pierwszej miłości to koniec świata. Teraz jednak ciocia Paulina radzi: to nie koniec świata, i uśmiecha się pobłażliwie wiedząc, że co będzie to będzie.

Powieść Rainbow Rowell to po prostu kolejna urocza historia o nastolatkach dla nastolatków. Dość oklepana, schematyczna, łatwa. Nie zaskakuje, nie wytrąca z równowagi, nie buduje wokół nas sfery czytelniczego dyskomfortu, której ja potrzebuję jak powietrza. Zdarzają się w niej momenty ciekawe, być może zaskakujące, ale cała akcja skupia się na kilkudziesięciu ostatnich stronach. Po tych wszystkich ochach i achach, okrzykach zachwytu i czczenia, liczyłam na powieść wyrywającą z butów, a dostałam książeczkę, z ładną okładką i mdławą treścią. Styl autorki nie jest ciężkostrawny, ale co z tego, skoro treść jest raczej taka sobie? Wzdycham i rwę włosy z głowy, bo nie lubię mówić źle, ale sumienie nie pozwala mi sztucznie siać wiosennej aury i sypać kwiatków wokół tak przeciętnej treści. Nie zakochałam się. Średnio polubiłam. Absolutnie nie zachwyciłam. Polecam wszystkim, którzy lat 18 nie skończyli (nie tylko na papierku) i błagam o wybaczenie zachwyconych czytelników Rainbow Rowell.

środa, 8 kwietnia 2015

Debiut S.King'a, krwawa "Carrie" dla opornych.

Ostatnio w moich recenzjach jest tak młodzieżowo, cukierkowo, że aż wstyd. Co więcej, miałam ewidentny kryzys kingowy, i aby nie popaść w depresje szybko musiałam nadrobić ten stracony czas bez obecności powieści autora mojego życia. Czas, który nie tylko był cukierkowo-młodzieżowo-romantyczny, ale też kulawy czytelniczo, co prowadzi do konkluzji.. muszę czytać więcej.


King to jeden z tych autorów, który może napisać książkę o samotnym kwiatku na polanie a i tak skradnie moje serce. Nie wiem co ma w sobie takiego, nie wiem czy to czysta sympatia do jego osoby, czy fascynacja jego stylem, sposobem w jaki składa słowa w całość, ale Pan King jest zdecydowanie panem mojego książkowego losu. Fakt, że nie czytałam "Carrie", chociaż dawno powinnam, pokazuje tylko jakim ignorantem jestem i jak bezczelnie łamię wszystkie zasady bycia "fanem numer 1". To właśnie "Carrie" jest początkiem, powieścią przez którą autor stracił mnóstwo krwi i nerwów, ale czy było warto? Oczywiście. Dzisiaj King jest jednym z najbardziej poczytanych autorów świata. Jednym z najbardziej błyskotliwych i inteligentnych pisarzy, którzy swoją sławę zawdzięczają niewymuszonemu talentowi. A zaczęło się tak niewinnie..

... Carrie to dziewczyna, która jest stworzona, żeby być pośmiewiskiem. Idealny przykład nastolatki, brutalnie niszczonej przez środowisko naturalne (czyt. rówieśników, którzy mają skręta zamiast mózgu), która nie chce i nie musi sobie radzić z tym co ją otacza. Wybitnie wykreowany obraz matki-psychopatki dopełnia wizerunku Carrie jako ofiary idealnej, "proszącej się" o bycie outsiderem. Na nieszczęście oprawców, i szczęście czytelników, Carrie do końca normalna nie jest. Nie mam na myśli tu problemów psychicznych, chociaż z taką matką to nieuniknione. Tym co wyróżnia Carrie wśród innych nastolatków, i ludzi w ogóle, to telekineza, zdolność nie do końca odkryta przez bohaterkę, z czasem stająca się jej bronią i upadkiem.

"Carrie" to powieść, która spodoba się nie tylko fanom Stephena Kinga, ale również czytelnikom nie do końca przekonanym do często zawiłych opisów i porównań mistrza. Podczas gdy King rozkręca akcję około strony numer 300, ta nawet tylu stron nie ma. Jest prosta, łatwa w odbiorze, niezawiła, nie-kingowska w ogólnie rozumianym tego słowa znaczeniu. To dobry horror, który nie przeraża jak "TO", ale jest krwawy i daje czytelnikom to o co proszą. Trochę strachu. Ułamek adrenaliny. Nerwowe przegryzanie wargi. Dobrą historię z dobrą główną bohaterką. "Carrie" to powieść, która wizualizuje się w naszych głowach, obrzydza i napastuje niewinne myśli, ale nie można się od niej oderwać na długo. Wszystko dzieje się tak szybko, że nie zdążymy się obejrzeć, a będzie po wszystkim. W dosłownym tego stwierdzenia znaczeniu.

Stephen King to autor, który swoimi powieściami całkowicie zasłużył na cały ten autorski splendor. "Carrie" to książka, która wprowadza nie tylko nas, ale i samego autora na głębokie wody. Nie ma tu Kinga klasycznego, znanego z "Bastionu" czy wyżej wspomnianego "TO". Nie ma tylu anegdot, tylu cytatów, tylu fascynujących zdań, których czytanie to czysta przyjemność. Jest za to historia, napisana piórem debiutanta, który już na początku wysoko postawił poprzeczkę. "Carrie" to horror który cieszy oko i wyobraźnię. Nie jest wybitnym dziełem, nie umieściłabym jej w 10 najlepszych książek mistrza, ale czy miałam ciarki jak ją czytałam? Owszem. Czy czułam, że King wie co robi? Jak najbardziej. Czy mogłabym się podpisać bez wstydu pod tym dziełem? Na sto procent. Gdyby trzeba było oddałabym Kingowi nerkę, żeby pisał dalej, tak jak to robił i robi. Tyle przyjemności z czytania co on, nie daje mi nikt inny, bez znaczenia czy mówię o pierwszych czy ostatnich jego dziełach. Gdzie King jest, tam serce moje. I niech tak będzie.

sobota, 4 kwietnia 2015

Jak Jamie skradł również moje serce - Diana Gabaldon "Obca"

Moje długie, bolesne, pełne cierpienia modlitwy zostały wysłuchane. Świat Książki zbawił moją nieszczęsną, spragnioną duszę i postanowił wznowić serię znaną za granicą jako "Outlander". Jak wiecie z vlogów i blogów naszych zagranicznych przyjaciół, seria ta wywołała niemałą burzę a ochów i achów nie ma końca.

Pewnie zastanawiacie się o co tyle hałasu? Jakaś tam Diana Gabaldon, napisała sobie jakąś tam "Obcą" i w jakichś tam Stanach nagle zrobili odkrycie po 20 latach. Pierwszy wniosek nasuwa się sam: dobre książki nie mają daty ważności; drugi: przepis na sukces to dobrze skonstruowany męski bohater. Bo kogo tak naprawdę obchodzi, że Angielka z francuskimi korzeniami przenosi się w czasie? Oczywiście zupełnie niechcący. Kogo obchodzi, że spotyka przodka swojego ukochanego męża, który okazuje się psychopatą? Co z tego, że niektórzy myślą, że jest czarownicą? Co z tego, że idealnie został oddany obraz Szkocji (i nie tylko) tamtych czasów? Co z tego, że autorka pisze naprawdę lekkim piórem a czytanie jej książki to przyjemność sama w sobie? Nie oszukujmy się. Nie próbujmy kręcić oczami. Nie dajmy się zwieść. Mimo wszystkich pozorów, najważniejszy w tej książce jest Jamie, wybacz Claire.

Jamie, rodowity Szkot, ideał męskości czasów ogólnie pojętych. Wysoki, dobrze zbudowany. oczywiście z piękną, niespotykaną twarzą. Poza tym Jamie to chodzące cudo. W naszych głowach widzimy jak cudownie się porusza, jak dosiada konia, jak zaciska szczękę walcząc o swoje. Widzimy jego napięte mięśnie i lśniące włosy. Zachwycamy się jego momentami szorstkim charakterem. Wzdychamy nad jego czułością i pragnieniem, jakim obdarza swoją przypadkową żonę. Jamie, Jamie, Jamie.. Każda kobieta mogłaby go pokochać, oczywiście gdyby był prawdziwy. Na szczęście w fikcji wszystkie chwyty dozwolone. Nie dziwię się autorce, że przeniosła naszą bohaterkę w czasie, bo dzisiaj takich mężczyzn (kobiet zresztą też) nie ma. Najwyższa pora pogodzić się z tym faktem i wyhodować sobie w doniczce własnego Jamiego.

Jestem zachwycona, że cała historia jest podzielona na osiem części. Jeszcze bardziej cieszy fakt, że każda kolejna będzie wydawana co miesiąc i chociaż mój portfel skomle, przyjmuje ten fakt z godnością. Skupiając się na chwilę na powieści, muszę przyznać, że byłam mile zaskoczona. Pani Gabaldon wie jak pisać dobre książki, co do tego nie mam wątpliwości. I choć momentami było nudnawo, to trudno było oderwać się od tej historii. Nie ukrywam też, że najlepsze momenty to te z Jamiem kradnącym Claire wszystkie światła reflektorów. To chyba jedna z najlepiej wykreowanych, idealnych męskich postaci z jakimi miałam styczność. Jestem gotowa przyznać, że autorka wykreowała mężczyznę z krwi i kości, który nie był zniewieściałym pantoflarzem robiącym i mówiącym to czego często my, damska widownia, oczekujemy. Powieść słodka, ale nie na tyle żeby nią rzygać. Co więcej, myślę, że trafi na moją listę ulubieńców, a to zaszczytne miejsce nie przypada wielu dziełom, Niech Jamie wie, że go doceniam (i skrycie kocham).

środa, 1 kwietnia 2015

James Dashner zrewolucjonizował moją półkę - "Więzień Labiryntu"

James Dashner niepostrzeżenie wtargnął w moje życie czytelnicze i postanowił w nim namieszać jak sto diabłów. "Więzień Labiryntów" to książka, która zażarcie walczyła o moją uwagę od dłuższego czasu, wpychając się na pierwszy ogień mojego bookowego głodu, z każdej strony atakując świetnymi recenzjami, prosząc o chwilę cennej czytelniczej uwagi. Nasza współpraca (obustronna, muszę to przyznać) zaowocowała wieloma wyniosłymi czytelniczymi momentami, które odcisnęły swoje piętno na mojej liście ukochanych przeze mnie książek (serii). 


"Więzień Labiryntu" to jedna z najbardziej aseksualnych książek jakie czytałam w ostatnim czasie. Wiem, że to brzydko tak kategoryzować, ale są książki, które z płci są bardziej kobiecie i takie, które mogą być uważane za bardziej męskie (bez obrazy dla obu stron, jako kobieta wolę bardziej męskie czytanie). James Dashner wykreował dzieło tak uniwersalne, że każdy może zostać pochłonięty przez jego treść, bez stawiania oporu. Opowieść o chłopcach, którzy utknęli w strefie otoczonej labiryntem (niebezpiecznym, mrocznym, tajemniczym) sprawiła, że chciałam całować stopy autorowi z uśmiechem na twarzy (a to trochę obleśne). Nagłe zwroty akcji (jak pojawienie się przedstawicielki płci pięknej) czy wisząca w powietrzu atmosfera niewiadomej, sprawiają, że po naszych ciałach przebiegają złudne ciarki i czujemy się częścią tej pochłaniającej bez reszty historii.

Po przeczytaniu tej książki chciałam więcej. Moje ciało piszczało z wrażenia, a głowa wybuchała kacem książkowym. Odprężając się przy zakończeniu, nie sądziłam, że autor zgotuje mi kolejną niespodziankę. Naprawdę dałam się nabrać, i teraz cierpię katuszę czekając aż kolejna część trafi w moje spragnione wiedzy ręce. James Dashner to wcielenie sadysty, autor, który wie jak pobudzić w czytelniku to co najlepsze: ciekawość i "nienajedzenie". Zaskoczył mnie, w pozytywny sposób, pisząc książkę "po swojemu", tworząc klumpy i nieklumpy, będąc prostym, dostępnym autorem nieudziwniającym nadto i tak dobrej powieści. Powieść Dashnera to idealne odzwierciedlenie tego czego my, czytelnicy pragniemy najbardziej. Mamy tu pewien wątek miłosny (który na szczęście nie jest głównym tematem, inaczej kulka w łeb), pewną niewiadomą, pewną brutalność, pewnych złych i nie-tak-złych ludzi. Mamy również inteligentnego chłopaka, który nie koniecznie jest tym, kim myślimy, że jest i sam nie do końca wie kim jest. Thomas jest odważnym i inteligentnym bohaterem, a autor nadając mu nieco mroku, zrobił najlepszą robotę w swoim życiu.

Z ręką na sercu staję przed wami, przysięgając, że nie wiedziałam czego się spodziewać. Domyśliłam się, że będzie chłopak (więzień) i labirynt (labiryntu). Domyśliłam się również, że będzie to kolejna powieść traktująca o historii ludzi po pewnym burzliwym w pewnym sensie końcu świata (dlaczego wciąż twierdzimy, że ktokolwiek przeżyje? czy koniec to nie KONIEC?). Nie wiedziałam jednak, że będzie to powieść tak wciągająca, że na dwa dni nie ruszę się z łóżka, nie mogąc sobie pozwolić na kolejną chwilę oczekiwania co będzie dalej. DWA DNI. Na pełne dwa dni przestałam istnieć dla świata i stałam się częścią tej niesamowitej (naprawdę cholernie dobrej) książki. Książki pisanej lekkim piórem, która nie zwalniała tempa ani na chwilę. Nie było tu miejsca na rozczulanie się, rozmyślanie, filozofowanie nad losem bohaterów, którzy przy okazji ginęli jeden po drugim (George R.R. Martin mógł być swoistą inspiracją). Dashner, mimo wszelkich moich urojeń, zaskoczył mnie bardzo pozytywnie i dał mi odświeżającego kopa, z genialnym, niesamowitym, obiecującym świetlaną przyszłość zakończeniem. Już zacieram ręce, cieszę się jak dziecko i modlę w duchu, żeby część druga była co najmniej tak dobra jak obiecujący part one.