poniedziałek, 16 listopada 2015

Pierce Brown "Red Rising: Złoty Syn" (PRZEDPREMIEROWO)

Może kogoś tym zaskoczę, a może nie, jednak na wynalazku zwanym Instagramem obserwuję aż dwóch autorów. Jednym z nich, oczywiście, jest Stephen King.. a raczej ludzie stojący za jego PR, ale to nieistotne. Drugim jest młody autor, który już za pierwszym podejściem skradł moje skamieniałe serce, o czym mogliście czytać tutaj, i jak wiecie, bardziej niż jego wygląd zaimponował mi jego przebiegły umysł... bo Pierce Brown to straszny skurczybyk, który drugą częścią swojej trylogii postanowił doprowadzić mnie na skraj załamania nerwowego.

Autor: Pierce Brown
Tytuł: Red Rising: Złoty Syn
Seria: Red Rising (tom II)
Tytuł oryginalny: Red Rising: Golden Son
Wydawnictwo: Drageus Publishing House
Data wydania: 19 listopada 2015
Przekład: Małgorzata Koczańska

Red Rising to historia o świecie, w którym rządzi silniejszy kolor, ponieważ ludzie dzielą się na kolory, z których każdy ma swoje miejsce w hierarchii. Najwyżej znajdują się Złoci i tak naprawdę to oni wszystkim rządzą, to im podporządkowują się inne kolory i to z nimi trzeba się liczyć.. TRZEBA się ich bać. Jest jednak organizacja, która zbiera siły żeby wyrazić swój sprzeciw.. w pierwszej części Synowie Aresa zwerbowali naszego głównego bohatera, Darrowa, tuż po jego fikcyjnej śmierci. Zmienili człowieka klasyfikowanego jako Czerwonego (sam dół w hierarchii), w Złotego, który szuka zemsty za śmierć jego żony, ale ma też inny cel. Chce uwolnić Czerwonych.. chce dać swobodę innym kolorom. Co najważniejsze, chce żyć w świecie, w którym wszyscy będą równi, bezpieczni, szczęśliwi..

Drugi tom trylogii Red Rising to genialnie poprowadzona historia z pierwszej części cyklu. To ten rodzaj kontynuacji serii, której Brownowi może pozazdrościć niejeden autor. Jeżeli dodamy do tego fakt, że to jego debiutanckie dzieła, nie pozostaje nic innego jak wysłać pożegnalne kartki innym autorom powieści dystopijnych, choć to typowa dystopia nie jest i chwała przebiegłemu pisarzowi za to! O tyle, o ile w pierwszej części nasz główny bohater zmagał się sam ze sobą, z duszą, która pragnęła zemsty za niesprawiedliwą i okrutną śmierć ukochanej kobiety, to druga część skupia się na walce o śmierć i życie. Darrow zmaga się tu z wieloma przeciwnościami losu, ponieważ nasz bezwstydny i bezwzględny autor nie boi się uśmiercić kilku znaczących postaci.. jak kiedyś już wspominałam, zabija szybciej niż Martin, a tu przeszedł chyba sam siebie..

Pierce Brown to król oryginalności pośród utartych schematów. Jego historia ma w sobie tą moc, której często brakuje innym powieścią fantastycznym dzisiejszych czasów. Mimo dużej popularności powieści dystopijnych, czasami trudno dostać coś co naprawdę zwala z nóg. Powieść, która będzie miała charakter i charyzmę. Historię, która nie tylko będzie lekiem na czytelnicze rany, ale spowoduje kolejne podłe choroby. Brown daje nam właśnie kolejną czytelniczą chorobę, spowodowaną chęcią czytania kontynuacji bez zbędnych przystanków. Dodatkowo kończy naszą podróż z rozmachem, nie boi się stworzyć zakończenia, które przeraża i fascynuje. Po przeczytaniu ostatnich kilku zdań rzuciłam książką o ścianę klnąc na autora. Zaparłam się, że nigdy więcej nie przeczytam ani jednego słowa spod jego pióra po tym jak brutalnie mnie potraktował.. pięć minut później siedziałam i płakałam, wyrywałam włosy z głowy bujając się jak opętana (miejcie na uwadze, że nieco koloryzuję ten opis, nie jestem taką wariatką), ponieważ tak bardzo chcę, tak bardzo MUSZĘ, dorwać kolejną część, której cóż.. jeszcze nie ma i moje serce odczuwa pustkę..

Warte zaznaczenia jest to, że Pierce Brown jest zdecydowanie autorem niebanalnym a Red Rising (który z książki na książkę jest coraz lepszy) jest na to idealnym dowodem. W życiu nie czytałam książki, w której byłoby tyle zwrotów akcji niepowodujących chaosu w powieści. Tutaj nic nie jest do przewidzenia. Autor nie pozwala nam nawet nad tym pomyśleć, bo po chwili nasze wszelkie oczekiwania i przewidywania rozpraszają się jak piach na wietrze. To nie jest powieść dla ludzi o słabych nerwach. Red Rising: Złoty Syn to ten rodzaj historii, do której trzeba podejść z czystym umysłem i bez żadnych pomysłów na dzieło trzymane w rękach, bo autor nie pozwala na wtrącenia ze strony czytelnika. Jest bezczelny, robi tu rzeczy jakich nie zrobiłby niemal nikt w czytelniczym świecie, i jest to jego największa zaleta. Uwielbiam odważnych autorów, którzy nie idą na łatwiznę. Takich, dla których dobrze skończona praca jest ważniejsza niż komfort czytelników. Co prawda, nie wiem czy pozbieram się po zakończeniu jakie mi zaserwował, i będę je przezywać do końca tej recenzji, albo nawet dłużej, ale czy warto było? Odpowiedź jest prosta; warto, warto jak cholera.

Pod koniec chciałabym jeszcze dodać, że w ostatnim czasie, poza Andrzejem Sapkowskim, nikt nie zaserwował mi takiego bólu głowy. Ten młody autor to postać obiecująca, to pisarz, który dał mi nadzieję i wiarę, że jednak ktoś jeszcze potrafi pisać z jajami (wybaczcie mi to słownictwo). To człowiek, któremu wielu bardziej popularnych pisarzy i pisarek może lizać buty, ale nie będę wymieniać po nazwiskach. Nie będę wam pisać ile stracicie jeżeli nie dacie mu szansy.. jednak wiedzcie, że będzie to naprawdę duży błąd. Ja dałam mu szansę kilka miesięcy temu.. i zarówno wtedy, jak i teraz mnie nie zawiódł. Więc niech tak będzie.


Recenzja powstała za sprawą współpracy z wydawnictwem Drageus, któremu bardzo dziękuję za tą niesamowitą przygodę. Jednak chciałabym zaznaczyć, że recenzja nie jest zależna od tego czy dostałam książkę, czy sama ją kupiłam.. Gdyby mi się nie spodobało, na pewno bym wam o tym powiedziała. Znacie mnie. A teraz wynocha do czytania. Co tu jeszcze robicie?:)





czwartek, 12 listopada 2015

Stephen King "Ręka mistrza"

Stephen King, Stephen King.. kim byłabym bez niego? Śmiem twierdzić, że moje spotkanie z tym autorem kilka lat temu zaważyło na tym kim jestem dzisiaj jako czytelnik i jak doszłam do tego, że chcę pisać o książkach. Wygląda więc na to, że King jest odpowiedzialny za wszystkie wypociny, które pojawiają się na tym blogu, w związku z czym wszystkie zażalenia wysyłajcie do niego;) dzisiaj za karę, w ramach miesiąca ze Stephenem Kingiem, znowu wezmę na tapetę książkę autora mojego życia, i nie zostawię na nim suchej nitki. Jak szaleć, to szaleć. 

Autor: Stephen King
Tytuł: Ręka mistrza
Tytuł oryginalny: Duma Key
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 638
Przekład: Michał Juszkiewicz

Egdar Freemantle osiągnął w życiu wiele. Ma wspaniałą rodzinę, jego żona go kocha, w dodatku jest szefem firmy budowlanej, która jest warta grube miliony. Pewnego dnia zostaje zgnieciony w swoim samochodzie, w związku z czym traci prawą rękę. To jednak nie wszystko, jego powypadkowe problemy psychiczne sprawiają, że opuszcza go żona i zostaje sam.. w końcu chcąc zacząć od nowa trafia na tajemniczą wyspę, wynajmuje tam dom i zaczyna malować.. oczywiście nie zdaje sobie sprawy, że wyspa skrywa w sobie mrok i cały opis jest bardzo uproszczoną wersją powieści, ale bez spoilerów.. bez spoilerów..

Stephen King nie po raz pierwszy udowadnia mi, że to do czego najtrudniej mi się zabrać, okazuje się najlepsze. Ta mała cegłówka pośród jego największych tomiszczy zdecydowanie pokazała, że jeśli coś nie przekonuje mnie przez pierwszych pięćdziesiąt stron, w końcu uderzy we mnie z zabójczą perswazją. Co mogę powiedzieć? Jak mam się tłumaczyć? Pan King nie po raz pierwszy zwalił mnie z nóg i przypomniał dlaczego to jemu jestem w stanie tworzyć autorskie ołtarzyki. Historia jaką tu tworzy jest bardzo w jego stylu, mimo, że spodziewałam się trochę bardziej Mastertonowego klimatu. Jednak warto pamiętać, że najlepszy King, to kingowy King. Z tymi wszystkimi przedłużeniami, powolnym wprowadzaniem w akcje i wielkim BUM na końcu. To King, który zachwyca nie tylko swoim kunsztem, ale też sposobem pogrywania z czytelnikami. To King, który bezczelnie udowadnia, że jest w diabelsko dobrej formie, mimo wielu lat pracy i starczego przemęczenia, którego niektórzy próbują się u niego doszukać. Bez skutków.

Chcecie więcej? W "Ręce Mistrza" autor udowadnia, że mistrz grozy jest tylko jeden, i mimo, że miał za sobą niesamowicie utalentowanych poprzedników, to koniec końców, żaden z nich nie osiągnął tyle co on. W dzisiejszych czasach nie każdy kocha Kinga. Kiedyś też tak było. Będzie tak w przyszłości. Jest jednak wielu czytelników, którzy popierają mnie w stu procentach, a nawet takich, którzy z niechęcią, ale przyznają, że King wielkim autorem jest. Autorem wielkim właśnie ze względu na swoje niepowtarzalne historie, takie jak "Ręka mistrza". Poza tym, i będę to powtarzać raz po raz, nie spotkałam jeszcze autora, który posługiwałby się językiem tak jak King. O Rany! Czytając tą powieść miałam dreszcze na całym ciele, bo to co on wyprawia w tej książce (i nie tylko w niej) powinno być karane. Człowieka słowa pisanego łatwo poznać po tym jak pisze, a po tej lekturze jestem w stanie zacięcie bronić Kinga jak jednego z najbardziej utalentowanych pisarzy wszechczasów. Wszechczasów.

Nie będę kłamać, że jest to łatwa lektura. Nie jest. Czytałam ją 6 dni, co dla mnie jest naprawdę długim czasem jeśli chodzi o czytanie. Wielokrotnie słyszałam, że King jest autorem popkulturowym, masowym, takim, który nic nie wnosi.. jedyne z czym mogę się zgodzić to to, że naprawdę jest autorem masowym.. masa ludzi go czyta i uwielbia. "Ręka mistrza" dała mi to czego od książki oczekuję: genialną historię, mistrzowsko wykreowanych bohaterów i niepowtarzalną fabułę. Tak.. King i jego ręka są niepowtarzalni. Czy ta lektura coś wnosi? Zapytajcie czytelników na całym świecie, dlaczego czytają Kinga? Co im daje? Tymczasem odpowiem za siebie. To emocje są jego mocną stroną. To jego styl, jego język, jego niezaprzeczalna pewność pióra i otwarty umysł. Tak.. kocham Kinga. Zostawię was z tymi kilkoma zdaniami nieprowadzącymi donikąd. Chociaż nie.. przeczytajcie tą książkę i delektujcie się nią. Macie na to czas.

niedziela, 8 listopada 2015

Cassandra Clare "Mechaniczny anioł"

Nie sądzę, że Cassandre Clare trzeba komukolwiek przedstawiać. Po raz kolejny jestem jedną z niewielu osób, które dopiero po naprawdę długim czasie zapoznają się z twórczością autorki, która z hukiem została wprowadzona na rynek wydawniczy. Na moje (i innych niedobitków) szczęście, książki nie mają daty przydatności. Uff.. nawet nie wiecie jaką ulgę odczuwam. Inna sprawa, że czasami trudno je dostać (o ile w ogóle), na szczęście i w tym wypadku nie ma większych problemów. Być może dlatego, że Clare to swojego rodzaju fenomen literatury współczesnej, guru amerykańskiego booktuba i naprawdę przesympatyczna pisarka. 


Autor: Cassamdra Clare
Tytuł: Mechaniczny Anioł
Seria: Diabelskie Maszyny (tom I)
Tytuł oryginalny: The Clockwork Angel
Wydawnictwo: MAG
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 467
Przekład: Anna Reszka

"Mechaniczny Anioł" to pierwszy tom trylogii Diabelskie Maszyny, w którym poznajemy historię Tess, niezwykłej dziewczyny potrafiącej zmieniać się w inne osoby. Jednak to tylko część historii. Tess nie ma pojęcia kim jest. Kiedy umiera jej ciotka, dziewczyna zostaje ściągnięta z Nowego Jorku do Londynu przez swojego starszego brata. Jednak na miejscu odbierają ją dwie kobiety, które w rzeczywistości porywają ją i przetrzymują w ich domu, jednocześnie wymuszając na niej użycie swojego talentu, o którym nie ma pojęcia.. Zostaje uratowana przez przypadek, przez osobę, która nie ma pojęcia kim jest dziewczyna. Ten przypadek ma na imię Will i jest nocnym łowcą.

Zacznijmy od postaci, bo to one poruszyły mnie w tej książce najbardziej. I o ile postacie kobiece trochę mnie irytowały, o tyle męskie charaktery całkowicie i bezsprzecznie porwały moje serce. Na pierwsze miejsce zdecydowanie i bez zbędnych ceregieli wybił się Will, który (jestem tego pewna) skradł po drodze wiele czytelniczych serc. To ten rodzaj bohatera płci męskiej, który nie jest typem zniewieściałego wyobrażenia kobiet. Will to postać męska z charakterem, często denerwująca i niezrozumiała, ale nie da się go nie kochać. Nawet ja, osoba, który rzadko kiedy daje się wciągnąć w miłość do bohaterów książek, tym razem uległam całkowicie. Postacie Clare są zabawne i zadziorne, mają ten pazurek, którego czasami brakuje w powieściach innych autorów. Poza tym, ich dialogi, tak bardzo złośliwe i ludzkie, stały się jedną z moich ulubionych części tej książki.

Cała akcja rozgrywa się w Wielkiej Brytanii, ale znowu, w Wielkiej Brytanii jakiej my nie znamy. Chociaż.. może ktoś z was widuje na co dzień wilkołaki, wampiry i inne niewytłumaczalne istoty niebędące ludźmi, mi się nie zdarza. Niestety. W każdym razie Clare ma dla nas porcję historii, która kręci się wokół tego co dla zwykłego śmiertelnika (jak ja) jest niewidoczne. A pamiętajmy, że to co dla nas niewidoczne, pociąga nas najbardziej. Tym razem nie było inaczej. Pani Clare sprawiła, że jej magiczną powieść czyta się na jednym wydechu. Nie wiem co dokładnie ma w sobie ta autorka, ale jej historia, mimo pewnej powtarzalności w kulturze masowej, ma w sobie coś świeżego i niepowtarzalnego. Być może to tylko złudzenie. Być może to tylko najstarsza na świecie niepisana reguła mówiąca, że jak dasz czytelnikowi wampira, to cię pokocha. Nie mam pojęcia co ma w sobie Clare i jej powieści.. Wiem natomiast, że moje życzenie się spełniło i dałam się porwać.

Co spodobało mi się najbardziej to to, że jakieś tam rozgrywki na tle romantycznym nie przyćmiły historii. Takie rzeczy w dzisiejszych czasach (i po-wsze-czasach) zdarzają się nader często, co sprawia, że więcej mamy literatury kobiecej niż typowo męskiej. Nie twierdzę też, że każdy twardziel zakocha się w powieści Clare. O nie. My kobiety mamy Willa, jesteśmy więc na wygranej pozycji a oni mają co najwyżej Tess, więc,, Bezsprzecznie jesteśmy w lepszym położeniu, ale to jedna z niewielu książek, która mogłaby spodobać się szerszej widowni męskiej. Tak tylko wspominam.. Poza tym styl pisania autorki jest lekki, czyta się ją z zawrotną szybkością, do tego stopnia, ze po skończeniu możemy sobie zadać pytanie "czy to już?". I mimo, że nie jest to najlepsza na świecie książka jaką dane mi było czytać, mimo, że Clare tak do końca Ameryki nie odkryła i rzuca nam pod nogi starą jak świat zagrywkę walki pomiędzy mrocznymi i mroczniejszymi, a ludzie znowu są po prostu niańczeni, to przyznam z ręką na sercu, że mi się spodobało. Spodobało do tego stopnia, że jestem gotowa wydać pieniądze na kolejne książki, serie, i pochłonąć je w jeden dzień. Tak właśnie działa Clare. Zachwyca, chociaż trudno zdefiniować czym.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Stephen King "Wielki Marsz"

Na początek mojego miesiąca z Kingiem mam dla was (i dla siebie) powieść, która wyglądała na niepozorną, a wcale taka niepozorna nie była. Poza tym to pierwsza pozycja Kinga pisana pod pseudonimem, którą miałam okazję czytać.. cóż, nie da się ukryć, że dało się tu i ówdzie wyczuć mistrza grozy. Poza tym, sama historia to świetny przykład tego, na co chyba tylko Mr. Stephen mógł wpaść. 


Autor: Stephen King
Tytuł: Wielki Marsz
Tytuł oryginalny: The Long Walk
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 264
Przekład: Paweł Korombel

"Wielki Marsz" to opowieść o stu chłopcach, którzy postanowili popełnić grupowe samobójstwo. Może nie do końca w tej kolejności, ale wszyscy świadomie postanowili wziąć udział w corocznym Wielkim Marszu, z którego przeżyć ma prawo tylko jeden. Reszta, jeden po drugim, umierają z wycieńczenia, choroby, lub (co zdarza się najczęściej) od kuli z żołnierskiego pistoletu. Wielki Marsz to nie tylko głupota. To także tradycja, która sprawia, że chętni czują się wyróżnieni, kiedy zostają wybrani. Każdy ma możliwość rezygnacji (przed startem oczywiście), jednak nikt tego nie robi. Nikt tak naprawdę nie zdaje sobie sprawy czym ten marsz jest, mimo, że wszyscy patrzą. Wszyscy widzą.

"Wielki Marsz" to powieść wstrząsająca z kilku powodów. Po pierwsze, sama idea tego absurdalnego maratonu jest tak rzeczywista, że wstrząsa. Nie ma tu nic magicznego. Nie pojawiają się potwory z innego świata. Nikt nikogo nie zjada. Mimo braku tych elementów, jest to powieść, która może zostawić piętno, ponieważ dotyka czułe miejsca ludzkiej psychiki. Po drugie, King bez żadnych oporów zabija postać za postacią z wprawią lepszą niż Martin. Każdy kolejny bohater tej powieści, a właściwie jego śmierć, sprawia, że nasuwają nam się refleksje i zaczynamy być wściekli na ludzi, którzy na to pozwalają. W trakcie lektury nie ma znaczenia, że nie jest to świat rzeczywisty. Nie ma również znaczenia, że coś takiego NIE MA PRAWA mieć miejsca bytu w normalnym społeczeństwie. Jedyne co się liczy w trakcie czytania tej powieści, to to, że mamy ochotę się sprzeciwić, ale nie możemy. W końcu, King pozostawia nas w niewiedzy. Zakończenie, przynajmniej dla mnie, jest tak nieoczywiste, że nie daje mi spokoju. Postawię wszystkie moje pieniądze na to, że jest to zabieg celowy. King uwielbia bawić się czytelnikami.

Zdecydowanie najmocniejszym elementem tej historii jest metamorfoza jaka zachodzi w uczestnikach Marszu. Nie mam tu na myśli zmiany fizycznej, chociaż nie trudno wyobrazić sobie jak wygląda młody chłopak, który przeszedł kilka dni bez żadnej przerwy, mając niewiele do jedzenia. W tym wypadku główną i najbardziej znaczącą przemiana jest ta psychiczna. Widzimy jak stopniowo zmienia się podejście uczestników do Marszu. Widzimy jak ich podziw dla majora (głównego sprawcy tej pomyłki) zmienia się w nienawiść i niezrozumienie. Możemy również zaobserwować jak zmienia się ich podejście do żyć, których już nigdy nie odzyskają, ponieważ sami spisali je na straty. Niektórzy popadają w szaleństwo i my, bierni czytelnicy, możemy to szaleństwo niemal poczuć. Niektórzy się załamują i siadają, wiedząc, że to nie tylko koniec marszu, ale koniec ich życia. Każdy boryka się sam ze sobą, stara się nie poddać, ale wiedzą, że wygrać może tylko jeden.

Stephen King stworzył coś z niczego. Prosty pomysł, w którym chłopcy idą, zamienił się w niebanalną, poruszającą powieść. Niewielu jest autorów, którzy z chodzenia potrafią zrobić książkę, w dodatku książkę wciągającą. Kingowi się to udało. Co więcej, Mistrz po raz kolejny udowodnił mi, że jego wyobraźnia nie ma granic. Zaskoczył mnie raz jeszcze i zaserwował historię, której się nie spodziewałam. Być może to jest jego największy atut. King, jak niewielu innych, potrafi sypać pomysłami z rękawa. Niebanalnymi, fascynującymi pomysłami. Jedyne co mogę dla niego zrobić to modlić się, żeby jego wyobraźnia nie popchnęła go na skraj szaleństwa i żeby zaskoczył mnie jeszcze kilka razy. Jednak teraz jestem w stu procentach pewna, że King pracuje na pełnych obrotach i ma się świetnie. I chwała mu za to.

niedziela, 1 listopada 2015

Podsumowanie miesiąca: stos, październikowy Wrap-up i listopadowy TBR (blog&vlog), + akcja listopadowa

To pierwsze w już prawie rocznej historii bloga podsumowanie miesiąca. Jak to się mówi? Kiedyś musi być ten pierwszy raz, a okazja jest niemała. W ciągu ostatnich miesięcy ciążyła na mnie klątwa pięciu książek miesięcznie, a tu proszę.. piękna ósemeczka. Być może to jest jest szczyt formy, ale dobry początek i przełamanie reguły;)

Poza tym, mówię to z bólem serca, rozleniwiłam się strasznie i nie wszystkie książki były recenzowane na blogu. Co prawda, każda recenzja znalazła się na vlogu, ale to bezczelne z mojej strony i ten miesiąc będzie miesiącem bez wymówek. Pisanie to moja pasja, a pisanie o książkach jest czystą przyjemnością, której nie mam zamiaru sobie odmawiać:) 

Zacznijmy od moich zdobyczy, dobrze? Ostatnio się rozszalałam, ale książek nie mam zamiaru sobie odmawiać:) są jak dzieci, których nie mam. Jeszcze. Wszystkie są zakupem własnym.



Od lewej:
"Restart" Amy Tintera, Wydawnictwo MAG (z EPIKBOX'a)
"Harry Potter i kamień filozoficzny" J.K. Rowling, Media Rodzinna
"Mroczna Wieża IV: Czarnoksiężnik i Kryształ" Stephen King, Wydawnictwo Albatros
"Mroczna Wieża V: Wilki z Calla" Stephen King, Wydawnictwo Albatros
"All-new X-Men: Wczorajsi X-Men" B.M.Bendis, S.Immonen, Egmont (komiks)
"New Avengers: Wszystko umiera" J.Hickman, S. Epting, Egmont (komiks)

Od dołu:
"Kroniki Amberu" Roger Zelazny, Wydawnictwo Zysk i S-ka
"Mechaniczny Anioł" Cassandra Clare, Wydawnictwo MAG
"Drażliwe tematy" Neil Gaiman, Wydawnictwo MAG
"Miasto cieni" Ransom Riggs, Media Rodzinna
"Zimowa Opowieść" Mark Helprin, Wydawnictwo Otwarte
"Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety" Mark Helprin, Wydawnictwo Otwarte
"Portret Doriana Graya" Oscar Wilde, Wydawnictwo Zysk i S-ka
"Rozpacz" Vladimir Nabokov, Wydawnictwo Muza

Wrap-up & TBR
(po lewej przeczytane, po prawej plany listopadowe)


Wrap-up (od dołu)
"Zakon Mimów" Samantha Shannon, wydawnictwo SQN
"Król Kruków" Maggie Stiefvater, Wydawnictwo Foksal
"Lek na śmierć" James Dashner, Wydawnictwo Papierowy Księżyc
"Światło, którego nie widać" Anthony Doerr, Wydawnictwo Czarna Owca
"Oddam Ci Słońce" Jandy Nelson, Wydawnictwo Otwarte
"Wielki Marsz" Stephen King, Prószyński i S-ka
"Rozpacz" Vladimir Nabokov, Wydawnictwo Muza
"Wiedźmin: Krew elfów" Andrzej Sapkowski, Wydawnictwo SuperNowa
"Avengers: Świat Avengers" J. Hickman, J. Opena, A.Kubert, Egmont (komiks)
"Sherlock Holmes i wampiry Londynu tom I" S.Cordurie, V.Krstic-Laci, Egmont (komiks)
"Sherlock Holmes i wampiry Londynu tom II" S.Cordurie, V.Krstic-Laci, Egmont (komiks)

TBR (od dołu)
"Kosogłos" Suzanne Collins, Media Rodzinna
"Uwięziona w Bursztynie" Diana Gabaldon, Świat Książki
"Misery" Stephen King, Prószyński i S-ka
"Doktor Sen" Stephen King, Prószyński i S-ka
"Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety" Mark Helprin, Wydawnictwo Otwarte
"Mechaniczny Anioł" Cassandra Clare, Wydawnictwo MAG
"Harry Potter i kamień filozoficzny" J.K.Rowling, Media Rodzinna

Uwaga, Uwaga!

Nie byłabym sobą gdybym o czymś nie zapomniała, ale ten film wszystko wam wyjaśni i mam nadzieję, że weźmiecie udział w akcji i konkursie:)


Jak wam poszło czytanie w październiku?
Co planujecie czytać w listopadzie?
Skusicie się na Kinga?;)
Dajcie znać na dole:)