piątek, 5 czerwca 2015

"Pomysły biorą się znikąd.." - (niesamowity) Stephen King, "Znalezione Nie Kradzione"

"Pomysły biorą się znikąd, oznajmił. Przychodzą bez toksycznego wpływu intelektu autora." 

Za każdym razem kiedy sięgam po Kinga (lub kiedy on sięga po mnie) czuję się na właściwym miejscu, we właściwym czasie. Każdy z nas przez to przechodzi, kiedy trzyma w drżących dłoniach nową lub jeszcze nieprzeczytaną powieść autora swojego życia. Pisząc tą recenzję będę mieć łzy w oczach, bo nie mogłabym być bardziej wdzięczna niż teraz, po przeczytaniu powieść Stephena Kinga... Kinga, którego ubóstwiam jako autora i cenię jako człowieka. 


Autor: (niesamowity) Stephen King
Tytuł: Znalezione Nie Kradzione
Tytuł oryginalny: Finders Keepers
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 480
Przekład: Rafał Lisowski

To już druga część serii opowiadającej o przygodach detektywa Billa Hodgesa, która (nawet się nie łudzę w tej kwestii) nie wszystkim przypadnie do gustu. Wspominałam o tym już przy pisaniu recenzji o "Panu Mercedesie". Jak już wiecie, osobiście z czystym umysłem i z ręką na sercu, wyznałam wam, że "Pan Mercedes" to książka niesamowicie dobra, ale nie muszę być obiektywna, bo moje zaślepienie sięga zenitu i nie będę tego faktu przed wami ukrywać. "Znalezione Nie Kradzione" nie spodoba wam się, jeżeli nie lubicie Kinga w tej postaci. Ja go uwielbiam w wersji każdej, chociaż ma lepsze i gorsze chwilę. W tym wypadku raczej się nie zawiodłam, ale...

Skupiając się na rzeczach ważniejszych niż ważnych, dam wam kilka przykładów, które być może przekonają was, że King wie co robi i dalej potrafi sprawić, że w trakcie czytania nie liczy się nic poza historią, którą wbija nam z uporem do naszych umysłów. Przede wszystkim historia. Numer jeden każdej powieści. Musi wciągać, musi zachęcać, musi mącić i wzbudzać emocję. King wzbudza emocje na każdym kroku. Numer dwa, to świetnie wykreowane postaci. Nie jakiś tam książę na rumaku, cukierkowa księżniczka, czy przemalowany romans. Zapomnijcie o tych bzdurach. King serwuje nam podstarzałego detektywa, w świetnej formie, który mimo pozorów ma problemy ze sobą i obwinianiem się, za sytuacje, na które nie miał wpływu. Mamy tu też Holly, która walczy ze swoimi natręctwami i lękami oraz Jerome'a, nieco starszego niż w "Panu Mercedesie", ale ciągle będącego w formie. I przede wszystkim, mamy też wciągający wątek główny...

... który nie pozwala nam zjeść spokojnie śniadania czy przespać nocy. Tym razem główny czarny bohater to psychofan, który zabija swojego idola, ukochanego pisarza, tylko dlatego, że napisał coś nie po jego myśli. Poza morderstwem ma też na sumieniu kradzież pieniędzy i co ważniejsze, ponad stu notesów, które skrywają kolejne części historii o Jimmym Goldzie i miliony zapisków autora.. Jak na ironię, nasz oprawca trafia do więzienia na ponad 30 lat, a nieprzeczytane notesy spoczywają spokojnie zakopane aż do pewnego dnia, kiedy Peter odnajduje zakopany kufer.. I tak. Oznacza to wielkie kłopoty moi drodzy państwo.

"Dla czytelników jednym z najbardziej elektryzujących odkryć jest właśnie to, że są czytelnikami - że nie tylko potrafią czytać (co Morris już wiedział), ale że są w tym zakochani. Beznadziejnie. Bez reszty. Pierwszej książki, która to sprawi, nie zapomina się nigdy"

King to pisarze przez duże "P" i chyba nikomu nie muszę w dzisiejszych czasach już tego tłumaczyć. Każda kolejna powieść tego autora to bestseller. Każdy wywiad jest odtwarzany setki tysięcy razy, a jego słowa cytowane przez miliony czytelników na cały świecie. Jaki jest fenomen Kinga? Co sprawia, że nie potrafię przejść obojętnie koło jego nazwiska? Odpowiedź jest tak banalnie prosta, że aż przeraża. To ciarki. To emocje. To jego wnikliwość. Ten przebiegły skurczybyk sprawia, że tracę resztki godności i nie śpię całą noc odświeżając strony księgarni, żeby jak najszybciej zamówić jego powieść. Sprawia, że książki to coś więcej niż rozrywka. Pozwala mi wierzyć, że strach jest dobry, a niejedzenie przez cały dzień to coś normalnego, bo brak poczucia czasu zdarza się każdemu. King jest odkryciem mojego życia, chociaż to raczej on odkrył mnie spadając z półki w księgarni. Więc proszę, nie dziwcie się temu, że nie potrafię być krytyczna, bo poważnych wad nigdy nie dostrzegam.

Zgodzę się, że to nie King jakiego wszyscy oczekują. Od kiedy możemy coś oczekiwać od autorów? To ich dzieła, możemy być obiektywnie krytyczni, ale nigdy mieszać z błotem. "Znalezione Nie Kradzione" to nie "TO". To tym bardziej nie "Bastion". To również nie "Zielona Mila". Nowa powieść Kinga to nowy-stary King, który jest niesamowitym obserwatorem i wybitnym pisarzem. "Znalezione Nie Kradzione" to kawał dobrej roboty, która pochłania nas jak gąbka wodę (jakże tania metafora) i każe zostać. Autor nie straszy, nie musi, nie tym razem. Sprawia, że mamy gęsią skórkę, serwuje nam najgorsze potwory z możliwych, zwykłych ludzi. Bawi się z nami. Igra z losem. Powoduje szybsze bicie serca i pisze podziękowania, które sprawiają, że ja płaczę jak bóbr..

"I wreszcie Ty, WIERNY CZYTELNIKU. Dzięki Bogu, że wciąż tu jesteś po tylu latach. Jeśli Ty dobrze się bawisz, to ja też"

Bawiłam się świetnie.
Mam nadzieję, że wy również będziecie.