poniedziałek, 2 listopada 2015

Stephen King "Wielki Marsz"

Na początek mojego miesiąca z Kingiem mam dla was (i dla siebie) powieść, która wyglądała na niepozorną, a wcale taka niepozorna nie była. Poza tym to pierwsza pozycja Kinga pisana pod pseudonimem, którą miałam okazję czytać.. cóż, nie da się ukryć, że dało się tu i ówdzie wyczuć mistrza grozy. Poza tym, sama historia to świetny przykład tego, na co chyba tylko Mr. Stephen mógł wpaść. 


Autor: Stephen King
Tytuł: Wielki Marsz
Tytuł oryginalny: The Long Walk
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 264
Przekład: Paweł Korombel

"Wielki Marsz" to opowieść o stu chłopcach, którzy postanowili popełnić grupowe samobójstwo. Może nie do końca w tej kolejności, ale wszyscy świadomie postanowili wziąć udział w corocznym Wielkim Marszu, z którego przeżyć ma prawo tylko jeden. Reszta, jeden po drugim, umierają z wycieńczenia, choroby, lub (co zdarza się najczęściej) od kuli z żołnierskiego pistoletu. Wielki Marsz to nie tylko głupota. To także tradycja, która sprawia, że chętni czują się wyróżnieni, kiedy zostają wybrani. Każdy ma możliwość rezygnacji (przed startem oczywiście), jednak nikt tego nie robi. Nikt tak naprawdę nie zdaje sobie sprawy czym ten marsz jest, mimo, że wszyscy patrzą. Wszyscy widzą.

"Wielki Marsz" to powieść wstrząsająca z kilku powodów. Po pierwsze, sama idea tego absurdalnego maratonu jest tak rzeczywista, że wstrząsa. Nie ma tu nic magicznego. Nie pojawiają się potwory z innego świata. Nikt nikogo nie zjada. Mimo braku tych elementów, jest to powieść, która może zostawić piętno, ponieważ dotyka czułe miejsca ludzkiej psychiki. Po drugie, King bez żadnych oporów zabija postać za postacią z wprawią lepszą niż Martin. Każdy kolejny bohater tej powieści, a właściwie jego śmierć, sprawia, że nasuwają nam się refleksje i zaczynamy być wściekli na ludzi, którzy na to pozwalają. W trakcie lektury nie ma znaczenia, że nie jest to świat rzeczywisty. Nie ma również znaczenia, że coś takiego NIE MA PRAWA mieć miejsca bytu w normalnym społeczeństwie. Jedyne co się liczy w trakcie czytania tej powieści, to to, że mamy ochotę się sprzeciwić, ale nie możemy. W końcu, King pozostawia nas w niewiedzy. Zakończenie, przynajmniej dla mnie, jest tak nieoczywiste, że nie daje mi spokoju. Postawię wszystkie moje pieniądze na to, że jest to zabieg celowy. King uwielbia bawić się czytelnikami.

Zdecydowanie najmocniejszym elementem tej historii jest metamorfoza jaka zachodzi w uczestnikach Marszu. Nie mam tu na myśli zmiany fizycznej, chociaż nie trudno wyobrazić sobie jak wygląda młody chłopak, który przeszedł kilka dni bez żadnej przerwy, mając niewiele do jedzenia. W tym wypadku główną i najbardziej znaczącą przemiana jest ta psychiczna. Widzimy jak stopniowo zmienia się podejście uczestników do Marszu. Widzimy jak ich podziw dla majora (głównego sprawcy tej pomyłki) zmienia się w nienawiść i niezrozumienie. Możemy również zaobserwować jak zmienia się ich podejście do żyć, których już nigdy nie odzyskają, ponieważ sami spisali je na straty. Niektórzy popadają w szaleństwo i my, bierni czytelnicy, możemy to szaleństwo niemal poczuć. Niektórzy się załamują i siadają, wiedząc, że to nie tylko koniec marszu, ale koniec ich życia. Każdy boryka się sam ze sobą, stara się nie poddać, ale wiedzą, że wygrać może tylko jeden.

Stephen King stworzył coś z niczego. Prosty pomysł, w którym chłopcy idą, zamienił się w niebanalną, poruszającą powieść. Niewielu jest autorów, którzy z chodzenia potrafią zrobić książkę, w dodatku książkę wciągającą. Kingowi się to udało. Co więcej, Mistrz po raz kolejny udowodnił mi, że jego wyobraźnia nie ma granic. Zaskoczył mnie raz jeszcze i zaserwował historię, której się nie spodziewałam. Być może to jest jego największy atut. King, jak niewielu innych, potrafi sypać pomysłami z rękawa. Niebanalnymi, fascynującymi pomysłami. Jedyne co mogę dla niego zrobić to modlić się, żeby jego wyobraźnia nie popchnęła go na skraj szaleństwa i żeby zaskoczył mnie jeszcze kilka razy. Jednak teraz jestem w stu procentach pewna, że King pracuje na pełnych obrotach i ma się świetnie. I chwała mu za to.

4 komentarze:

  1. Mam sporo do nadrobienia Kinga (jestem w ciemnej... pupie), ale chyba to na pierwszy ogień będzie musiało iść. Chyba, że coś innego mi przypadkiem wpadnie w ręce. :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem tak.. nie Ty jeden:) on za dużo książek wydaje, najprostsza prawda z możliwych. Nie wiem skąd on bierze pomysły i to tempo pracy no ale.. trzeba się brać do czytania;)

      Usuń
  2. Czytałam to wieki temu i nadal świetnie pamiętam. Byłam zaskoczona tą książką, bo nie spodziewałam się po niej zbyt wiele. Pomysł genialny:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też nie byłam pewna czego się spodziewać a tu takie coś:)

      Usuń