poniedziałek, 28 września 2015

Jak King spełnia moje czytelnicze marzenia.. Stephen King "Mroczna Wieża II: Powołanie Trójki".

Po przeczytaniu drugiego tomu Mrocznej Wieży żałuję dwóch rzeczy: po pierwsze, że książka się skończyła, po drugie, że tak długo odkładałam sięgnięcie po tą serię. Stephen King jest moim synonimem świetnie poprowadzonych historii, w dobrym, mrocznym stylu. Stephen King jest również moim bohaterem powieści wstrząsających, powieści, które nie dają o sobie zapomnieć. Mroczna Wieża natomiast była gdzieś na mojej liście do przeczytania kiedyś. Dzięki Bogu, to kiedyś nadeszło szybciej niż później, natomiast ja mogę uczcić największego kaca książkowego w mojej czytelniczej historii. 

Autor: Stephen King
Tytuł: Mroczna Wieża II: Powołanie Trójki
Tytuł oryginalny: The Dark Tower II: The Drawing of the Three
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 447
Przekład: Zbigniew A. Królicki

Genialna. Zachwycająca. Niepowtarzalna. Tak w kilku słowach mogłabym opisać kontynuację jednej z najlepszych serii jakie miałam okazję czytać. Już po pierwszym tomie miałam świadomość, że Mroczna Wieża to COŚ. Coś niesamowicie imponującego i porywającego. Coś co sprawi, że przez kilka kolejnych dni będę analizować każdy fragment. Jednak to dopiero drugi tom sprawił, że zaczęłam bardzo poważnie się martwić o pierwsze miejsce "Bastionu" na liście książek mojego życia. Część druga skupia się na spełnianiu przepowiedni tomu pierwszego, i powołaniu przez Rolanda, naszego głównego bohatera, tajemniczej trójki, która ma mu pomóc osiągnąć cel w postaci mistycznej Mrocznej Wieży.

Zacznę może od tego, że sposób w jaki Stephen King bawi się czytelnikiem przechodzi ludzkie pojęcie. Każdy pojedynczy element, każda postać, każda strona, i każde zdanie, są tak dopracowane, tak pedantyczne, że brak niedociągnięć boli i wzrusza. Każdy bohater, który pojawił się w tym tomie, sprawił, że cała historia jest historią doskonałą, chociaż pojęcie doskonałości każdy definiuje sam. W fabule nie ma czasu na pierdoły, chociaż wcale nie brakuje miejsca na typowe kingowskie przeciąganie, dla jednych struny, dla drugich sztuki. King nie jest tu tylko bardzo estetyczny, ale również niedościgniony w gatunku, który trudno do końca określić. Momentami miałam wrażenie, że autor sam zadawał sobie pytanie co właściwie wyprawia, co nie zmienia faktu, że to "wyprawianie" wyszło mu bezbłędnie, a niezrozumiała fantastyczność tej książki jest jej ogromny (jeśli nie największym) atutem.

Atmosfera tej powieści zabija. King zabiera nas w podróż magiczną i niepowtarzalną. Z drugiej strony, gdyby coś tak niezrozumiale pokręconego było powtarzalne, zaczęłabym bardzo poważnie martwić się o moją czytelniczą psychikę. Z każdą kolejną strona autor daje się ponieść coraz większej wyobraźni, a mi, jako czytelnikowi ciekawskiemu, na usta cisną się miliony pytań. Nie tylko dotyczące samej powieści czy też serii, ale również stanu psychicznego autora i leków jakie zażywał w trakcie pisania tej historii ( stwierdzenie to zostało napisane z przymrużeniem oka, autor powyższego i poniższego tekstu bardzo szanuje Pana Kinga, zahacza wręcz o niebezpieczny fanatyzm). Co więcej, mam nieodparte wrażenie, że pewne rzeczy zachwycają dlatego, że to właśnie King, a Kingowi można, bo King jest Kingiem i koniec kropka. Niestety.. w brutalnym świecie rynku literackiego, nie każdy może sobie pozwolić na pisanie książek odmiennych, jeśli jest moda na dystopie. Jestem w pełni świadoma, że ta książka została wydana już długi czas temu, co nie zmienia faktu, że ciągle zachwyca.

Skupię się jednak choć na chwilę i poudaję przez moment czytelnika poważnego. Większość z was zdaje sobie sprawę, że moje opinie często gęsto są owiane sarkazmem i zabawnością, do której staram się nie dążyć. Niektórzy z was mogą posądzić mnie o brak powagi i nie pisanie o rzeczach ważnych, jak narracja czy stopień doskonałości bohatera głównego i tych pobocznych. Co dla mnie jest ważne (a chcąc nie chcąc, na bezczelnego piszę o rzeczach ważnych dla mnie z nadzieją, że są również istotne dla was) to emocje jakie wzbudza we mnie autor i jego powieść. Autor mniej niż sama powieść, ale zapominanie o twórcy bywa czytelniczym grzechem głównym. Powołanie Trójki to ta część sztuki, którą ja osobiście uwielbiam. To kawał dobrej literatury, która raz po raz mnie zaskakiwała i wprowadzała pewien niewytłumaczalny dyskomfort. To powieść, w której realność stapia się z fantastyką, a historie możliwie prawdziwe stają się historiami nierealnymi. Jeżeli więc miałabym wskazać element, za który najbardziej szanuję Kinga, byłaby to emocjonalna huśtawka, która w trakcie czytania Mrocznej Wieży przybrała tylko na sile i powaliła mnie na łopatki.

Mroczna Wieża nie jest serią, która w jakikolwiek sposób definiuje Kinga jako autora, proszę, miejcie to na uwadze. Moim skromnym zdaniem King nie jest pisarzem, którego powinno się definiować.. odstąpieniem od reguły jest definiowanie jego genialnej wyobraźni, która jest najzwyczajniej w świecie genialna (zabieg celowy). Jednak jeśli chodzi o same dzieła Kinga nie można ich nazwać po prostu horrorami, czy po prostu fantastyką. Nie można tych powieści również określić mianem po prostu bardzo dobrych, czy po prostu zachwycających. Za każdą powieścią napisaną przez mistrza kryje się coś więcej, drugie dno, które odkrywamy albo po pierwszej przeczytanej powieści tego autora, albo uderza to w nas niespodziewanie w trakcie snu. King to autor z niesamowitą wrażliwością pisarską i niezastąpionym zmysłem obserwacji. Natomiast Mroczna Wieża jest żywym dowodem na to, że geniuszu i talentu do poruszania wyobraźni nie należy ograniczać pojęciem 'horror' i dać mu szansę, nawet jeśli podchodzimy sceptycznie do takich dzieł jak Carrie czy Lśnienie. Mroczna Wieża to definicja Kinga najlepszego, w odsłonie nieznanej, zupełnie nowej, poruszającej.

piątek, 25 września 2015

Gdzie byłam kiedy mnie nie było? Co dalej? Krótki, nieogarnięty vlog informacyjny.

Jak niektórzy z was się zorientowali, od jakiegoś czasu na moim blogu można było słyszeć ciszę i świerszczyka w tle. Ostatnie miesiące były bardzo intensywne i oczywiście, z moich planów vlogowo-blogowo niewiele wyszło. Jednak nadeszła jesień i okazało się (nareszcie), że mam trochę czasu na swoją własną, prywatną pasję.. którą koniec końców dzielę z wami. Niech będzie.. nie będę samolubna..

Nie mogę się doczekać kiedy dopadnę i pogwałcę komentarzami wasze blogi. Do niektórych z was zaglądałam w międzyczasie, ale to nie to samo co maraton blogowy z kubkiem herbaty w dłoni:)

Do zobaczenia (usłyszenia, napisania) na dniach:)