piątek, 30 października 2015

Samantha Shannon "Zakon Mimów"

Jaki jest największy problem autorki tego bloga (czyli mnie)? Zgadniecie? W blogosferze co rusz pokazuje się książka, o której piszą wszyscy, bądź prawie wszyscy. Ja ten moment przeczekuje.. Ba! Przeczekuje czasami długie miesiące, nawet lata, i nagle, ni stąd ni zowąd, postanawiam przeczytać tą gwiazdę bookowych recenzji i coś o niej napisać. Nie wiem czy to ma większy sens, ale pisanie samo w sobie jest niezłą zabawą, więc pozwalam sobie na to czyste szaleństwo i skok adrenaliny. Dzisiaj będę skakać z "Zakonem Mimów".. cóż.. towarzystwo Shannon spodobało mi się od pierwszego tomu.


Autor: Samantha Shannon
Tytuł: Zakon Mimów
Tytuł oryginalny: The Mime Order
Wydawnictwo: SQN
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 539
Przekład: Regina Kołek

Dzisiaj niewiele będzie o fabule. To wszystko ze strachu przed tym, że może mnie niepotrzebnie ponieść i zdradzę wam więcej niż chcielibyście wiedzieć. Nawet jeśli macie potrzebę żeby wiedzieć, i tak wam nic nie powiem. Jestem okrutnym czytelnikiem, sprawcą nieszczęść.. Dobrze. Słaby żart. "Zakon Mimów" to drugi, zaraz po "Czasie Żniw", tom serii, która porwała mnie już na początku. Historia Paige (no dobrze.. Paige i Naczelnika, może nawet bardziej Naczelnika niż Paige) sprawiła, że to co najbardziej przeszkadza mi w tego typu powieściach (czytaj: wciskany na siłę romans), całkowicie mnie porwało i chciałam więcej. Czy dostałam więcej nie odpowiem. Mogę tylko dodać, że nie zawsze dostajemy to czego chcemy.. ale zdarzają się wyjątki.

Shannon to niewątpliwie autorka zdolna. Niewątpliwe jest również to, że jest autorką młodą i potrzebną. Jej styl pisania jest nienaganny. Jej wizja świata (przynajmniej w tych dwóch pierwszych tomach) zachwyca. Co więcej, jej książki mają w sobie to magiczne coś, co wyróżnia je pośród milionów podobnych historii. To rodzaj pisarki, z którą mogłabym się zaprzyjaźnić. Zrobiłabym to z chęcią i całkowicie za darmo, jeśli tylko podsyłałaby mi swoje nowe pomysły.. może dla odmiany recenzowałabym przed innymi a nie kilka miesięcy po. Oczywiście żartuję. I tak recenzowałabym po czasie.

Co mnie zachwyciło i nieco zbiło z tropu w drugiej części tej niesamowitej serii, to zwroty akcji. Spora część jest już zapewne za tą lekturą i myślę, że zrozumiecie kiedy powiem, że zakończenie po prostu zwaliło mnie z nóg. Musiałam przeczytać je pięć razy. PIĘĆ RAZY! Wszystko po to żeby uzmysłowić sobie, że to nie wytwór mojej wyobraźni i autorka naprawdę zrobiła to co zrobiła. Koniec końców, mimo strasznego czytelniczego kaca, jestem zachwycona. W końcu ktoś, kto nie boi się zafundować terapię szokową czytelnikom. Lubię kiedy pisarze bawią się swoimi oddanymi czytelnikami. Lubię kiedy podają nam na tacy coś tak wstrząsającego, że nie możecie zasnąć, bo tak jakoś wyszło, że kończycie czytać późną nocą.. Uwielbiam ten rodzaj znęcania się, bo sprawia, że ja jako czytelnik marudny, nie nudzę się. Wręcz przeciwnie. Klaszczę w dłonie jak dziecko, bo mimo, że nie zdawałam sobie sprawy, właśnie tego chciałam. Wstrząsającego zakończenia. Elementów zaskoczenia, które wywrócą moje czytelnicze życie do góry nogami.

"Zakon Mimów" to powieść zachwycająca. To powieść, którą się pochłania i czyta jednym tchem. To ten rodzaj historii gdzie coś nierealnego wydaje się być prawdziwe. Książka, która ma w zanadrzu kilka sztuczek żeby zachwycić każdego czytelnika. Autorka postarała się żebyśmy się nie zanudzili. Zaproponowała nam powieść, która jest niebanalna i sprawia, że błagamy o więcej. Ja błagam. Od wczoraj co godzinę wznoszę modły.. proszę o to, żeby część kolejna jak najszybciej trafiła w moje ręce. Nie wiem jak. Nie wiem czy to możliwe. Wiem, że potrzebuję kontynuacji tej historii, a po takim zakończeniu, brak dodatkowych kilku stron byłby przestępstwem. Dlatego z tego miejsca, z końca tej krótkiej opinii, składam wniosek o jak najszybsze wydanie części kolejnej. Nieważne czy istnieje czy nie. Jeśli nie, lepiej niech powstanie, bo stworzę grupę strajkujących. Koniec wniosku.

środa, 21 października 2015

Andrzej Sapkowski "Wiedźmin: Krew Elfów"

"Cudze chwalicie swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie".. słowa Stanisława Jachowicza to pierwsze co przyszło mi do głowy po zamknięciu pierwszej części sagi wiedźmińskiej. Powiedzenie, że pochłonęłam tą książkę byłoby wielkim niedopowiedzeniem. Stwierdzenie, że była dobra, mogłoby się okazać największym kłamstwem w moim całym czytelniczym dorobku. Pełna refleksji, po przeczytaniu tak genialnej książki polskiego autora (!!), dochodzę do wniosku, że my, Polacy, mamy naprawdę duże trudności z docenieniem naszych polskich skarbów. A saga wiedźmińska takim skarbem jest.

Autor: Andrzej Sapkowski
Tytuł: Wiedźmin: Krew elfów
Wydawnictwo: SuperNowa
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 339

Wyobraźcie sobie idealny, fantastyczny świat, w którym ludzie biesiadują z krasnoludami i elfami. Wyobraźcie sobie świat, w którym możemy spotkać istoty o jakich nawet nam się nie śniło (i których nazw nie jestem w stanie spamiętać). Andrzej Sapkowski tworzy właśnie ten magiczny, hipnotyzujący świat, w którym umieszcza niebywałe postacie. Jedna z nich, Geralt, tytułowy wiedźmin, spotyka na swojej drodze księżniczkę, uciekinierkę, ofiarę, dziecko.. Ciri. Nie jest to dla niego zaskoczenie, w końcu Ciri została mu przepowiedziana już dawno temu.. Teraz musi wziąć ją pod swoje skrzydła, nie wiedząc jeszcze, że Ciri nie jest zwyczajną ludzką dziewczynką,

Porażająca historia. Porażające tło. Porażający bohaterowie. Wszystko w tej powieści poraża, daje impuls do czytania i odczuwania. Zupełnie inaczej, zupełnie na nowo. Sposób w jaki Andrzej Sapkowski kreuje swoją powieść jest bezbłędny, genialny, zachwycający. Nieczęsto powieść, po której oczekuje się, że będzie dobra, okazuje się tak cholernie fantastyczna. Brakuje mi słów i tchu, moje palce nie nadążają za myślami, a serce bije jak szalone.. tylko dlatego, że nasz własny, prywatny, polski Sapkowski stworzył jedno z najlepszych dzieł fantastycznych w dziejach. O czym to ja...? Ach tak.. Postacie. Bohaterowie. Czarne i białe charaktery. Zakochałam się w każdym i każdej z osobna. Nie ma tu miejsca na przypadek, każda postać jest dopracowana. Każda mówi, zachowuje się w inny sposób. Mogłoby się wydawać, że każda jest taka jaka być powinna i cóż.. tak rzeczywiście jest. Nie często spotyka się bohaterów tak indywidualnych, że w jakiś, niezrozumiały sposób, tworzą synchroniczną, niezachwianą całość.

A fabuła! Co to w ogóle.. ech.. śmiałam się, obgryzałam paznokcie i byłam niewiarygodnie zadowolona. Każde słowo napisane przez autora sprawiło mi przyjemność. Każdy dialog doprowadził do reakcji emocjonalnych. Z każdą kolejną stroną papier wciągał mnie coraz bardziej.. w końcu sama nie wiedziałam w jakim świecie się znajduję, ale był to ten właściwy świat. Świat, w którym wszystko jest możliwe i niemożliwe zarazem. Czasami tak trudno znaleźć odpowiednie określenie.. tak trudno oddać wspaniałość historii. To właśnie ten rodzaj powieść. Historia, która jest tak niezaprzeczalnie fascynująca i wciągająca, że człowiek nie ma nawet sił marudzić na brak czasu, chęci, czy zmęczenie. To powieść, która nie pozwala nam spać po nocach, ale jesteśmy jej za to wdzięczny. W końcu, to książka, która po skończeniu sprawia, że chcemy aby nigdy się nie skończyła.. tak bardzo uzależnia nas od siebie.

Po dobrnięciu do ostatniej strony i odłożeniu książki na półkę (Wiedźmin ma swój własny kącik chwały w naszym domu, za sprawą mojego narzeczonego), zaczął się czas refleksji. Refleksji trudnych do przyznania przed samą sobą i trudnych do wytknięcia wam. Nam. Z Sapkowskim miałam styczność dawno, dawno temu kiedy czytałam trylogię husycką. Być może niewiele wtedy jeszcze z niej rozumiałam, ale byłam nią zachwycona. Tyle pamiętam. Saga wiedźmińska to natomiast pewnego rodzaju chluba narodowa, rodzaj książek, który każdy zna, ale mało kto czytał. Dlaczego? Takie banalne pytanie wprowadza tyle chaosu. Dlaczego tak rzadko sięgamy po polskich autorów? Dlaczego powieść lepsza niż większość powieści autorów amerykańskich/angielskich/innych jest tak bardzo niedoceniana? Niedocenienie to może nie najlepsze słowo, bo kto przeczytał ten docenia. Docenia jak diabli. Jednak mamy w sobie jakąś blokadę. Coś, co kieruje nasz wzrok na często powtarzalną literaturę amerykańską, podczas gdy nasz rodak stworzył coś tak niepowtarzalnego, że nawet czy się cieszą.

Saga wiedźmińska to mój faworyt w worku z fantastyką. Mimo, że mam jeszcze kilka części przed sobą (na szczęście!) to już teraz wiem jaki kawał literatury mam w ręce. Zdaję sobie sprawę, że nie doceniałam Sapkowskiego i za długo pozwoliłam mu czekać na jego kolej. Jestem w pełni świadoma, że moja ignorancja względem tego autora była największą głupotą i pomyłką w moim czytelniczym jestestwie, Z bólem serca przyznaję, że mój sceptycyzm brał się z księżyca. Z tego i innych powodów, mam dla was krótką radę (właściwie dwie): po pierwsze, bierzcie się za sagę wiedźmińską, po drugie, czytajcie polskich autorów. Pan Andrzej Sapkowski jest idealnym przykładem tego, jak genialni i często niedoceniani mogą być polscy pisarze. Fakt, że uważa się go za jednego z najlepszych polskich autorów to jedno.. teoretyzować a praktykować to dwie inne rzeczy. Wierzcie mi lub nie (jednak lepiej wierzcie, kto nie wierzy tego strata), ta powieść wgniata w ziemię wszystkie powiastki dystopijne, które są tak popularne w ostatnim czasie. Zmiata wszystkie popularne "dzieła" ostatnich lat. Sapkowski daje nam ten charakterystyczny smaczek, który czasami tak trudno dostać. Nie czekajcie. Nie warto. Wasze życie z Wiedźminem będzie po prostu lepsze.. a już na pewno ciekawsze.

wtorek, 13 października 2015

Anthony Doerr "Światło, którego nie widać"

Taka książka nie zdarza się często. Nie dzisiaj. Nie w tym świecie. Pomimo wielu wspaniałych powieść, coś tak przejmującego i ściskającego serce trafia się najwyżej raz na milion. Taka powieść to skarb sam w sobie. To treść, która rozbija nas na kawałki. To historia, która rozpuszcza nasze serce i nie pozwala mu się scalić. To dzieło, na którego pojawienie się warto czekać nawet 10 lat. Nawet 100.

Autor: Anthony Doerr
Tytuł: Światło, którego nie widać
Tytuł oryginalny: All The Light We Cannot See
Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 635
Przekład: Tomasz Wyżyński

Marie-Laure i Werner. Werner i Marie-Laure. Dwoje dzieci, później nastolatków, żyjących w dwóch innych światach. Światach, które są różnymi perspektywami. Światach, które są światami innymi, jednocześnie będąc tym samym światem. Każde z nich ma swoje życiowe bagaże, i chociaż nie mają za sobą zbyt wiele wspólnego, ich los się splata.. na chwilę, na moment, ale to wystarcza, żeby coś się zmieniło w życiu obojga. Marie-Laure to niewidoma dziewczyna, która od szóstego roku życia musiała nauczyć się żyć w ciemności wypełnionej kolorami. Kiedy rozpoczyna się II woja światowa, razem z ojcem musi uciekać z Paryża.. Werner to sierota. Razem z siostrą wychowuje się w sierocińcu, a kiedy nadchodzi czas wojny, znajduje się po drugiej stronie. Żyje w świecie, w którym to Hitler jest bohaterem, w którym dzieci od najmłodszych lat uczy się jak zabijać, jak nie szanować tego co obce i oddawać hołd temu co niemieckie. Jak nie być człowiekiem współczującym, jak być nieczułym potworem.

Obie postacie przechodzą przemianę w trakcie tej historii. Jednak pod koniec powieści czytelnik zdaje sobie sprawę, że to Werner jest tą postacią, która wzbudza/ wzbudzała największe emocje. To postać, której współczujemy, którą chce się przytulić i wszystko wytłumaczyć. To charakter, który zachwyca i przeraża. To ktoś, kto w prawdziwym świecie zostałby znienawidzony, za wszystko czego nie zrobił, a czego był świadkiem. To ktoś, kto urodził się w złym czasie i zdecydowanie nieodpowiednim miejscu. To chłopak, który mógł dojść do wielkich rzeczy, gdyby urodził się na drugim końcu świata. To postać jasna, mimo całej ciemnej, wojennej otoczki. To postać koniec końców dobra, mimo wojennej strony, po której się znajduje, Gdybym miała określić ich zadanie w tej powieści, Marie-Laure byłaby dobrem dobrej powieści, a Werner wstrząsem, powieści wstrząsającej.

Historia, którą serwuje nam autor to coś więcej. COŚ WIĘCEJ niż my sami możemy się spodziewać. To genialnie poprowadzona fabuła, świetny język, całość dopracowana do najmniejszego szczegółu. "Światło, którego nie widać" jest jedną z tych powieści, które stawiają poprzeczkę niesamowicie wysoko. Powieść, którą za kilkadziesiąt lat będą nazywać dziełem życia autora. Książka, która może okazać się tą "po której autor nie wydał nic równie dobrego". Mimo, że wierzę w umiejętność autora (nie muszę tego robić, mam dowód na kolanach), trudno mi uwierzyć, że jest w stanie stworzyć coś jeszcze lepszego. Bardziej świadomego. Bardziej poruszającego. Bardziej dotykającego czułe punkty. To po prostu cholernie trudne na starcie wydać powieść tak doskonałą, że trudno dosięgnąć do własnych standardów.

W tej powieści nie ma NIC, absolutnie NIC co mogłabym nazwać słabą stroną. Doskonałość. Perfekcja. Ideał. Każda kolejna strona sprawiała, że pogrążałam się coraz bardziej. Każde kolejne słowo powodowało, że nie mogłam się skupić na spaniu, czy chociażby normalnym życiu. Możecie mi wierzyć lub nie, ale po takiej lekturze trudno wrócić do normalnego życia beż żadnych uszczerbków. Beż żadnych wniosków. To powieść, która daje wiele do zrozumienia. To historia, która porusza. To ponad 600 stron czystych emocji. To tysiące słów, które udowadniają jak niewdzięczni potrafimy być. To niezliczone ilości przecinków i kropek, dające do zrozumienia, że zapominamy o wielu niesamowicie ważnych sprawach. Każdego dnia. Każdej nocy. To emocje, które już na starcie spisują nas, czytelników, ludzi na straty, za naszą niewdzięczność..

Niemal po każdej książce zastanawiam się co wniosła do mojego życia. W większości wypadków to po prostu rozrywka, bo jak wiemy, czytanie to najlepsza rozrywka na świecie.. a już na pewno najbardziej uniwersalna. Ta książka wniosła coś więcej. Udowodniła mi, ze tak naprawdę nie mogę narzekać. Nie mam prawa narzekać. Przedstawiła historię od strony zwykłych cywilów. Pokazała prawdziwą tragedię ludzką, którą znamy ze zdjęć. Opisała nie tylko historię dwójki młodych ludzi, ale też emocje. Wojenne emocje, pełne żalu i strachu. Emocje, których my tak bardzo się boimy. Ja się boję. Emocje, które przekraczają skalę. Jeżeli więc wahacie się czy sięgnąć po tą powieść czy warto, odpowiedź jest banalnie prosta..

TAK, WARTO.
TERAZ.
JUŻ.

piątek, 2 października 2015

Tak magicznie tu jeszcze nie było... Maggie Stiefvater "Król Kruków"

Zdarza się, ze książki wobec, których nie budujemy żadnych oczekiwań, okazują się tym najlepszymi, najbardziej magicznymi. Maggie Stiefvater kupiła mnie już na samym początku powieści, a właściwie kupili mnie wydawcy, jedną z najpiękniejszych opraw jakie widziałam. Jednak koniec końców to nie okładka świadczy o książce a jej wnętrze, więc teraz odwracam wzrok od tego małego cuda i skupiam się na rzeczach istotnych.. treści.

Autor: Maggie Stiefvater
Tytuł: Król Kruków
Tytuł oryginalny: The Raven Boys
Wydawnictwo: Foksal
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 487
Przekład: Małgorzata Kafel

Postarajcie sobie wyobrazić, że żyjecie w domu, który po brzegi wypełniony jest magią. Właściwie ludźmi, którzy pracują w zawodzie związanym z magią, ale to już coś. Pomyślcie przez chwilę jak to jest żyć wśród osób, które wiedzą, przeczuwają, czują co się może wydarzyć. Nie wspominając już o niemożliwości kłamstwa. Wyobraźcie sobie waszą matkę, która zajmuje się wróżbiarstwem, i jej przyjaciółki, kuzynki, siostry, które są jasnowidzami i nośnikami magii, chociaż bez skrzydełek. Zamknijcie teraz te wszystkie elementy w waszym domu. Już? No dobrze. Teraz odetchnijcie. To nie wasze życie, to własność Blue.

Teraz jeszcze jedna wizualizacja. Troszkę przyjemniejsza. Pomyślcie o tym jakby to było gdybyście byli bogatym nastolatkiem. Właściwie nastolatkiem z naprawdę bogatymi rodzicami. Wyobraźcie sobie, że chodzicie do prywatnej szkoły dla chłopców/dziewczyn. Ba! Jesteście najsławniejszą osobą w szkole, nie mówiąc już o tej całej adoracji i grupach fanów, chłopców/dziewczyn, którzy chcieli by być ja wy. Pomyślcie, że czegoś naprawdę mocno pragniecie, ale jest to w pewnym sensie poza waszym zasięgiem. Wyobraźcie sobie, że ciężko nad czymś pracujecie. Szukacie, chociaż nie wiecie gdzie szukać i co znajdziecie. Zapomniałabym! Dodajcie do tego jeszcze fakt, że macie zupełnie inne spojrzenie na życie niż wasza bogata rodzina, bo wy się zmieniliście, oni nie. To znowu nie wy. Uff.. to tylko Gansey.

Blue niemal od dziecka wie, że jej pocałunek zabije chłopaka, którego pokocha. I nie ma to nic wspólnego z supermocami, takie jest po prostu jej przeznaczenie, jeśli wierząc milionom wróżek, które przepowiadały jej przyszłość. W pewnym momencie jej losy splatają się z losami trzech chłopców, którzy uczęszczają do elitarnego liceum dla chłopców. Gansay, Ronan i Adam, niemal z manią wariata, poszukują zaginionego króla Glendowera, który rzekomo został pochowany na liniach mocy. Linie mocy z kolei to cudo, którego ja sama pojąć nie mogę. Skupisko niesamowitej energii, na której dzieją się niezrozumiałe, magiczne rzeczy. Kiedy drogi tej czwórki się schodzą, nie można się spodziewać niczego innego jak powieści po brzegi wypełnionej magią.

Magia. Dla każdego to słowo pewnie kojarzy się inaczej. Kiedy sięgałam po tą książkę, sądziłam, że będzie to najbardziej fantastyczna fantastyka ze wszystkich fantastyk. Tymczasem dostałam powieść o magii, ale tej przyziemnej, bez elfów, smrodków, krasnoludów i całej reszty kreatur niewytłumaczalnych. Autorka serwuje nam historię, w której nadzwyczajność jest zjawiskiem typowym, przynajmniej dla głównych bohaterów. Pani Stiefvater porwała mnie, zauroczyła swoją wizją tego co magiczne i niepowtarzalne. Pokazała, że książka nie musi zawierać elementów często spotykanych w powieściach fantastyczno-magicznych, żeby zaskakiwać i serwować nam odloty do innego świata, który jest tylko przykrywką dla naszego życia. Magia według Stiefvater to zjawisko, które możemy spotkać na ulicy za rogiem, nie zdając sobie z tego sprawy. To część naszego teoretycznie zwyczajnego świata, który nie do końca jest taki jakim możemy go sobie wyobrażać. To pierwszy powód, dla którego pokochałam tą sagę.. nowa, stara, zapomniana odsłona tego co magiczne.

Drugi element to po raz kolejny niepowtarzalność. Nie muszę chyba mówić jak niesamowicie jestem podekscytowana tym, że w ostatnim czasie czytam książki niepowtarzalne, wyjątkowe. Wyliczankę zacznę od niepowtarzalnych bohaterów, z których każdy jest inny. Blue- dziewczyna, która jest rozsądną córką matki wróżki, z nutką buntu w tle, Gansay- człowiek niewiadoma, poszukiwacz, marzyciel, zarozumiale kochany, Adam- chłopak o stu obliczach, tak naprawdę nie rozgryzłam go i nie wiem co myśleć, oraz Ronan- buntownik, chuligan jakich mało, chyba byśmy się polubili. Nie wspomnę o niesamowicie wykreowanym czarnym charakterze, którego poznacie jak tylko sięgniecie po tą książkę (a co! taka wredna jestem). Następnie genialna fabuła, czyli wykreowana tak, żeby się nie ciągnęło, wciągało i zaskakiwało. Odhaczone. I najważniejsze! Wątek miłosny nie przyćmił historii, za co kłaniam się i całuję buty autorce. Myślę, że niektórzy mogliby się od niej uczyć tej zapomnianej sztuki.

Maggie Stiefvater zabrała mnie w podróż do miejsca, które uwielbiam odwiedzać. Pokazała mi, że opowieść o nastolatkach (być może i dla nastolatków), może zachwycać, powodować uśmiech na twarzy i rozkochiwać w sobie. Autorka bezbłędnie zinterpretowała moje potrzeby, chociaż stawiam (kto wie), że nigdy o mnie nie słyszała. Przypuszczam więc, że to dziwna telepatia potrzeb czytelniczych. Z każdą kolejną stroną czułam przypływ radości i dumy, która rozpiera mnie do teraz kiedy widzę to maleństwo na swojej półce. To książka, którą kiedyś polecę moim dzieciom, a później ich dzieciom i może dzieciom moich wnuków.. jak dożyję. To książka, która (jestem tego pewna) będzie równie magiczna za sto lat i może wtedy wróci w chwale. Pożyjemy, zobaczymy.. tymczasem wyganiam was do lektury, bo po prostu warto.