wtorek, 14 kwietnia 2015

Klasyka nie gryzie: #1 F. Scott Fitzgerald "Wielki Gatsby"

Od dłuższego czasu miałam zamiar stworzyć na blogu serię o klasykach, które straszne są tylko z nazwy. Jednak, jak to już bywa w tym smutnym świecie, postanowienie odkładało się w czasie dopóty, dopóki nieprzeczytane klasyki leżące na mojej półce zaczęły gryźć mnie w oczy i szarpać moją czytelniczą dumę. Dlatego siedzę teraz przed wami i z sercem na dłoni piszę pierwszą opinię w już dawno planowanej serii, mając nadzieję, że będziecie brać przykład z mojej nieudolności i czasami sięgać po klasyki. Nie dla szpanu, a dla samospełnienia i wewnętrznej satysfakcji (no.. może dla chwalenia się troszkę też). 


"Wielki Gatsby". Książka tak klasyczna, jak tylko klasyczny może być klasyk. Nie chcę się za bardzo rozpływać nad genialną ekranizacją (umówmy się, ekranizacja była GENIALNA), ale jeśli jeszcze jej nie widzieliście (w jakim świecie żyjecie?) odsyłam was już, teraz, właśnie w tej chwili. Później możecie wrócić, żeby przeczytać recenzje równie genialnej książki.

Powieść krótka, doskonała, nie zwalniająca ani na chwilę. Wielki romans, pięknie spisany przez utalentowanego autora. Ponadczasowość i wielkie emocje. Tak mogłabym zacząć i zakończyć moje zachwyty nad "Wielkim Gatsbym" ale byłoby to wielkie niedomówienie. "Wielki Gatsby" to coś więcej niż jakaś tam sobie historyjka, o jakimś tam mężczyźnie, zakochanym w jakiejś tam kobiecie. To znacznie więcej niż oferują nam współczesne jednosezonowe romansiki. To Powieść pisana przez duże "P". Zachwycająca, porywająca, ściskająca serce i ciało, pragnąca odcisnąć piętno na naszym pojmowaniu jej samej i chcąca zapisać się w naszych umysłach jako cudo, gdyż właśnie tym jest. Małym cudem pośród wielu oklepanych powieści romantycznych.

Wszystko w niej zachwyca. Poprzez historię, unikalną, dramatyczną i pełną zwrotów akcji, aż do samych bohaterów, wykreowanych z takim namacalnym kunsztem, że trudno oderwać się od lektury. Mamy tu więc Daisy. Daisy, która działała mi na nerwy przez te prawie 200 stron. Kobietę figlarną, ale też głupiutką, lub głupią udającą. Bywały momenty, że miałam ochotę ją zdzielić, potrząsnąć nią i obudzić ze snu w jakim żyła. Jej życie było snem. Ona była jego częścią i chyba zdawała sobie z tego sprawę. Bezmyślna z zamysłu, uwielbiająca luksusowe życie (chociaż nikt nie powie tego wprost), kochająca miłość, bezkarna, naiwna, cukierkowa do bólu. Mamy również Jay'a. Jay Gatsby owiany tajemnicą, skrywa wszystko poza tym o co ludzie go oskarżają. Zakochany aż do bólu w wyżej wymienionej głupiutkiej istocie, poświęca więcej niż można się spodziewać, próbując odzyskać to co mogłoby się wydawać, należało kiedyś do niego. Mam jednak wrażenie, że Daisy nigdy nie była jego. Autor między wierszami daje nam do zrozumienie, że jest nie tylko największą manipulantką, ale też przyczyną upadku głównego bohatera, którego omamił jej niezaprzeczalny urok. Urok godny Marylin Monroe.

Powieść o Gatsbym to powieść wyjątkowa. Wyjątkowa nie tylko ze względu na swoją ponadczasowość i wyrobioną już renomę, ale też dlatego, że jako jedna z niewielu pokazuje jak zgubna może być miłość. Miłość tak ślepa, że czytelnikom serce się kraja. Miłość, która potrafi doprowadzić do obłędu. Miłość, która z utęsknieniem szuka nadziei między każdym wypowiedzianym słowem i nie dopuszcza niepowodzenia. Autor jest geniuszem w swojej prostocie. Wciąga nas w spisaną opowieść i sprawia, że stajemy się jej częścią, czy tego chcemy czy nie. Zakończenie pokazuje jak tragiczna i niesprawiedliwa jest przedstawiana nam historia. Ukazuje obraz społeczeństwa chytrego i nieczułego. Społeczeństwa, które szuka sensacji, jednak nie ma w nim ani trochę współczucia. Społeczeństwa, w którym nawet najbardziej rozchwytywany człowiek, na samym końcu pozostaje sam sobie i nie ma prawie nikogo kto okazałby choć trochę żalu.

Płakałam i nie boję się do tego przyznać. Ubolewałam nad losem Gatsby'ego, ale też ryczałam z nienawiści spowodowanej resztą bohaterów. To piękna historia, która wyciśnie z was wszystkie emocje chowające się w zakamarkach ludzkiego ciała. Powieść, która ma głos i daje do zrozumienia jak bardzo zachłanne i nieczułe z nas potwory. Zakończenie, które jest swoistym rodzajem ulgi, ale też cierpienia, nie tylko bohaterów, ale też czytelników. Zachłysnęłam się piękną prostotą tej historii. Zostałam oczarowana każdym pojedynczym elementem. Zapragnęłam być częścią tego jakże okrutnego świata, byleby tylko spojrzeć Gatsby'emu w oczy i wiedzieć, że wszystko jest w porządku. Chociaż wiem, że właściwie nic nie było w porządku.

5 komentarzy:

  1. Płakać nie płakałam, ale bardzo mnie urzekła i mam ochotę na zakup własnego egzemplarza, bo takie cudeńko to zaszczyt gościć na własnych półkach :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Od jakiegoś czasu na mojej liście i jestem co raz bliżej zakupu. :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Rewelacyjna książka jedna z moich ulubionych!

    OdpowiedzUsuń
  4. szczerze - ani razu nie sięgnęłam po klasykę, choć do Wielkiego Gabstiego przymierzam się dość długo, przez film, który niestety już oglądałam.
    mam nadzieję, że uda mi się szybko ją przeczytać. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Czytałam tylko wersję skróconą po angielsku, do pełnej powieści mnie na razie nie ciągnie.

    OdpowiedzUsuń