wtorek, 13 grudnia 2016

Z życia książkoholika #1: jak to się zaczęło?

Jestem książkoholikiem. Czytam książki (dużo, dużo książek), piszę o nich (a czasami nie) i kupuję. Właściwie kupuję więcej niż czytam i piszę, więc być może to jest ten jedyny problem jaki pojawia się wraz z uwielbieniem do książek. O tym jednak dzisiaj pisać nie będę (ale na pewno za niedługo. może kiedy pojawi się #2). Dzisiaj chciałabym wam powiedzieć co nieco na temat tego jak to wszystko się zaczęło, dlaczego się zaczęło, dlaczego zniknęło i znowu się pojawiło. Każdy ma jakąś historię. Każdy sięgnął po książki w tym właśnie konkretnym, jedynym, niepowtarzalnym momencie i większość z nas przepadła.. ale przyznajmy to otwarcie: wśród wszystkich nałogów, ten jest najcudowniejszy.

Swoją pierwszą książkę przeczytałam w wieku 5 lat i pamiętam ją do dziś.. głównie dlatego, że czytałam ją w kółko i w kółko, w końcu ucząc się jej na pamięć. Brzydkie kaczątko Hansa Christiana Andersena było TĄ książką, tym ognikiem zapalnym, który po części przyczynił się do tego kim jestem teraz.  Do dzisiaj pamiętam okładkę tej książki, która w tym momencie już pewnie nie istnieje, zjedzona przez moją młodszą siostrę, która po swoim pojawieniu się na tym świecie postanowiła zeżreć albo obślinić każdą stronę zebranej przeze mnie książki (a miałam już całkiem niezłą kolekcję). I tak, do dzisiaj jej to wypominam. Trochę ze złośliwości, trochę ze względu na siostrzaną miłość. Trochę też dlatego, że to trochę zabawne. 


Oto ja. Paulin w wieku 5 lat. Tak, Paulin, nie Paulina, tak się przyjęło w ostatnim czasie, cóż.. Ostatnie zdjęcie jest chyba jednym z moich ulubionych, zawsze tak wyglądam i tańczę kiedy przeczytam jakąś świetną książkę. Nic się nie zmieniło. 

Zawsze byłam nieśmiałym dzieckiem i chyba nic się nie zmieniło (mimo wszelkich pozorów jakie mogę sprawiać). Ludzie mnie denerwowali już od najmłodszych lat, rówieśnicy irytowali i ogólnie wolałam czytać i biegać po łąkach z dwoma najlepszymi przyjaciółkami niż udawać, że kogoś lubię. Koniec przedszkola i szkoła podstawowa to ten okres kiedy odkryłam dwa bardzo interesujące fakty: po pierwsze, uwielbiam czytać, i po drugie, jestem językowcem (trochę leniwym, nie do końca wykorzystującym swoje talenty, ale jednak). Szkoła podstawowa, a właściwie dwie ostatnie klasy, to też okres kiedy wręcz obsesyjnie czytałam romanse dla nastolatków. Nie wiem czy ktoś z was jeszcze kojarzy serię "nie dla mamy, nie dla taty, lecz dla każdej małolaty". Cóż, ja pamiętam. Pamiętam jak co chwilę biegałam do biblioteki sprawdzać czy nie ma kolejnej książki z tej serii (a bibliotekę miałam 10 metrów od domu.. w sumie byłam częstym gościem u pani bibliotekarki) a później dokładnie połykałam ją całą sobą w trybie natychmiastowym. Tak, to były piękne czasy kiedy takie bzdury pochłaniały mnie całą. 

Byłam też dobrą uczennicą, zawsze przynosiłam czerwone paski, chociaż nie przykładałam się do tego jakoś szczególnie. Nigdy nie czułam się zobowiązana do tego żeby komukolwiek udowadniać swoją inteligencję, więc podchodziłam do wszystkiego.. na luzie, z pewnym dystansem i, cóż, nigdy nie przeczytałam żadnej lektury, a już na pewno nie w terminie. Dlatego największą zagadką okresu szkolnego jest: jakim cudem zdawałam znajomość lektur na bardzo dobre oceny skoro właściwie nie znałam tych lektur? Tajemnica pozostanie tajemnicą. Zawsze potrafiłam dobrze kłamać i lać wodę. 

Gimnazjum to ostatnie podrygi przed WIELKĄ rewolucją. Zaczytywałam się w historiach Shakespeare'a i po raz pierwszy sięgnęłam po Sapkowskiego, nie zdając sobie wtedy do końca sprawy kim jest ów autor Trylogii Husyckiej. Ostatnią serią jaką przeczytałam przed swoim wielkim kryzysem był Zmierzch. Nie osądzajcie mnie. W sumie nie pamiętam nawet czy ją skończyłam, ale byłam zachwycona i zakochana. Do dzisiaj mam ją na swojej półce. Nie wstydzę się tego, mimo pozorów to dość ważna pozycja w mojej całej książkowej egzystencji i sentymentalna wyprawa do mojego gustu czytelniczego sprzed lat. No i trochę ciągle mam do niej słabość. Później, na początku liceum, pojawił się pierwszy chłopak, pojawiły się bzdurne problemy, bzdurne kryzysy, bzdurne stresy związane z nauką i tym kim mam być w przyszłości. Bzdurna presja ze strony nauczycieli i rówieśników, bzdurna próba dopasowania się do czegokolwiek i kogokolwiek.. nie czytałam za wiele, właściwie prawie wcale i nie warto o tym pisać.


Olśnienie przyszło kiedy na ostatnim roku studiów pisałam pracę licencjacką na temat twórczości Stephena Kinga, ale o tym za chwilę. Po pierwszą książkę tego autora sięgnęłam przez przypadek (okres liceum). Wszyscy rozgadywali się na temat Zielonej Mili (filmu, nie książki) i w sumie byłam tego ciekawa, ale nie aż tak żeby siedzieć przed telewizorem do późna w oczekiwaniu na jakiś tam film (który koniec końców obejrzałam dopiero.. hym.. rok temu?). Jednak weszłam do księgarni, po raz pierwszy od jakiegoś czasu, i zobaczyłam tą nieszczęsną Zieloną Milę za 16 złotych, w końcu to wersja kieszonkowa, ale wtedy nawet o tym nie myślałam. Kupiłam i zaczęłam czytać kiedy wróciłam do domu. Później wróciłam po Serca Atlantydów, następny w kolejności był pożyczony od kuzyna Bastion i kupione To... koniec bajki. To przeleżało na mojej półce 3 albo 4 lata (jest to związane z bolesnym licealnym rozstaniem, załamaniem, pierwszą miłością, bla bla), z zakładką wstawioną na 50 stronie, czekając na tą konkretną noc kiedy zdałam sobie sprawę, że to co robię to kompletny idiotyzm.

Wyobraźcie sobie teraz taką sytuację: późny wieczór, listopad, rok 2014. Paulin siedzi w swoim łóżku, zakopany kołdrami i kocami, z laptopem na kolanach, próbuje napisać coś konkretnego o Kingu w dodatku po angielsku. Patrzę na tą pieprzoną półkę z książkami i widzę TO. TO, które zaczęłam czytać już dawno, dawno temu, i którego nie skończyłam. Sytuacja o tyle komiczna, że w tym samym czasie staram się napisać coś konstruktywnego na temat mojego ukochanego autora, jego twórczości i zdaję sobie sprawię, że nie tknęłam nic tego autora od 3 lat. 3 lat.. Nie jest to tylko związane z niechęcią do czytania, ale raczej faktem, że studia wywarły na mnie straszną presję. Straszną. Bywały noce, że budziłam się o 2 nad ranem i sięgałam po książkę z gramatyki, żeby sprawdzić czy na pewno dobrze pamiętam, bo już nawet we śnie zdawałam kolokwia. W tamtym momencie, kiedy spojrzałam na tą książkę, odłożyłam laptopa i wzięłam ją z półki. Nie wyszłam z łóżka dopóki nie skończyłam czytać. Nie poszłam następnego dnia na zajęcia. I kolejnego też nie. Nie pamiętałam kiedy ostatni raz czułam się tak dobrze. ( Chciałam tylko napomknąć, że miałam naprawdę wspaniałych wykładowców, uwielbiałam tych ludzi, nadal tak jest. Presje sama sobie nałożyłam starając się robić rzeczy nie do wykonania. Zdałam śpiewająco;)) 

Swoją drogą.. TO było pierwszą zrecenzowaną przeze mnie książką na tym blogu.


Więc oto ja. Paulin. Książkoholik z natury, może też z urodzenia. Mam tego bloga od dwóch lat, już nieco ponad. Nie jestem najlepszą blogerką książkową w Polsce. Nie nagrywam najlepszych filmów, czasami nie potrafię się nawet wysłowić. I już na pewno nie wstawiam najlepszych zdjęć na Instagrama i trochę zazdroszczę innym tych talentów, ale tylko trochę. Kocham mówić o książkach, pisać o nich, a już najbardziej je czytać. W ciągu ostatnich dwóch lat przeczytałam mnóstwo cudownych, wzruszających i przerażających powieści. Niektóre były emocjonalnie niszczące, inne sprawiły, że zaczęłam inaczej patrzeć na świat. Ostatnie dwa lata były być może dwoma najlepszymi w moim życiu. Robię to co kocham, nie oczekując niczego od nikogo. Nie powiedziałam wam wszystkiego, ale to dopiero początek. Niedługo Nowy Rok a z nim kolejne, niesamowite powieści, niesamowite krainy, niesamowici bohaterzy. Nie wiem jak wy, ale ja już nie mogę się doczekać. 

Jak już tu trafiłeś/-łaś i masz ochotę coś napisać, to chętnie przeczytam jak zaczęła się twoja książkowa historia. 

środa, 7 grudnia 2016

Stephen King "Doktor Sen" (naprawdę kocham tego nicponia)

Już wiecie, że nie jestem osobą, którą jakoś szczególnie trzeba zachęcać do sięgania po Kinga. Właściwie to wpycham go wam wręcz siłą, bez względu na to czy akurat piszę o jego książkach czy nie. To zdecydowanie autor mojego życia. Człowiek, którego pokochałam od pierwszej książki, pierwszego słowa. Więc co powiecie jeżeli wyznam, że "Doktor Sen" czekał prawie dwa lata na mojej półce żebym go w końcu przeczytała? Wstyd, Wstyd, Wstyd.. gdybym wiedziała jak bardzo mi się spodoba, nie traciłabym tyle czasu. 



Książka powstała bo King myślał i myślał. Zastanawiał się i zastanawiał. W końcu doszedł do wniosku, że wypadałoby napisać co właściwie stało się z Dannym, synem Jack'a Torrance'a, który jaśniał (lub lśnił, w zależności jak kto to sobie przełoży). I po tych wszystkich rozmyśleniach i zastanowieniach, napisał co napisał, bo tak chciał. I tak powstał "Doktor Sen". Musiałam.

"Doktor Sen" to teoretycznie kontynuacja kultowego już "Lśnienia" (kto nie czytał ten trąba). Użyłam to brzydkie słowo "Teoretycznie", ponieważ czytając w ogóle nie odczułam, żeby była to kontynuacja czegokolwiek, mimo, że autor kilkakrotnie odniósł się do "pierwszej części". Nie wiem dlaczego tak było. Może ze względu na czas dzielący publikację tych dwóch pozycji, a może o sam klimat powieści. O ile "Lśnienie" było wręcz do bólu realistyczne mimo wszystkich pomysłów Kinga z kosmosu, o tyle "Doktor Sen" śmierdzi (a właściwie pachnie) nierealnością. Na szczęście King to King i zawsze potrafi wmówić czytelnikowi, że to co pozornie nierealistyczne, jest o wiele bardziej możliwe niż początkowo zakładamy.

Danny jest już dorosły. Ma za sobą Panoramę, życie na rozjazdach, śmierć. Nie swoją, rzecz jasna. Ma za sobą też wiele nieciekawych przeżyć, równie nieprzyjemne uzależnienie (które właściwie jeszcze nie ma za sobą) i niełatwe życie przed sobą, ale zawsze mogło być gorzej. To w końcu książka Kinga, a on raczej nie jest łaskawy dla swoich bohaterów. W końcu znajduje miejsce, w którym wie, że zostanie. Niekoniecznie dlatego, że chce, ale to po prostu czuje. Wie, że to właściwie. Wie, że tak być musi, choć jeszcze nie wie dlaczego. I może lepiej.. gdybym to ja była na jego miejscu i wiedziałabym co się święci, pewnie już dawno wzięłabym nogi za pas. Ale to Danny. Danny, który przeżył Panoramę, więc jest w stanie przeżyć wszystko. A może i nie? Przecież wytrzymałość psychiki ludzkiej też ma swoje granice. Tak.. właśnie.. słyszy mnie Pan, Panie King?

Gdybym miała w jakikolwiek sposób określić tą książkę użyłabym pewnie zawrotnego połączenia gatunków jakim jest "horror fantastyczny" albo "fantastyczny horror", ponieważ właśnie to nam King sprzedaje. Powieść momentami straszną, momentami nierealną, czasami naciąganą, ale na szczęście on to potrafi. Czasami mam wrażenie, że wszystko co nie wolno innym pisarzom, King wykorzystuje, i co śmieszne, robi to więcej niż dobrze. King jest pisarzem bardzo charakterystycznym, nie trzyma się żadnych reguł, jeżeli stwierdzi, że coś ma tak być, to tak jest i nikt się z tym nie kłóci. Niektórym się to podoba, innym nie. Ja, jak doskonale wiecie, kocham tego nicponia miłością jeszcze dla mnie nie do końca zrozumiałą. Mogę go czytać, trawić jego zwariowane pomysły i zachwycać się tym jak genialnym pisarzem, operatorem słowa jest. Nie znam innego autora, który tworzy ten konkretny klimat. Nazwijmy go klimatem kingowskim. Niektórzy autorzy są po prostu nie do podrobienia tylko dlatego, że nikt inny nie ma ich odwagi, A King tchórzem na pewno nie jest.

"Doktor Sen" był lepszy niż myślałam. Możecie pomyśleć, że troszkę kłamię, biorąc pod uwagę, że zawsze spodziewam się Kingu tylko tego co najlepsze. Problem w tym, że zanim zdecydowałam się sięgnąć po tą powieść (dwa lata.. pozostawię to bez komentarza) nasłuchałam się sporo mieszanych opinii. Głównie na temat tego, że "Lśnienie" było lepsze, miało swój klimat, a "Doktor Sen" to taka bajka. Kolejny problem to fakt, że ja takie bajki lubię. Uwielbiam wręcz. Dlatego nie będę porównywać tych dwóch powieści, bo jak wspominałam, dla mnie to dwa osobne byty i na tym się skupię. "Doktor Sen" to nie "Lśnienie". Jednak jest to powieść wciągająca i świetnie napisana. Fabuła jest ciekawa, a zakończenie nie tak złe jak można by się po Kingu spodziewać (trochę się droczę). Nie żałuję niczego.. no poza tym, że czekałam tak długo z przeczytaniem jej. Więc jeśli Ty, drogi czytelniku tego bloga, masz tą książkę na swojej półce i jesteś tak bezczelny jak ja nie sięgając po nią, cóż.. lepiej napraw swój błąd bo King widzi wszystko i lubi straszyć nocą.

Stephen King, Doktor Sen, Wydawnictwo Prószyński i S-ka

poniedziałek, 28 listopada 2016

Czytanie po angielsku + KONKURS na kanale.

Jestem językowcem. Uczę się języków obcych odkąd pamiętam i, co ważniejsze, naprawdę to lubię. Co prawda nie starczy mi życia żeby się nauczyć choć połowy języków jakie chciałabym znać, ale nie poddaję się. Jestem językowcem i czytam książki w oryginałach. Nie za często, ponieważ mimo wszystko język polski ma w moim sercu szczególne miejsce, ale czasami oryginały są po prostu lepsze, czasami to frajda, a czasami humor. Jestem językowcem i muszę wam powiedzieć pewną prawdę.. nie musicie być językowcami żeby czytać po angielsku. 



Co trzeba zrobić żeby czytać po angielsku? Chociaż może właściwie pytanie brzmi: co trzeba umieć żeby czytać po angielsku? Tak naprawdę niewiele. Jeśli znasz podstawy gramatyki (czyli wszystko to co w polskich szkołach powtarzamy w kółko i w kółko) i masz w głowie chociaż mały procent słów, które musisz wkuwać na kartkówki "ze słówek", nie powinieneś/ powinnaś czuć obawy przed sięgnięciem po książki w oryginale (i nie mówię tylko o języku angielskim). Czytanie po angielsku naprawdę nie jest takie trudne jak początkowo może się wydawać, chociaż większość z nas na pewno musi się do tego przyzwyczaić.. a przyzwyczaić się naprawdę warto i to nie tylko dlatego, że tłumaczenia są czasami naprawdę niedopracowane.

Większość z nas ma jakiś słaby punkt jeżeli chodzi o naukę czy używanie języka obcego, a znaczna część z nich może być rozwiązana przez czytanie książek w tym właśnie języku. W moim wypadku od zawsze było to mówienie, i nie mam na myśli akcentu. Kiedy przychodziło mi mówić, szczególnie na studiach, w języku angielskim po prostu się wyłączałam kiedy zaczynałam mówić, i włączałam kiedy kończyłam. Mówiłam szybko, udawałam, że wiem co robię, kiedy w mojej głowie była tylko panika. Było tak przez całe studia, i wierzcie mi na słowo, w tym czasie naplotłam sporo bzdur. Tak po prostu mam. Od zawsze powtarzam, że pisanie idzie mi lepiej niż mówienie. Z własnego doświadczenia jednak wiem, że czytanie książek po angielsku pomaga wyrobić nawyk mówienia w bardziej naturalny sposób. Najprawdopodobniej dlatego, że mózg w trakcie czytania rejestruje, zapisuje i przetwarza, a później pomaga mi w tych trudnych momentach kiedy muszę otworzyć usta.

Jednak najmocniejszym argumentem za tym żeby czytać książki w oryginale jest najprawdopodobniej niezawodność książek jako nauczycieli gramatyki. Ilu z was ma problemy z gramatyką? Ile razy próbowaliście wykuć na pamięć co gdzie ma stać, kiedy używamy jakie końcówki, nie mówiąc już o czasownikach nieregularnych, które "trzeba wykuć". Otóż nie musicie wkuwać. Musicie używać. Nigdy nie zapamiętacie wkuwanych teorii czy słów, jeśli zakopiecie je nieużywane gdzieś w najciemniejszych zakamarkach waszych mózgów. Mówiąc krótko, stracicie mnóstwo czasu. Podczas czytania utrwalamy sobie nie tylko formy i pisownie. Podczas czytania utrwalamy niemal wszystko, poza poprawną wymową.. chociaż, kto komu zabrania czytać na głos?

Kiedy Pani z Wydawnictwa ze Słownikiem zaproponowała mi współpracę nie mogłam odmówić. Głownie dlatego, że zaintrygował mnie sam pomysł pełnowymiarowej książki w oryginale ze słownikiem, ale też zaciekawiło wykonanie. Wiecie, byłam tam gdzie znajduje się wielu z was. Niby chciałam czytać po angielsku, ale jakoś nie było mi po drodze i trochę się bałam. Teraz żałuję, że tak późno zaczęłam, bo wiem, że byłoby mi po prostu łatwiej na tych wszystkich przemowach na studiach, nie mówiąc o samej obronie (poszło mi bardzo dobrze, ale ze stresu i tak nic nie pamiętam do dzisiaj). Książki, które proponuje nam wydawnictwo mają ułatwić wgryzienie się w to czytanie w języku angielskim, bez tracenia mnóstwa czasu na tłumaczenia, ponieważ oni zrobili to za nas. Mamy dwa słowniki na początku i na końcu książki, w których znajdziecie czego dusza zapragnie bez przeszukiwania internetu. Jednak najbardziej przydatny (według mnie) jest słownik marginesowy, znajdujący się niemal na każdej stronie, gdzie możemy znaleźć tłumaczenie co trudniejszych słów z bieżącego tekstu. Wydawnictwo proponuje książki z różnych gatunków (od horroru po książki dla dzieci) i co jakiś czas wypuszcza nowe tytuły, żeby każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Nieważne czy jesteś początkującym, czy może znajdujesz się już na tym nieco bardziej zaawansowanym poziomie, na pewno znajdziesz coś co przypadnie Ci do gustu. Brzmi to jak tania reklama, za co bardzo przepraszam, ale tak jest. Szczególnie, że ceny mają naprawdę przyzwoite.


Ponieważ pomysł tak bardzo przypadł mi do gustu, postanowiłam oddać wam dwie książki, które wybrałam dla siebie, żeby was zachęcić do czytania książek w oryginale. Wszystkie szczegóły znajdziecie na kanale.

Za wszystkie otrzymane książki serdecznie dziękuję
Wydawnictwo ze Słownikiem



wtorek, 22 listopada 2016

Kiedy książka jest w sam raz. Trudi Canavan "Kapłanka w bieli"

Jest wielu autorów, po których "mam sięgnąć, ale jakoś mi nie po drodze". Z reguły dlatego, że o nich zapominam, chociaż naprawdę bardzo nie chcę. A czasami po prostu wszystko musi swoje odleżeć, poczekać na odpowiedni moment.. ile czasu odwlekałam sięgnięcie po Trudi Canavan? Nie chcę was okłamywać, ale długo. Może nawet bardzo długo. I pewnie czekałabym dłużej, ale było mi już naprawdę głupio, że mam tyle nieprzeczytanych książek. Co tu dużo mówić, wzięłam się za masowe obczytywanie mojej biblioteczki i Pani Canavan akurat leżała na najbardziej rzucającej się w oczy półce.

Autor: Trudi Canavan
Tytuł: Kapłanka w bieli
Tytuł oryginalny: Priestess of the White
Seria: Era Pięciorga (Age of the Five)
Wydawnictwo: Galeria Książki
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 679
Przekład: Piotr W. Cholewa

Książka o świecie, w którym mamy pięciu bogów (przynajmniej pozornie) i pięciu ich pośredników, kapłanów w bieli, którzy są swojego rodzaju łączem pomiędzy światem bogów a światem śmiertelników.. przynajmniej tych, którzy postanowili wierzyć. Auraya jest jedną z kapłanek, tą która została wybrana na końcu, i to ona jest jednym z głównych bohaterów tej powieści. Wszystko zaczyna się komplikować kiedy ta druga strona, czcząca swoich bogów, postanawia zlikwidować pogan. Sytuacja dość komiczna, biorąc pod uwagę fakt, że jedni i drudzy chcą zlikwidować się wzajemnie twierdząc, że Ci drudzy są poganami. Nadążacie ? Mam nadzieję, bo jest tego więcej.. Auraya, za młodu pobierała lekcję u Tkacza Snów, Leiarda. Co w tym takiego fantastycznego? A to, że Biali (a przypominam, że Auraya jest jedną z Białych) nie uznają Tkaczy Snów, którzy są oczywiście kim? Poganami. I wierzcie mi na słowo, to nie jest takie poplątane jak może się wydawać..

.. gdyby ktoś przyznawał nagrodę za kradzież show w książce, myślę, że Leiard (przypominam.. Tkacz Snów, poganin) zgarnął by ją pozostawiając konkurencję w tyle. Tytuł książki to "Kapłanka w Bieli" i można by pomyśleć, że będzie ona epicentrum całej powieści, ale tak nie jest. Mimo pewnego rodzaju podziwu dla Aurayi nie zachwyciłam się nią tak jak niesamowicie tajemniczym i nie do końca dla mnie zrozumiałym Tkaczem Snów. Leiard to postać oddana, chociaż momentami nie mamy bladego pojęcia czemu, tajemnicza, mimo, że często gra w otwarte karty, i z ciekawą historią, chociaż w sumie sam nie do końca ją pamięta. Poza tym, to prawdopodobniej jedna z ciekawiej poprowadzonych historii w tej książce, w pewnym sensie z brakiem zakończenia, bo ja, szczerze powiedziawszy, nie mam pojęcia co się właściwie mu stało. W jakimś sensie żyje, a może nie. Czy na pewno był tym kim myślał, że jest i czy ja czegoś nie rozumiem? To ostatnie bardziej prawdopodobne niż cokolwiek innego.

Zaśmierdziało tu też trochę Shakespearem, zakazaną miłością, której owoc jest tak słodki, że żal by go nie zerwać. I nawet mnie ten romans nie denerwował. Wiem, że jesteście zaskoczeni, może naszły mnie chwile romantyzmu i uniesień, ale gdybym była Trudi Canavan (niestety nie jestem, inaczej pisałabym świetne książki) wykorzystałabym to dokładnie w taki sam sposób. Czytelnik niby wie, że nic z tego nie będzie, nie może być, ale łudzi się przez trzy tomy, że znajdą jakieś rozwiązanie. Z natury jesteśmy chyba romantykami skoro ciągle wierzymy w takie bzdury, ale to miłe uczucie.

Trudi Canavan nie jest autorką skomplikowaną, mimo wszelkich pozorów. Jej styl jest prosty, a jeśli czegoś nie zrozumiecie z tyłu mamy słownik, można z niego korzystać. To nie ozdoba, nie wstydźcie się nie rozumieć niektórych określeń. Poza tym jest też autorką bystrą, ma wyobraźnie i smaczek, którego jeszcze nie jestem w stanie do końca określić. Zastanawiam się ciągle czy jest dobra, czy już może świetna. Na pewno się polubiłyśmy. Na pewno będę chciała szybko skończyć tą serię, żeby dowiedzieć się co jeszcze dla nas przygotowała.. i na pewno mam ochotę sięgnąć po jej inne serie/powieści. Z drugiej jednak strony nie doznałam żadnego wstrząsu czytelniczego jak przy Zelaznym, ale tego nie spodziewam się doznać jeszcze przez 20 następnych lat.

"Kapłanka w Bieli" jest na pewno powieścią godną uwagi. Zobaczymy co Canavan zaprezentuje w dwóch kolejnych tomach, ale jestem dobrej myśli. Nie będę na siłę się do czegoś przyczepiać, nie chcę być tą zgorzkniałą, marudną pseudo-recenzentką. Jestem pozytywnie zaskoczona i zachęcona do dalszej lektury, czego chcieć więcej? Spędziłam z nią świetny czas, miłe popołudnia i ciekawe wieczory. Czytałam kiedy tylko miałam chwilę, bo autorka naprawdę mnie zaciekawiła. Może fajerwerki nie wybuchały między stronami a moje serce nie waliło jak oszalałe i dobrze.. dostać zawału przy czytaniu książki to dopiero byłby wyczyn. To ciekawa historia, dobrze poprowadzona, z interesującymi bohaterami, nie za słodka, nie za gorzka. W sam raz. I to by było na tyle.

niedziela, 13 listopada 2016

Klasyka nie gryzie #4: Harper Lee "Zabić Drozda"

Ta seria na blogu kuleje i to bardzo. Kiedy ją zaczynałam, byłam zdecydowana dodawać posty regularnie, a wyszło jak zawsze.. Nic jednak straconego. Przypomniałam sobie w końcu o moim zamiłowaniu do klasyków i znowu postanowiłam, że będę dodawać posty w serii. Tym razem regularnie (wszyscy wiemy, że nie jestem w tym dobra, ale staram się). A jaki jest lepszy powód do wielkiego powrotu klasyków na blogu, jak nie GENIALNA książka autorstwa Harper Lee? Mi nic nie przychodzi do głowy. 

Autor: Harper Lee
Tytuł: Zabić Drozda
Tytuł oryginalny: To Kill a Mockingbird
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 421
Przekład: Maciej Szymański

Może to zabrzmi dziwnie, ale gdyby nie Truman Capote, zapewne nigdy nie sięgnęłabym po panią Lee. I co gorsze, nie miałabym nawet pojęcia ile bym straciła tak bezczelnie ignorując tą niesamowitą powieść. Tym bardziej, teraz, po poznaniu jej geniuszu, żałuję, że tak niewiele wyszło spod jej pióra. Harper Lee to autorka inteligentna i przebiegła. Napisała powieść uniwersalną, potrafiącą dopasować się do każdych czasów, za każdym razem poruszającą i wstrząsającą.

Akcja rozgrywa się w latach trzydziestych XX wieku, w małym miasteczku w Stanach Zjednoczonych. Historia została przedstawiona z perspektywy dziecka, małej dziewczynki, która być może nie do końca rozumie co właściwie się dzieje, ale dzięki temu jest ujmująco szczera i otwiera oczy dorosłych na wiele ważnych aspektów. O tym jednak za chwilę. Ma brata, z którym spędza większość czasu i można wręcz wyczuć ich zażyłość przez strony książki. Ich matka nie żyje, a ojciec, mężczyzna około pięćdziesiątki, z zawodu jest adwokatem, i dla mnie to on jest bohaterem, od którego możemy się wiele nauczyć.

Atticus Finch, bo tak ma na imię ojciec dwójki urwisów, jest człowiekiem dobrym w każdym tego słowa znaczeniu. Wręcz ocieka pokorą i mądrością. W chwilach kiedy ja zapewne powybijałabym wszystkich dookoła, on utrzymuje stoicki spokój i uciera mi nosa. Pamiętajmy, że lata trzydzieste to ciągle okres segregacji rasowej, uprzedzeń i kryzysu społecznego. Atticus robi rzecz wręcz skandaliczną, postanawia bronić czarnego, porządnego mężczyznę, który zostaje oskarżony o gwałt młodej, białej dziewczyny, z rodziny raczej podejrzanej. Społeczeństwo jakby zapomina o charakterach i usposobieniu obu stron, i oczywiście staje po stronie dziewczyny, mimo, że właściwie nie ma żadnych dowodów świadczących na niekorzyść pozwanego.

Jednak to nie książka tylko o rozprawie w sądzie, wręcz przeciwnie. Ta cała sprawa to tylko odniesienie do uprzedzeń i segregacji rasowej, a czasami wręcz niewyobrażalnej ślepoty i głupoty ludzkiej. Harper Lee pokazuje palcem na to jak reagują dzieci na niesprawiedliwość, a jak odnoszą się do tego dorośli, którzy w ciągu swojego życia zdążyli już nieraz naruszyć swoje sumienie, więc nie robi im to różnicy. To ujmująca, wręcz zachwycająca powieść o niesprawiedliwości i zaślepieniu ludzi. To niesamowity przykład jak nie powinniśmy się zachowywać względem drugiej osoby. To w końcu obraz tego jak czasem przeceniamy siebie względem drugiego człowieka. Na szczęście pani Lee stworzyła również bohatera jakim jest Atticus Finch. Gdybym stwierdziła, że polubiłam tą postać, byłoby to niedomówienie. Atticus Finch jest uosobieniem mądrości, dobra i ciepła. To człowiek silny. Człowiek, który powinien być wzorem do naśladowania. Mężczyzna, który się nie poddawał, mimo, że zdawał sobie sprawę jakie właściwie ma szanse.

Powinniście przeczytać "Zabić Drozda" nie tylko dlatego, że to najprawdopodobniej jeden z najlepszych klasyków jakie miałam okazję czytać w swoim życiu. To również powieść inspirująca, pouczająca, bardzo na czasie. To historia, która wali prosto z mostu, genialna w swojej prostej formie. Jeśli książka wnosi coś do naszego życia, wato ją przeczytać. I zobaczcie! Jak na tacy podstawiam wam książkę, która na pewno wniesie coś do waszego życia. Wiele emocji, więcej przemyśleń, może nawet kilka łez. Wzruszająca i emocjonalnie niszcząca. Wstrząsająca, dająca powody do przemyśleń i rozliczenia się z samym sobą. Być może Harper Lee nie napisała zbyt wiele (trudno mi wyrazić jak bardzo nad tym ubolewam), ale tą jedną powieścią wdarła się do historii literatury. To o czymś świadczy, prawda?

czwartek, 3 listopada 2016

O "Kronikach Amberu" i Zelaznym, czyli wszystkim tym co wam teraz jest potrzebne do szczęścia. Zaufajcie mi.

Roger Zelazny zachwycił mnie już pierwszymi stronami Kronik Amberu. Po kilku zdaniach wiedziałam, że muszę przeczytać wszystko co wyszło spod pióra tego autora. Po paru słowach wiedziałam, że zostanie jednym z moich ulubionych pisarzy. Po kilku dniach przyszedł kryzys.. okazało się, że Zelazny nie żyje od ponad 20 lat. Oznacza to, że nie mogę z niecierpliwością wyczekiwać wydania jego nowych książek, bo takie się nie pojawią. Nie w tym świecie. 

Zelazny to autor spełniający moje wszystkie czytelnicze potrzeby, posiadający urok gawędziarza, którego brak często odczuwalny jest wśród pisarzy współczesnych. Zachwycił mnie od samego początku, do nieszczęśliwego końca. Nieszczęśliwego, ze względu na to, że był to właśnie koniec, którego tak bardzo chciałam uniknąć. Niestety tak to czasem bywa, że książki fantastyczne urywają się nagle, ciągnąc za sobą czytelniczą żałobę, a te raczej nie-tak-dobre (żeby nie powiedzieć chłam) ciągną się do usranej śmierci, również powodując czytelniczą żałobę.

Nigdy się nie zastanawiałam co się stanie kiedy znajdę książkę, która okaże się tak dobra, że strach będzie ją kończyć, bo co potem ? Tak było z Bastionem Kinga, jednak kilka lat temu nie byłam jeszcze świadoma tego co czeka mnie po przewróceniu ostatniej strony. Teraz było inaczej. Teraz wiedziałam, przerażało mnie to, ale w pewien chory sposób również ekscytowało.. w końcu nie często ma się w dłoniach książkę tak dobrą, tak fantastyczną, tak wciągającą, że aż boli. 

To jedna z tych rzeczy, którą w stanie są zrozumień jedynie czytelnicy, ludzie niewyobrażający sobie życia bez książek, wściekający się kiedy ktoś twierdzi, że książki są nudne, wchodzący do księgarni tylko po to żeby przez chwilę pobyć wśród książek. W trakcie zakupów, między zajęciami, w trakcie przerwy w pracy.. o tym jednak kiedy indziej. Zjawisko, o którym mówię to tęsknota za historią, którą jeszcze nie skończyliśmy, a już wiemy jak trudno będzie bez niej kiedy ten koniec nadejdzie. "To przesada", pomyśli zapewne wiele osób czytających ten tekst, jednak znajdą się też tacy, którzy zrozumieją. Tacy, którzy mieli łzy w oczach kończąc powieść nieskazitelną. Tacy, którzy wiedzą, że książki to inny świat, a nie tylko kawałek papieru.

Obecnie "Kroniki Amberu" są wydane w Polsce w formie dwóch książek, w których zawarte jest łącznie 10 tomów historii o Amberze. I Amberytach. I wszystkim co amberyckie i cudowne. Piszę jak pięcioletnie dziecko, bo w tym momencie tak właśnie się czuję. Jakby gwiazdka przyszła szybciej. Jakby Zelazny był najlepszym prezentem tego roku. Jakbym wprowadzała chaos nie skupiając się na tym co istotne.. cóż, tak zapewne jest.

Pięć pierwszych tomów zostało napisanych z perspektywy Corwina, księcia Amberu, który na początku tej jakże cudownej historii, nie ma pojęcia kim tak naprawdę jest (cudowna okładka powyżej). I to nie tak, że Corwin nie ma pojęcia o tym kim jest w ogóle.. akurat tak się niechcący zdarzyło, że nie wie kim jest w tym konkretnym momencie, kiedy przebudza się w szpitalu, nie wie co właściwie tam robi i powoduje małe zamieszanie. Powoli, małymi kroczkami dochodzi do tego co z niego za numer, skąd się wziął, kto był jego ojcem, i może nawet co ważniejsze, kim są jego bracia i siostry. A po drodze mamy Atuty, Cienie, Dworce Chaosu, Amber i całą rzeszę innych, fantastycznych, zapierających dech w piersiach elementów historii zachwycającej.

Natomiast pięć ostatnich tomów to już działka Melina, Merla jak kto woli (okładka obok). Nie mogę za bardzo zdradzić kim jest Merlin bo to może troszkę cuchnąć spoilerem, a jest to jedna z tych historii, którą naprawdę mam nadzieję, poznacie w końcu sami. Merlin również jest Amberytą, jest też powiązany z Corwinem, należą do tego samego rodu i jego też uwielbiam. Tyle o samej historii. Nie powiem wam nic więcej, choćbyście mnie dusili i torturowali. Sumienie mi nie pozwala.

Nie piszę tej recenzji od miesiąca bez powodu. Obiecałam sobie, że będzie dobra, ale nie jestem w stanie wydusić z siebie nic co chociaż będzie leżeć obok dobrego, dlatego będzie jak zawsze.. z wielką, ogromną nadzieją, że przeczytacie między wersami jak bardzo opowieść stworzona przez Zelaznego mnie zachwyciła. Zachwyciła mnie. Zachwyciła mnie. I jeszcze raz ZACHWYCIŁA MNIE.

Wśród wszystkich książek, które miałam okazję czytać w swoim życiu, te dwie znajdują się w najlepszej piątce. Wszystko jest tu idealne. Nie mam serca i chęci doczepić się do czegokolwiek, bo jak można oczerniać coś tak nieskazitelnego? Tak doskonałego, że strach dotykać, żeby nie zepsuć. Trochę przesadzam, wywyższam i faworyzuję, ale proszę was, drodzy czytelnicy tego bloga, o zrozumienie. Naprawdę chcę żebyście przeczytali tą historię. Poznali ją, tak jak ja ją poznałam. Zachwycili się nią, tak jak ja się nią zachwyciłam. Być może nawet zapłakali nad śmiercią tego wybitnego pisarza, tak jak ja zapłakałam. I znowu to robię. Dlaczego nie? Niech łzy lecą strumieniami. To dobre łzy, pochwalne wręcz. Trochę niemądre, ale nie zawsze mądrym być trzeba.

Chcecie przeczytać Kroniki Amberu. Chcecie poznać Corwina, Flore, Benedykta, Merlina.. Chcecie wiedzieć czym właściwie są Atuty, co to takiego ten cały Wzorzec i co ma Logrus do wiatraka. Chcecie poznać tą historię od początku do końca. Chcecie się zachwycić. Chcecie się zakochać. Chcecie, chcecie, po stokroć chcecie. To jedna z najbardziej barwnych, doskonałych historii fantastycznych jaką macie możliwość przeczytać.To opowieść niebanalna, zaskakująca i cóż., wciągająca jak diabli moi drodzy. Tym właśnie są Kroniki Amberu.. historią tak dobrą, że grzechem jest po nią nie sięgnąć. Jeśli to was nie przekonało, to nie wiem co was przekona. Poddaję się.

Żartowałam. Przeczytajcie Kroniki Amberu. 

środa, 7 września 2016

King raz jeszcze. "Cztery Pory Roku"

Za każdym razem kiedy przychodzi mi recenzować Kinga ekscytacja miesza się z przerażeniem. Jestem podekscytowana bo WIEM, że to niesamowita powieść, którą powinniście przeczytać.. z drugiej strony pojawia się pytanie, jak Cię przekonać, drogi Czytelniku, do sięgnięcia po tą powieść? Znasz odpowiedź?

Autor: Stephen King
Tytuł: Cztery pory roku
Tytuł oryginalny: Different Seasons 
Rok wydania: 2014 (1982)
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 512
Przekład: Zbigniew A. Królicki

Od czego zacząć tą recenzję, jak myślicie? Od wychwalania Kinga czy od wychwalania Kinga? Nie znudziliście się jeszcze? Jestem prawdopodobnie królową wygłaszania pochwał na temat pana Stephena.

"Cztery pory roku" to zbiór czterech opowiadań, można je nawet określić minipowieściami. Najbardziej znaną spośród nich jest prawdopodobnie "Skazani na Shawshank", o którym to filmie na pewno słyszeliście. Tak. King to napisał. Mój narzeczony też był zaskoczony, ale już nie jest.

Cztery opowiadania, jak cztery pory roku, z których każda jest inna, ale cudowna na swój własny sposób. "Skazani na Shawshank" wzrusza wszystkim, "Lato zepsucia" wywołuje ciarki na ciele, "Jesień niewinności" porusza i trochę obrzydza, a "Zimowa Opowieść" jest straszniejsza niż mogłoby się wydawać i powoduje załamanie nerwowe. Tak więc mamy cztery opowiadania, z których każde jest wyjątkowe. Każde w pewnym sensie zaskakuje. Każde wciąga jak cholera. Czyli krótko mówiąc.. nic nowego..

Stephen King jest bowiem autorem, który lubi wodzić naiwnego czytelnika za nos. Tym razem nie było inaczej. Autor zabiera nas w magiczną podróż przez zakamarki ludzkiej psychiki, bo właśnie tym mniej więcej ta książka jest. Nie spodziewajcie się horroru i litrów przelanej krwi. Tym razem King staje się sentymentalny, szczególnie w tym najbardziej wyróżnionym opowiadaniu, ale co to tak naprawdę oznacza dla autora? Tylko tyle, że jest potwornie zdolnym pisarzem potrafiącym wykreować co tylko dusza zapragnie, a twoja dusza właśnie tego pragnie..

Teraz powiem coś kontrowersyjnego. Coś co może was zaskoczyć.

Nie jest to najlepsza książka King jaką czytałam, nie wiem czy umieściłabym ją w mojej top10 książek Stephena Kinga, ale jest zdecydowanie w czołówce książek, które poruszają. "Skazani na Shawshank" to prawdopodobnie najlepsze opowiadanie jakie miałam okazję czytać w całym moim życiu, chociaż nie ma tam zbyt wiele akcji. Nie ma zatrważających scen. Nie ma nierealności. To pewnie najbardziej rzeczywisty tekst Kinga jaki miałam okazję czytać. Pewnie też najprostszy. Bardzo również możliwe, że pod względem analizy psychologicznej, najwybitniejszy. A jak zapewne wiecie, umiejętność Kinga do obserwacji i analizy, sprawiła, że stał się on numerem jeden. Ostatecznie i niezaprzeczalnie.

Pomimo wszystkich bredni, które wypisałam na górze, nietrzymających się przy okazji kupy (jestem chora, nie myślę logicznie), powinniście sięgnąć po ten zbiór opowiadań. Możecie być fanami twórczości Kinga, ale nie musicie. To nie jest typowy King jakiego możecie znać z "TO". Ten King nie przeraża, a przynajmniej nie aż tak, jednak wciąż gra nam na emocjach.. jest w tym w końcu mistrzem. I naprawdę już nie wiem co mam wam o nim pisać.. ileż można wychwalać jednego autora zanim się znudzi? Pytanie bez odpowiedzi.

Czytajcie. Napawajcie się tym. Cieszcie każdym słowem.

Bo King cieszy. King zachwyca. King wzrusza. Czasami nawet przeraża.

Chwała mu za to.

wtorek, 30 sierpnia 2016

Najbardziej wzruszająca powieść jaką czytałam. Najprawdopodobniej.

To jedna z najpiękniejszych, najbardziej wzruszających powieści jakie czytałam. Ten rodzaj historii, o której chce się powiedzieć wiele, ale najzwyczajniej w świecie brakuje słów. Magiczna w swojej prostocie, prosta w swojej bajkowości.. jeśli jeszcze jej nie przeczytaliście, koniecznie to zróbcie. 

Autor: Jostein Gaarder
Tytuł: Dziewczyna z pomarańczami
Tytuł oryginalny: Appelsinpiken
Wydawnictwo: Czarna owca
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 142
Przekład: Iwona Zimnicka

Z pozoru niegroźna. Mała, cienka, taki okruszek. Ani to nie zapowiadało się na coś tak spektakularnego, ani też nie wzbudzało podejrzeń co do możliwości wylania milionów łez. Książka, o której słyszałam z każdej strony, ale jednocześnie nie wiedziałam o niej nic, poza tym, że podobno jest dobrą powieścią. I wiecie co? Jest dobrą powieścią. Małym gigantem, wśród małych gigantów.

O czym ona właściwie jest? Wiecie co.. sama się nad tym zastanawiałam zanim po nią sięgnęłam i doszłam do wniosku, że nic o niej nie wiem. "Może to i lepiej?", pomyślałam chwile później dodając już na głos, jakby słowa wypowiedziane miały jakąś większą moc: Jakoś przebrnę. Więc jakoś przebrnęła.

Książka to list ale nie do końca list. To list z dodatkami. List przerywany. List będący opowieścią ojca do syna. Martwego ojca do żyjącego piętnastoletniego syna. List ojca z komentarzami syna.

Ojciec Georga opowiada mu i nam historię o dziewczynie z pomarańczami, więc wiecie już skąd taki tytuł. Warto dodać, że ojciec Georga nie żyje (jak wspomniałam, jest martwy), zmarł kiedy jego syn był małym chłopcem. Teraz, kiedy George ma 15 lat w liście napisanym w ostatnich dniach jego życie opowiada tą cudowną, magiczną historię o cudownej, magicznej dziewczynie, w cudownym, magicznym świecie. Wiecie co w tym wszystkim jest takiego pięknego? Okazuje się zupełnie zwyczajne, a my dajemy się nabrać, a później przyznajemy autorowi rację. To, że nie dostrzegamy magii, nie znaczy, że jej nie ma.

Autor bawi się z nami trochę w kotka i myszkę. Przez znaczną część powieści nie wiemy czy przez przypadek ojciec Georga nie ma problemów psychicznych i urojeń. Wszystko co opisuje wydaje się być realne, ale nierzeczywiste. To ten absurdalny moment, kiedy znajdujemy się w psychologicznym potrzasku. Coś jest, ale czegoś nie ma. Nie wiem jak inaczej opisać wam wszystkie emocje towarzyszące mi podczas czytania tej historii. To tak jakby ktoś mi opowiadał historię swojego życia a ja patrzyłabym na tą osobę z niedowierzaniem i przytakiwała na odczepnego, a później okazałoby się, że to wszystko prawda. Ta książka jest bowiem prawdą. Bowiem. Prawdą. Jest prawdą tak ubraną w słowa, że tworzy bajkę.

Jeszcze nie wiecie dlaczego płakałam. Nie raz. Nie dwa. W ciągu kilkunastu ostatnich stron wypłakałam z litr łez. Płakałam i płakałam. Wszystko dlatego, że autor postanawia otworzyć nam oczy, mimo pozorów, dość brutalnie. Zadaje nam pytania, na które nie chcemy odpowiadać, ale odpowiadamy. Nie są to pytania szczególnie przyjemne czy łatwe. Pytania o naszą egzystencję chyba nigdy takie nie są.. i mimo, że wypłakałam całą wodę z organizmu i udręczona, wymęczona rozmyślałam nad moim nędznym żywotem (troszkę żartuję, ale tylko troszkę), "Dziewczyna z pomarańczami" to być może jedna z najlepszych książek jakie czytałam. To znaczy.. na pewno jest jedną z najlepszych. Być może nawet najlepszą, ale najlepszą w inny sposób niż najlepszy jest "Bastion". I wiem, że możecie teraz nie rozumieć o co mi chodzi. I możecie pukać się w głowę. I możecie zastanawiać się co ona bredzi. Tak naprawdę w tym wszystkim chodzi o to żebyście przeczytali tą historię i zrozumieli. A zrozumiecie. Jestem tego pewna.


poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Maggie Stiefvater " Złodzieje snów" oraz "Wiedźma z lustra" (czyli jak przy braku weny piszę dwie bzdury za jednym zamachem.. o serii cudownej)

To prawdopodobnie jedna z moich ulubionych serii. Jak się okazuje w ostatnim czasie, jest ich całkiem sporo. W każdym razie nie narzekam na brak ciekawych, wciągających książek. Maggie Stiefvater stworzyła książki nie tylko piękne zewnętrznie, ale również wewnętrznie. To co nam serwuje jest inne, a ja uwielbiam taką inność. Dodajmy do tego niewymuszony styl autorki i przepis na sukces gwarantowany.


Autor: Maggie Stiefvater
Tytuł: Złodzieje Snów
Tytuł oryginalny:The Dream Thieves
Seria: Seria Króla Kruków (tom II)
Wydawnictwo: Uroboros (Grupa Wydawnicza Foksal)
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 478

Drugi tom serii okazał się strzałem w dziesiątkę i chyba na tym stwierdzeniu mogłabym poprzestać. Ta książka była cholernie dobra. Wierzycie mi? Jeśli nie to zaraz uwierzycie.

Zacznijmy od samej fabuły, która na szczęście nie jest sztampowa. Widać, że autorka miała własny pomysł na historię, i co ważniejsze, można odczuć, że czerpała przyjemność z pisania. Ja często gęsto mam wrażenie, że pisarze po pewnym czasie, szczególnie jeśli chodzi o serie, robią wszystko na odwal się. Tu jest po prostu inaczej, chociaż to drugi tom i ciężko stwierdzić czy autorka nie znudzi się na trzecim, czwartym, piątym.. czy ile książek o Blue i jej przyjaciołach postanowi napisać.

Drugi tom serii, jak można się domyślić, wyjaśnia o co chodzi z tymi całymi Złodziejami Snów. Zakochałam się w tym pomyśle i żałuję, ze nie był mój. Sama idea tej książki zwaliła mnie z nóg. Poza tym.. Ronan, Ronan, Ronan.. w tej części poznajemy trochę lepiej naszego złego chłopca i jego sekrety. Wzbudza nas w skrajne emocje, co oznacza mniej więcej tyle, że jest postacią niemal idealną. Niemal, ponieważ każdy ma jakieś wady, ale w tym momencie nie jestem wam w stanie nic wymyślić. Później Blue, Blue, Blue.. Gansey, Gansey, Gansey.. Adam, Adam, Adam.. Noah, Noah, Noah.. wszyscy oni są tak różni, a tworzą grupę idealną do przygód stworzonych przez autorkę. Oczywiście nie odbyło się bez dramatów, zwrotów akcji, czy miłostek.. i miłości. Nie będę wam jednak o tym za dużo mówić, bo nie wiadomo co przyniesie przyszłość. Nie chcę wam dawać złudnej nadziei co do zakończenia.. sama żyję w stresie i pożeram kolejny tom żeby wiedzieć co dalej (swoją drogą, wy będziecie mogli o tym przeczytać w tym tekście, więc..)..


Autor: Maggie Stiefvater
Tytuł: Wiedźma z lustra
Tytuł oryginalny: Blue Lily Lily Blue
Seria: Seria Króla Kruków (tom II)
Wydawnictwo: Uroboros (Grupa Wydawnicza Foksal)
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 413

Czytam tą recenzję, a właściwie te recenzje, i dochodzę do wniosku, że są bez sensu. To ,mało ważne. Najważniejsze żebyście zrozumieli jak dobra jest to seria i jak bardzo chcecie ją przeczytać.

Nie zawiodłam się na tomie trzecim.

Nie zawiodłam się na tomie pierwszym i drugim.

Wszystko co tworzy autorka jest magiczne i przenosi nas do zupełnie innego świata, tak naprawdę pozostając w naszej rzeczywistości. "Wiedźma z Lustra" to kolejna cudowna część serii, która mnie zachwyca i nie będę mówić nic złego na jej temat, bo nie ma sensu wyszukiwać wad na siłę. To powieść fascynująca. Powieść intrygująca. Powieść znakomita, niemal zapierająca dech w piersiach. Mam ochotę przeczytać ją raz jeszcze, chociaż dopiero co przewróciłam ostatnią stronę, a na pułkach piętrzą się książki do przeczytania.. To wszystko jednak traci nagle ważność kiedy ma się w dłoniach książkę tak hipnotyzującą.

Nie chcę rozpisywać się na temat fabuły. Nie chcę też przeciągać tej recenzji na siłę. Połączyłam te dwie książki w jedno, bo cała seria jest tak zgrana, że aż boli. Pozytywnie, jeśli wierzycie w pozytywny ból. To jedna z najlepszych serii jakie trafiła w moje ręce i aktualnie jestem na etapie modlitwy o jak najszybsze wydanie w Polsce tomu kolejnego. To seria dla wszystkich, a takie są najlepsze. Seria nietuzinkowa, zachwycająca, oryginalna. Autorka nie daje się wciągnąć w tendencje panujące na rynku czytelniczym, nie pozwala sobie na narzucenie treści przez innych autorów. Mamy tu więc zdolną pisarkę, która wykorzystuje swoją wyobraźnię do maksimum, i na nasze szczęście, to wielka wyobraźnia jest.

brak mi weny twórczej, więc po prostu..


MUSICIE TO PRZECZYTAĆ

środa, 10 sierpnia 2016

Klasyka nie gryzie #3: Jane Austen "Duma i uprzedzenie"

Przypomniałam sobie, że coś kiedyś postanowiłam. Niby miałam czytać więcej klasyków. Niby więcej ich recenzować. Niby, niby.. W końcu mam dla was nie tylko recenzję klasyka, ale tekst niespotykany, bo o książce, którą przeczytałam po raz drugi. Rzecz niespotykana. W dodatku mogę kontynuować serię na moim blogu, którą wstyd nie kontynuować. Dzisiaj więc, moi drodzy, trochę wam pomarudzę o mojej kochanej "Dumie i uprzedzeniu". Cóż mogę powiedzieć na swoje usprawiedliwienie? Jak na osobę, która nie przepada za romansami aż tak, dałam się wciągnąć w sidła Austen. 


Autor: Jane Austen
Tytuł: Duma i uprzedzenie
Tytuł oryginalny: Pride and Prejudice
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 368
Przekład: Anna Przedpełska- Trzeciakowska 

O "Dumie i uprzedzeniu" już na pewno słyszeliście, ośmielę się nawet stwierdzić, że nie raz i nie dwa. To klasyk powszechnie znany. Nawet jeśli nie mieliście kontaktu z samą powieścią, jestem niemal pewna, że natrafiliście gdzieś po drodze na jedną z ekranizacji tego dzieła. Co mnie zaskakuje jednak najbardziej, to fakt, że ja z Austen naprawdę się polubiłyśmy, może nawet zaprzyjaźniłyśmy, a to ani trochę nie są moje klimaty. Wręcz przeciwnie, to ten rodzaj powieści, którą najchętniej (w czystej teorii) potraktowałabym wodą święconą i uciekła.

"Duma i uprzedzenie" opowiada historię rodziny Bennetów, która jest rodziną dość barwną, jednak o tym za chwilę. Pan Bennet ma pięć córek, zupełnie różnych ku uciesze czytelników. Pani Bennet natomiast zrobi wszystko aby te córki wydać jak najszybciej za mąż (takie czasy, taka mentalność). Kiedy więc do sąsiedztwa wprowadza się zamożny pan Bingley, matka dziewcząt wietrzy w tym wszystkim możliwość wydania jednej z córek za mąż. Razem z panem Bingleyem pojawia się jeszcze jedna postać, osławiony Pan Darcy, który jest naszą dumą. I tak toczy się historia..

.. która miejscami jest historią wręcz przekomiczną. Rodzina Bennetów to rodzina wyjątkowa. Matka żyjąca w swoim świecie, ojciec patrzący na swoją żonę z politowaniem (swoją drogą polubiłam pana Benneta za jego bezpośredniość). i ich córki: słodka Jane, błyskotliwa Elżbieta (nasze uprzedzenie), głupiutkie Kitty i Lidia, oraz Maria, którą w sumie trudno określić.. jest po prostu mądrze głupia. Wszystkie te indywidua sprawiają, że historia z potencjalnie nudnej staje się potencjalnie ciekawą. Jane to autorka błyskotliwa, z umiejętnością tworzenia historii zabawnych, jak i w prosty sposób wyjątkowych. Dopiero po tym jak przeczytałam tą powieść po raz drugi (po raz pierwszy przeczytałam ją kilka lat wcześniej i również byłam zachwycona), dostrzegłam pewne aspekty ironiczne całej powieści i zdecydowanie bardziej doceniłam postać pana Benneta. Jednak nikt nie jest w stanie rozbawić towarzystwa tak jak pani Bennet, Kitty oraz Lidia.. ta trójka jest tak bajecznie głupia, że mi samej było miejscami za nie wstyd. Ot, trzy kobiety/dziewczyny, którym tylko figle migle i zamążpójście w głowie. Jednak gdyby nie one cała powieść mogłaby stracić ten element śmieszności, a tak przynajmniej można czuć się zażenowanym i rozbawionym za jednym razem.

Oczywiście głównym epicentrum całej powieście jest romans pomiędzy naszą Dumą (Panem Darcy'm) a Uprzedzeniem (Elżbietą). Romans o tyle ciekawy, że od początku skazany na porażkę, mogłoby się bowiem wydawać, że ta dwójka to bardziej jak pies z kotem niż dwa zakochane gołąbki. On jest zniechęcony zachowaniem jej rodziny (szczególnie wielkiej trójki), a ona poirytowana jego poczuciem wyższości nad innymi (pan Darcy jest cholernie bogaty, wspominałam?). Po drodze pojawiają się również inne czynniki, które nic tylko (mogłoby się wydawać) pogarszają sytuację między tym dwojga. On jest coraz bardziej dumny, ona coraz bardziej uprzedzona.. i tak się toczą ich dzieję, tak długo, aż sprawa się nie wyjaśnia i cała historia nabiera inny obrót. Powiedzmy, że uprzedzenie zaczyna topnieć, resztę zostawię wam do odkrycia.

Jane Austen okazała się pisarką znakomitą, dokładnie taką jak pamiętałam. Niech dowodem będzie to, że czytałam "Dumę i uprzedzenie" dwa razy, a mi się to nie zdarza. Tak bardzo chciałam ją wam zrecenzować. To klasyk, który bawi i zapewnia świetną rozrywkę.. można więc stwierdzić, że dla wielu może się to okazać szokiem, ale tak jest naprawdę. Austen ma talent, jest zabawna, błyskotliwa i tworzy historię ciekawą z historii banalnej. Nie twierdzę również, że spodoba się każdemu, bo tak pewnie nie będzie, ale tak jest przecież zawsze. czyż nie? To po prostu autorka, o której poczuciu humoru i lekkim piórze warto przekonać się na własnej skórze. A jeśli nie macie odwagi, cóż, pozostaje wam jedynie uprzedzenie. Rozumiecie? Że klasyk.. że romans.. uprzedzenie.. takie zabawne.


czwartek, 4 sierpnia 2016

O serii, która okazała się zaskoczeniem. Słów kilka o Percy'm Jackson'ie .

Gdyby kilka miesięcy temu ktoś próbował mnie przekonać jak dobra jest to seria, cóż.. pewnie bym nie uwierzyła. A teraz spójrzcie na mnie. Oto ja. Główny niedowiarek świata czytelniczego, stoję przed wami próbując przekonać was, że powinniście przeczytać Percy'ego Jackson'a. Po prostu powinniście.



To nie książka tylko dla nastolatków, mimo, że mogliście słyszeć takie pogłoski. Mogę was zapewnić, że ja nastolatką nie jestem a lektura tej serii sprawiła mi ogromną przyjemność. Ogromnie ogromną. Percy Jackson jest młodym herosem, chociaż na początku nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. W wyniku kilku przypadków trafia do obozu herosów gdzie trafić zresztą powinien. Okazuje się, że nie jest synem byle kogo, bo samego Posejdona. Jednak to wcale nie jest taka dobra wiadomość biorąc pod uwagę, że przed laty Zeus, Posejdon i Hades uzgodnili, że nie będą mieć dzieci. A wszystko przez przepowiednię, która do samego niemal końca jest wielką niewiadomą.

Percy Jackson to jedna z tych serii, którą chętnie wcisnęłabym swoim rówieśnikom, rodzicom i dzieciom (których jeszcze nie mam). Co więcej, zapewniam was, że wszystkim by się spodobała. Rick Riordan to cudowny gawędziarz, a robi to z taką swobodą, że czytanie jego książek to czysta przyjemność. Czytając Percy'ego nawet nie zwracałam uwagi na czas. On po prostu płynął a ja byłam w swoim świecie, zupełnie pochłonięta tym co pan Riordan ma do zaoferowania. Zabawa była przednia. Czas mile spędzony. Historia ciekawa. Czego chcieć więcej?

Autor w sposób dla mnie idealny połączył mitologię z literaturą współczesną przez co jest to nie tylko przyjemna lektura, ale też można dowiedzieć się co nieco na temat mitologii. Wilk syty i owca cała. Można powiedzieć, że Riordan działa w wyższej sprawie i uczy nas najlepszą znaną mi metodą, przez opowiadanie. Jeśli wasze dzieci mają problemy z zapamiętaniem mitologii, albo je po prostu nudzi, podsuńcie im Percy'ego. Wierzcie mi na słowo, po przeczytaniu kilku stron nie będą mogły się oderwać od lektury. Ja nie mogłam, a mam 23 lata. Poza tym każdy w końcu musi trafić na swoją pierwszą książkową niespełnioną miłość, więc dlaczego nie miałby to być Percy Jackson? To taki Harry Potter mitologi greckiej. Seria wypełniona po brzegi ciekawymi zwrotami akcji i znakomitymi bohaterami, która sprawia, że nawet 70 latek nie będzie mógł się powstrzymać przed sięgnięciem po kolejną część. Gdyby tomy mi się nie skończyły pewnie dalej bym ją czytała, taka dobra jest.

Riordan ma prosty, zabawny styl. Nie szuka dziury w całym, szybko przechodzi z jednej akcji do drugiej. Ma niewiele wspólnego z Kingiem, a straciłam dla niego głowę. Jaka to była dobra lektura! Naprawdę nie miałam zamiaru jej kończyć, ale sumienie nie pozwoliło mi czekać ani dnia dłużej. Po przeczytaniu trzech pierwszych tomów siłą zmusiłam się do odłożenia dwóch ostatnich na później. Kiedy to później nadeszło, nic nie mogło mnie powstrzymać. Poczucie humoru autora, wyobraźnia, nawet dialogi.. oj polubiłam się z Riordanem. Dlatego jeśli zastanawiacie się czy powinniście sięgnąć po tą serię, cóż.. powinniście tak szybko jak to możliwe. Nie twierdzę, że się zakochacie. Nie mówię również, że to będzie najlepsza seria waszego życia. Jednak może być, więc nie ryzykujcie nie czytania jej. Wiecie.. czasami lepiej coś zrobić i żałować (a nie będziecie żałować), niż nie zrobić i żałować, że tego nie zrobiliście. Jasne?

Zabierzcie więc swoje dzieci, rodziców, wujki, ciotki, braci, siostry, nawet dziadków, i zróbcie małą terapię relaksacyjną z Percym. To seria. która ma szansę łączyć pokolenia. To seria, którą ja pokochałam od kilku pierwszych stron, chociaż zupełnie się tego nie spodziewałam. Uwielbiam takie niespodzianki i takich autorów. Co tu dużo mówić.. bardzo miło z Riordana strony, że postanowił się z nami podzielić tak cudowną serią.

piątek, 22 lipca 2016

Pan Mercedes, Znalezione nie kradzione, Koniec warty.. Czyli bez ładu i składu o trylogii Kinga (wspominałam, że go kocham?)

Zbieram się w sobie od ponad miesiąca żeby coś napisać. O książkach oczywiście. Swoją drogą, nie mam aż tyle zaległości w pisaniu. Nie mogę mieć, skoro w ostatnim czasie prawie nie czytam. JEDNAK minął ponad miesiąc a ja zniknęłam ot tak, to takie do mnie podobne.. a ponieważ niezrecenzowane książki śnią mi się po nocach, nie mam zbyt dużego wyboru.. zacznę więc od Kinga, bo to on najbardziej wyżera moje sumienie. 

Kiedy przeczytałam "Pana Mercedesa" byłam mile zaskoczona. Być może dlatego, że słyszałam dużo nie tak pochlebnych opinii na jego temat od ludzi Kinga czytających, czyli takich jak ja. Bałam się, że będę zawiedziona, moje kingowskie serce zostanie złamane i nigdy nie dojdzie do siebie. Tak się jednak nie stało. Przeczytałam pierwszą część trylogii w zawrotnym tempie i nie mogłam się doczekać (wierzcie mi na słowo, naprawdę nie mogłam się doczekać) kiedy dostanę część drugą..

... w sumie miałam zamiar ją kupić, ale naprawdę ją dostałam. Od wydawnictwa. Dlatego, że wyraziłam swoje oburzenie pod zdjęciem na facebookowej stronie Albatrosa, kiedy wspomniane wydawnictwo postanowiło dać mi nadzieję pisząc, że King będzie w Polsce. Oczywiście był to żart, który odbił się na mojej psychice, jednak mój komentarz tak rozbawił Albatrosa, że postanowili dać mi książkę. Nie narzekałam na taki obrót sprawy, ale takie żarty są karygodne i brutalne. Więcej nie zniosę.

"Znalezione nie kradzione" było recenzowane na tym blogu (sprawdziłam) i jeśli chcecie możecie to sprawdzić tu. Sama przeczytałam raz jeszcze i przypomniałam sobie te wszystkie emocje, które towarzyszyły mi przy drugiej części zakończonej już serii. Tęsknię za nią, a skończyłam przygodę z detektywem Billem, cóż.. prawdopodobnie miesiąc temu. Szczęśliwi czasu nie liczą.


Dzisiaj jednak nie będę wracać już do dwóch poprzednich części, a przynajmniej nie w tej recenzji. Być może na dniach pojawi się coś na moim youtubowym kanale, ale jak się człowiek zatnie to czasem trudno się odciąć.. tak czy inaczej.. część trzecia.. Koniec Warty.

"Koniec warty" to dobre zakończenie trylogii Kinga. Powiedziałabym, że bardzo dobre, ale nie chcę zostać zjedzona. Jeszcze nie. Pamiętajcie, że nie jestem krytykiem literackim. Cieszą mnie proste rzeczy. Nie szukam w każdej powieści drugiego dnia. Ja po prostu doceniam. Kinga doceniam bardziej niż innych autorów. Nazwijmy to nicią porozumienia między pisarzem a czytelnikiem, więzią dla mnie niezrozumiałą.

Kocham tą trylogię. Tak naprawdę jest. Nie będę wam opowiadać fabuły. Nie wspomnę, która część jest najlepsza, a która najgorsza. Nie będę was również obsypywać rzeczami na temat tych trzech książek, które zostały już zapewne powiedziane przez niejednego. Doceniam każdą chwilę spędzoną z Kingiem, bo dla mnie nigdy nie jest to chwila stracona. Doceniam to, że mimo przydomku króla horrorów, uparcie nie daje się zaszufladkować. Doceniam również fakt, że w jego powieściach czuć Kinga. A King nie śmierdzi. Jakkolwiek to nie brzmi.

"Koniec warty" to ta część, na którą czekałam, i której przeczytania się obawiałam. Bałam się tego jak autor zakończy tą historię, a wiedziałam, że to koniec. Nie chciałam zakończenia, ale przyszło. Dodatkowo King dał nam jasno do zrozumienia, że więcej Hodgesa nie będzie, nie ma co się łudzić, żywić nadzieję.. chociaż kto wie? Może jakiś horror z szalonym detektywem w tle? Na nic więcej liczyć nie możemy. Jednak rzecz najważniejsza... czy mi się podobało?

To King, a King to człowiek bez ograniczeń. Ile razy wam to już powtarzałam? Nie mam pojęcia.. ale chciałabym poznać tego, kto stworzył tak cudowną, nieograniczoną niczym wyobraźnię. Jego wolny umysł widać w każdym słowie i w każdym zwrocie akcji. To są jego książki. Jego historię. Jego sposób na zabawianie (albo doprowadzanie do emocjonalnej rozpaczy) czytelników, ludzi, którzy rozumieją, którzy doceniają i proszą o więcej. Wiem, że wielu czytelników się ze mną nie zgodzi, wiem, że to nie pisarz dla każdego, i uwierzcie mi na słowo, słyszę i rozumiem, kiedy ktoś mówi, że King jest nie dla nich. King nie polubił się z moim tatą chociaż mamy wspólne geny, więc i z wami nie musi się lubić;) jednak wiem również, że są tu tacy, którzy go rozumieją. Czytelnicy czytający wstępy i zakończenia na bezdechu. Czytelnicy rozumiejący ten fenomen. Czytelnicy bojący się, że Kinga więcej nie będzie..

.. i teraz przechodzę w końcu do sedna i podsumowania trzeciej części. Po jej przeczytaniu boję się, że Kinga kiedyś nie będzie. Boję się, że książka, którą trzymam w ręce może być jego ostatnią, mimo, ze czekają dziesiątki jeszcze nieprzeczytanych. Boję się, ponieważ to autor, który powoduje, że wiem z jakiego powodu czytam. "Koniec warty" to być może moja ulubiona część, nie powiem wam tego na pewno, chociaż wiem, że ludzie znający się na książkach bardziej mogą się ze mną nie zgodzić. King nie jest mistrzem kryminałów. Nie musi być. Dla mnie jest mistrzem słowa. Lubię jego niepowtarzalność i niepohamowanie. Lubię to jak kreuje historię w tej części, w całej trylogii. Podoba mi się to jak ją kończy, mimo, że miałam przez to kryzys tożsamości. King nie zostanie nazwany mistrzem kryminałów. I dobrze. Wiem, że jemu na tym nie zależy, więc dlaczego ja mam się wściekać? Dlaczego mam ciskać gromy tylko dlatego. że ktoś może za nim nie przepadać? Nie będę tego robić z jednego (może dwóch powodów)..

... uwielbiam Kinga i rozumiem. To wszystko. Cała tajemnica mojej więzi z tym autorem.

Zapytacie więc czy warto sięgnąć po tą trylogię? Nie wiem. Sięgajcie po książki, które dają wam szczęście. Ta trylogia dała mi mnóstwo szczęścia, więc niech to będzie odpowiedź na wszystkie pytania.

poniedziałek, 13 czerwca 2016

O Sarze J. Maas, trzech pierwszych częściach Szklanego Tronu i zbiorze opowiadań.

Do pierwszego tomu Szklanego Tronu mam szczególny sentyment (mimo, że nie była to najlepsza książka jaką czytałam), ponieważ to właśnie on był pierwszą, zupełnie spontaniczną książką, jaką zrecenzowałam na swoim kanale. Minął prawie rok, który swoją drogą zleciał bardzo szybko, i w końcu przeczytałam kolejne części i zbiór opowiadań. Cieszę się, że nie zrezygnowałam po pierwszym tomie bo później jest coraz lepiej. 


Szklany Tron opowiada historię Celeany, która z zawodu jest nie byle jaką płatną zabójczynią, jednak poza tym jest kimś więcej. Bardzo chciałabym wam powiedzieć coś na ten temat, ale zostałabym wtedy królową spoilerów, więc idźmy dalej. Celeana zostaje wyciągnięta z Endovier (obozu pracy) przez uroczego księcia, który pragnie żeby reprezentowała go w turnieju królewskim, w którym nagrodą jest, jakże szlachetna pozycja, królewskiego obrońcy. Tak mniej więcej zaczyna się ta historia i przyznam szczerze, że to całkiem przyjemny wstęp..

... aczkolwiek pierwszy tom nie porwał mnie jakoś szczególnie. Oczywiście między księciem i zabójczynią pojawia się uczucie, i trochę się krzywiłam czytając to, ale mimo moich obaw, autorka rozwiązuje całą sytuację naprawdę sprawnie i dalsze losy (według mnie) są o wiele bardziej interesujące niż sam początek. Nie zabrakło tu ukochanego trójkąta miłosnego. Nie zabrakło zwrotów akcji. Nie zabrakło gorszych i lepszych rozwiązań. Na plus, ogromny według mnie, zaliczam to, że te książki są naprawdę z tomu na tom coraz lepsze, chociaż czytałam już recenzję zupełnie odwrotną.

Czytając Szklany Tron możemy zobaczyć jak autorka rozwinęła się jako pisarka. Z tomu na tom język jest płynniejszy, a rozwiązania fabularne ciekawsze. Nawet pojawiające się postaci wzbudzały we mnie większą ekscytację. Nie wspominając (a jednak) o tych coraz piękniejszych okładkach, chociaż nie okładkami książki żyją. Seria Szklany Tron to intrygująca historia, w której autorka nie boi się nie zawsze oczywistych rozwiązań. Chyba dlatego sięgnęłam po tom drugi, ponieważ zakończenie części pierwszej udowodniło mi, że Maas nie ma zamiaru podlizywać się czytelnikowi, a jak wiecie, ja taką postawę podziwiam i szanuję. Może nie jest to moja najukochańsza seria, być może nie oszalałam na jej punkcie aż tak bardzo, i może nawet mogłabym bez niej żyć.. problem w tym, że bardzo mi dobrze z jej obecnością w moim czytelniczym światku. To seria, po którą warto sięgnąć chociażby dla fantastycznie wykreowanej głównej bohaterki kobiecej, która zdecydowanie jest moją ulubienicą i mam nadzieję, że w dalszych tomach ciągle będzie trzymać fason.

Jeżeli chodzi o zbiór opowiadań, to nie straciłam dla niego głowy. Owszem, to ciekawy dodatek dla samej serii, który w sumie mógłby być po prostu prequelem. W zbiorze zostało wyjaśnionych wiele spraw, o których autorka wspomina w serii i naprawdę warto po niego sięgnąć, ale na pewno bałabym się stwierdzenia, że jest to coś w rodzaju must read. Byłam przerażona i utwierdzona w przekonaniu, że MUSZĘ go przeczytać przed tomem drugim, a jak się okazało, nic nie muszę. Sięgnęłam po tom drugi, w międzyczasie czytając Zabójczynię, i jak widzicie mam się całkiem nieźle, poza tym, że strasznie źle mi się dzisiaj pisze, i być może nie powinnam wypisywać tu bzdur, ale napisanie tej recenzji naprawdę odwlekam w nieskończoność od dwóch tygodni. To karygodne.

Nie przedłużając mojej złej pisarskiej passy, przejdę do rzeczy. Jest to seria, po którą zdecydowanie warto sięgnąć, nie tylko ze względu na zwalające z nóg okładki. To ten rodzaj historii, która z tomu na tom jest lepsza, bardziej intrygująca, o wiele bardziej wciągająca i rozwinięta. Podobało mi się to, że nie wiedziałam jak skończy się rozdział, nie mówiąc już o samych powieściach. Co mi się jeszcze podobało? Hym.. wyjątkowo nie przeszkadzał mi trójkąt miłosny, a to już naprawdę coś. Nie przeszkadzały mi również najbardziej irytujące postaci, co również jest niezłym wyczynem. Byłam pod wrażeniem magii opisanej i tej znajdujące się pomiędzy wersami. Nie łudziłam się, że będzie to moja ulubiona seria, więc być może brak oczekiwań sprawił, że byłam naprawdę pod wrażeniem. Nie pod takim wrażeniem jak po przeczytaniu Kronik Amberu czy Wiedźmina, ale pod wrażeniem wystarczającym, żeby zrozumieć zachwyt innych czytelników nad tą serią. Poza tym, w dniu dzisiejszym raczej nie jestem w stanie napisać niż lepszego, więc pozostaje mi tkwić w zazdrości. Ewentualnie złamać tkwiącą na mnie klątwę niezapisanej strony.

Czytajcie Szklany Tron. Po prostu warto.

poniedziałek, 23 maja 2016

Nie tak źle, nie tak dobrze. O Colleen Hoover i "Ugly Love".

Colleen Hoover. Ugly Love. Nie wiem co powiedzieć.

Autor: Colleen Hoover
Tytuł: Ugly Love
Tytuł oryginalny: Ugly Love
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 338
Przekład: Piotr Grzegorzewski

Nie jestem rasowym czytelnikiem powieści romantycznych, to już o mnie wiecie. Myślę, że swój zapał do czytania tego typu książek skończył mi się na przeskoku z podstawówki do gimnazjum (przeczytałam miliony powieści romantycznych dla młodzieży) a wypalił się niemal doszczętnie po przeczytaniu serii Zmierzch, której w sumie nie skończyłam o ile dobrze pamiętam. Jednak każdy ma swoje grzeszki, a moim jest Colleen Hoover. Po przeczytaniu Hopeless wiedziałam, że zaprzedałam duszę diabłu, a Maybe Someday wbiło mi gwóźdź do trumny. Dwie niesamowite powieści, w dodatku powieści romantyczne! Kto to widział? No i dzisiaj jestem. tu. przed. wami. z . powieścią. nie. tak. dobrą. ale. też. nie. tak. złą. No.

Tate postanawia zamieszkać u swojego brata, który jest pilotem więc więcej go nie ma niż nie. Miles jest przyjacielem brata Tate. Tate i Miles czują do siebie pociąg fizyczny. Postanawiają uprawiać niezobowiązujący seks i wychodzi jak wychodzi, czyli w sumie nie wiem co myśleć. Ach! Miles też jest pilotem, więc wygląda bosko w tym swoim mundurku.

Kiedy jeszcze nie zaczęłam czytać Ugly Love troszkę się bałam, że śmierdzi Greyem. Na szczęście okazało się, że mimo kilku łóżkowych scen Grey nawet do pięt tej książce nie dorasta. Hoover pisze lepiej, jej styl nie brzmi jak powieść pisana przez przedszkolaka i co więcej, jak to z Hoover bywa, książka ma sens, całkiem ciekawą, nieco popapraną fabułę. Brawo Hoover.  Poza tym główny męski bohater nie jest psychopatą lubiącym znęcać się nad kobietami, tylko dlatego, że w wieku 15 lat był czymś jakby męską prostytutką starej baby a główna postać żeńska nie jest infantylną dziewczyną wzdychającą do swojej wewnętrznej nimfy. Brawo Hoover.

Jednak to nie Maybe Someday. To nie książka, która sprawiła, że miałam ciarki na ciele. To nie książka, która sprawiłaby, że pokochałam autorkę, tak jak udało się to jej wcześniejszym dziełom. Niby wszystko jest w porządku, niby sama fabuła i pomysł na stworzenie przeszłości głównych bohaterów jest iście Hooverowski, czyli w dziesiątkę. I naprawdę, naprawdę lubię poczucie stylu i humoru autorki, ale.. ale, ale, ale. Sceny seksu były żenujące, nie dla mnie, ale w całym ogólnym zarysie. Nie wiem jaki jest sens kilkustronicowego opisu wkładania i wyciągania. Raz po raz. Nie szukam wymówek, wiedziałam na co się piszę, wiedziałam, że będzie tu małe co nieco, ale byłam ciekawa historii. To historia dobra, ale ponarzekać muszę na ten erotyk w tle, który sprawia, że się wzdrygam czytając takie dyrdymały.

Lubię Hoover. Jest niebanalna. Potrafi zaskakiwać. Lubię to, że zazwyczaj nie idzie na łatwiznę. Uwielbiam zarys fabularny Ugly Love, naprawdę. Podoba mi się również forma w jakiej ta książka powstała. Jednak nie przeczytałam jej na bezdechu, nie zakochałam się bez reszty, nie poczułam mrowienia ani nic z tych rzeczy. Według mnie książka byłaby lepsza bez tych, mogłoby się wydawać, na siłę wciśniętych opisów seksu. Pani Hoover nie musi tego robić bo jej książki są fantastyczne bez tych tanich zabiegów. Niech to zostawi lepiej zawodowcom, którzy może nie potrafią pisać o niczym innym. Ona potrafi. Potrafi i robi to dobrze. Z reguły bez zarzutu, ale nie tym razem. A szkoda, bo to mogła być kolejna świetna historia, gdyby nie to uczucie zażenowania, które towarzyszyło mi za każdym razem kiedy dobra książka zamieniała się w tani erotyk. I nie było to zażenowanie sceną, ale faktem, że czytam coś tak idiotycznego. Ciągle jednak panią cenię pani Hoover i niech tak zostanie.

środa, 18 maja 2016

Autor, który potrafi. Stephen King "Dallas'63"

Stephen King to autor, o którym uwielbiam pisać, głównie dlatego, że nigdy nie zawodzi. Przynajmniej do tej pory i mam nadzieję, że będzie tak zawsze. Nawet jego nienajlepsze powieści mają w sobie coś takiego, że trudno je nazwać kiepskimi. A może to po prostu sentyment? Sama nie wiem. Dzisiaj jednak przychodzę do was z powieścią, która nie potrzebuje sentymentu, taka epicka jest. 


Autor: Stephen King
Tytuł: Dallas'63
Tytuł oryginalny: 11/22/63
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 850
Przekład: Tomasz Wilusz

Dallas'63 zostało wydane w roku 2011 i zdecydowanie da się odczuć, że to nowy King (którego kocham równie mocno jak dobrze nam znanego "starego" mistrza horrorów"). W tej nowszej odsłonie King nie straszy już tak bardzo, ale ciągle zachwyca. Mnie być może zachwycił nawet bardziej.. ostatni raz byłam tak wniebowzięta po przeczytaniu kolejnego tomu Mrocznej Wieży czy Bastionu. To nie kolejny horror, chociaż autor pewnie nie byłby sobą gdyby nie dodał kilku szczegółowo opisanych, stosunkowo krwawych scen. Koniec końców to King,  a King w każdej wersji lubi tworzyć nasze koszmary.

Jake Epping jest nauczycielem w liceum, byłym mężem alkoholiczki (jeśli wierzyć doniesieniom, byłej-alkoholiczki) i człowiekiem, który często znajduje się w złym miejscu o złej porze, chociaż wiele osób może uważać inaczej. Nie będę wam mówić jak to się staje, że może podróżować w czasie, bo nie wyjaśnię tego tak dobrze jak autor bez rozpisywania się na kilka stron. Jake Epping po prostu przechodzi do roku 1958, dokładnie o godzinie 11:58. I bez znaczenia ile czasu spędzi w przeszłości, w teraźniejszości za każdym razem trwa to dokładnie 2 minuty. Jednak przechodząc do sedna.. Jake ma dwie misie do spełnienia: osobistą (próba uratowania rodziny znajomego) i tą zleconą (próba uratowania Kennedy'ego). Jak jednak możecie się domyślić, nic nie jest takie proste na jakie wygląda, a przeszłość bardzo nie chce być zmieniona.

King serwuje nam historię z polotem, o której trudno zapomnieć. Serwuje również powrót do przeszłości, kiedy ku zaskoczeniu czytelnika (miłemu, muszę dodać) wplata wątki z jego innych powieści. Już niemal zapomniałam jak cudowne TO było, ale King nie daje o sobie zapomnieć nawet we własnych działach. Jakkolwiek to nie zabrzmi. Co mogę wam powiedzieć? Że pokochałam tą książkę? Że ciągle o niej myślę, chociaż minął już tydzień? Że ciągle nie mogę się zebrać żeby oddać jej wielkość w słowach? Że nie powinnam zaczynać od "Że"? Jednak to wszystko prawda. King skrywa w sobie bestię i pisząc tą powieść spuścił ją ze smyczy. To nie tylko dobra książka. To książka wybitna. Genialna. Fascynująca. Imponująca. To dzieło przejmujące i pozostawiające nas z niedosytem. To dziecko, które chciałabym stworzyć, gdybym mogła. Nie mogę, więc nie ma dyskusji.

A to zakończenie! To najlepsze, najbardziej wzruszające zwieńczenie historii z jakim miałam do czynienia. I nie chodzi mi tylko o powieści Kinga, ale książki każdego autora, którego miałam okazję do tej pory przeczytać. Płakałam jak bóbr, byłam trochę zła, ale rozumiałam pobudki autora i jego wizję, która wspaniałą wizją jest. Czasami go nienawidzę za to jakim dobrym, przejmującym autorem potrafi być.. jednak jest to nienawiść wypełniona miłością, więc mój platoniczny związek czytelniczy z tym autorem jest bardzo intensywny.

Kocham Kinga. Kocham Dallas'63. Kocham każde zdanie, każde słowo, które wyszło spod jego pióra. Kocham. Kocham. Kocham..

Czasami zastanawiam się co będzie jak już go nie będzie. Wiem, że przede mną jeszcze sporo Kinga do przeczytania, ale już teraz nie potrafię sobie wyobrazić roku bez kolejnej jego, nowej, świeżo napisanej książki. To autor, którego nie spotyka się często.. przynajmniej na mnie rzadko kiedy pisarz wpływa tak bardzo żeby chcieć o nim pisać i nie móc skończyć. Dlatego też piszę, o nim.. o jego książkach. Dallas'63 to książka, z której jestem dumna, mimo, że to nie moje dzieło. Nie będę wam powtarzać jak żałuję, ale taka jest smutna prawda. To powieść, z której jestem dumna, ponieważ to dowód dla każdego, że King wybitnym pisarzem jest. Nie dobrym. Nie bardzo dobrym. King jest wybitny i staram się z tą jego wybitnością pogodzić.

Przeczytajcie więc Kinga. Przeczytajcie Dallas'63. Dajcie się porwać. Uwieść. Zachwycić.

To powieść, która na to zasługuje.

Cholera, jak ja kocham Kinga. 


czwartek, 5 maja 2016

Spotkanie pierwszego stopnia z Percy'm Jackson'em

Wierzcie mi na słowo.. nie tak miało wyglądać moje życie. W tym wymyślonym Harry'ego i Percy'ego miałabym za sobą przed osiemnastką. A teraz spójrzcie na mnie.. stara krowa, 23 prawie na karku i będę zachwycać się literaturą typowo młodzieżową.. oczywiście drażnię się z wami tylko. Celowo jakby nie patrzeć. Książki wiek nie interesuje, ja za to zakochałam się w obu seriach bezgranicznie, ale dzisiaj skupię się na tej, której trzy części dosłownie połknęłam w oka mgnieniu.


Pozachwycam się przez chwilę nowym wydaniem, dobrze? Bo wstyd się przyznać, ale czekałam na nie z nadzieją i koniec końców, to dzięki niemu wzięłam się za tą serię. Nie wiem jak było w wydaniu poprzednim, ale tutaj okładki tworzą idealną symbiozę, nie mówiąc już o grzbietach, które prezentują się fantastycznie. I mimo, że okładka to nie rzecz najważniejsza, a właściwie dodatek, to i tak serce się raduje na widok tego wydania. Nic na to nie poradzę. Wstyd, wstyd, wstyd.

A teraz posłuchajcie krótkiej historii o moim pierwszym spotkaniu z dobrze znanym herosem. Kiedy kupiłam tą serię musiała trochę odleżeć na półce, ale i tak miała szczęście bo nie był to okres długi. Tydzień. Może dwa. Już widzę jak inne książki, które leżą nieprzeczytane od roku, wściekają się i wyrywają sobie strony.. z głowy? W każdym razie sięgnęłam po część pierwszą nie oczekując niczego. Zauważyłam, że tak jest po prostu lepiej. Czysty umysł, zero zbędnych oczekiwań. Zaczęłam czytać. Uśmiechać się do siebie. To dobry znak! Czytałam, czytałam, czytałam.. minęły 3 dni a ja dalej czytałam. Morał z tej opowieści taki, że przeczytałam trzy tomy na raz i musiałam się powstrzymywać przed sięgnięciem po dwa kolejne, bo kto to widział czytać od razu całą serię?

Czy muszę mówić jak bardzo Percy i jego przygody przypadli mi do gustu? Zaprzyjaźniliśmy się od pierwszego rozdziału i od razu wiedziałam, że będzie to przyjaźń naprawdę solidna. Wiem, wiem.. mam 23 lata. Pewnie powinnam wziąć się za jakąś ambitniejszą literaturę. Ale po co? Nie chcę. Nie muszę. Poza tym, to naprawdę wciągająca seria jest. Pouczająca przy okazji. Nie wspominając o tym, że oporni na mitologię mogą z niej wynieść naprawdę sporo dobrego. Jakby tego było mało, Rick Riordan to niezły żartowniś i jego także polubiłam.

Przygody Percy'ego Jacksona, młodego herosa, który jest przy okazji sympatyczną, nieirytującą postacią, to jedna z najlepszych i najbardziej pomysłowych serii jakie miałam okazję czytać. Słowo się rzekło. Autor nie tylko genialnie wplata wątek mitologii greckiej, właściwie opiera na nim większość historii, ale też w sposób oryginalny posługuje się humorem lekkim, nienachalnym jak jego styl pisania. Przy okazji Rick Riordan znalazł sposób jak kształcić młodych ludzi bez krzyku i zgrzytania zębów, przez opowiadanie. Dzięki tej serii pewnie zapamiętam więcej na temat mitologii (którą uwielbiam swoją drogą), niż za czasów kiedy polonistka uparcie i z zapałem ślimaka próbowała wbić to mi i moim kolegom do głów. Głównie dlatego, że czytanie Percy'ego to przyjemność, a nie przymus. I kto mówi, że czytanie to strata czasu?

Uwielbiam takie niespodzianki. Coś z pozoru wyglądającego niewinnie, okazuję się strzałem w moje czytelnicze gusta. Może i oszalałam, ale zakochałam się w tej serii. Tak troszkę. A może bardzo, skoro nie widzę w niej żadnych wad. Moje pierwsze spotkanie z twórczością pana Riordana było ogromną przyjemnością. Czas spędzony z wykreowanymi przez niego bohaterami był nieziemską zabawą. Polecam, polecam, polecam.. Po stokroć polecam! Bez względu na to ile macie lat. Ta powieść to ten rodzaj historii, której czytanie jest niesamowitą, niezapomnianą przygodą. Czego więc chcieć więcej?

czwartek, 28 kwietnia 2016

Zrozumienie przychodzi z czasem. Donna Tartt "Szczygieł"

Po miesiącu czytania, wielu próbach i błędach, po morzu łez i złości, zawodów i niespodzianek, nareszcie przychodzę do Was z lekturą, która zachwyciła niejednego czytelnika. "Szczygieł" był moim utrapieniem przez dłuższy czas, ale zaparłam się i po dwóch tygodniach dumania nad tym co właściwie mam napisać, postanowiłam dać się ponieść własnym myślą. Lepiej nie będzie.


Autor: Donna Tartt
Tytuł: Szczygieł
Tytuł oryginalny: The Goldfinch
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 839
Przekład: Jerzy Kozłowski

Kiedy Theo wychodzi ze swoją mamą z mieszkania, nie ma pojęcia, że ten dzień całkowicie zmieni jego dotychczasowe życie. Nie wie, że znajdzie się w złym miejscu o złym czasie, i w przeciwieństwie do swojej matki, ujdzie z tego z życiem. Po wybuchu bomby w muzeum budzi się wśród gruzu, spędza chwilę z umierającym mężczyzną i kradnie obraz. Oczywiście nie ma złych intencji, nie miał zamiaru zostać złodziejem i prawdopodobnie gdyby wiedział jaki wpływ Szczygieł będzie miał na jego życie, nigdy by tego nie zrobił. Jednak stało się. Słowo się rzekło. Rzecz się stała, a obraz będzie jego podporą w przyszłym życiu, ale też doprowadzi go do lekkiej obsesji.

Wyjątkowo postanowiłam zacząć od rzeczy, które nie do końca przypadły mi do gustu. Szczygieł, mimo niezaprzeczalnych walorów językowych, momentami dręczył graniem na zwłokę. Czasami miałam wrażenie, że autorka nie do końca wie co teraz, więc postanowiła napisać cokolwiek. Nie potrafię również do końca określić o czym była ta książka, a właściwie jaki płynie z jej sens. Zakochałam się w wielu rzeczach, jednak jej fenomen okazał się na mnie nie do końca działać. Czy to oznacza, że jestem okropnym nicponiem i nieznającym się czytelnikiem? Być może. Jednak, muszę to przyznać, momentami strasznie się nudziłam..

.. a momentami świetnie bawiłam. Stąd pytanie, co się właściwie stało? Nie jestem jeszcze do końca pewna co dokładnie myślę o tej książce. Jak na mnie zadziałała. Próbuję strawić jej treść i racjonalnie podejść do sprawy, ale to trudniejsze niż mogłoby się wydawać. Z jednej strony historia naprawdę przypadła mi do gustu, może nie zachwyciła, ale doceniam jej literacki fenomen i język jakim została napisana. Z drugiej jednak strony, były momenty kiedy po prostu nie mogłam przebrnąć przez jakąś stronę i robiłam kilka podejść. Mimo mojego wielkiego szacunku dla autorki za fenomenalny język jakim się posługuje, miałam czasami wrażenie, że przedobrza.. a jak wszyscy wiemy, co za dużo do nie zdrowo.

Najmocniejszym, według mnie, elementem powieść, jest oryginalny pomysł i cudownie wykreowani bohaterzy. Być może nie powinnam tego mówić, ale trochę zakochałam się w postaci Borisa. To właśnie strony, na których pojawiało się jego imię, najbardziej utkwiły w mojej pamięci i dały mi najwięcej przyjemności z czytania. Boris to nicpoń, typ chłopaka, później mężczyzny, który sprowadza naszego głównego bohatera na bardzo złą drogę, oczywiście nie mając takiego zamiaru. Jego życiorys jest fascynujący, niesztampowy, a osobowość uwodzi czytelnika, chociaż nie powinna. Naprawdę nie powinna. Mogłabym się tu rozpisywać na temat bohaterów, aż zanudziłabym was na śmierć, ponieważ pani Tartt ma talent nie tylko językowy, ale również charakteryzatorski. W jej powieści pojawia się cała paleta bohaterów różnych, zachwycających, innych w swojej moralności, z historią w tle. Nikt nie pojawia się tu przypadkowo. i dobrze. Chwała autorce za to.

Szczygieł to opowieść o wpływie sztuki na nasze życie. O obsesji, ale o tym już na pewno słyszeliście. To również powieść, w której spotykają się różne środowiska i muszą jakoś ze sobą współpracować. To, koniec końców, ciekawa, inspirująca (momentami na siłę przedłużana) historia chłopca, który nie ma łatwego, przesłodzonego, różowego, polanego lukrem życia. I powiem to głośno (napiszę, niech będzie), naprawdę się ze Szczygłem polubiliśmy, chociaż ciężka czytelnicza droga za nami. Niemal 5 tygodni potu i krzyku, samodyscypliny, żeby nareszcie dobrnąć do końca i stwierdzić rzecz absurdalną, że historia naprawdę mi się spodobała. Może nawet polała się jedna lub dwie łzy. Może nawet zaśmiałam się czasami więcej niż raz. I na pewno zakochałam w bohaterach, szczególnie tym prawie najgorszym. Myślę, że to prawo natury. I mimo mojego kręcenia nosem i niezdecydowania, niepewności co do własnych odczuć, uśmiecham się kończąc tą recenzję. To była naprawdę dobra lektura, warta każdej minuty i każdego przewrócenia oczami.

środa, 20 kwietnia 2016

Jak on to robi? Pierce Brown "Red Rising: Gwiazda Zaranna" [PREMIEROWO]

To koniec. Wszystko przepadło. Ostatnia strona została przerzucona. Ostatnie słowo przeczytane. To smutne, że nie będę miała szansy przeczytać kolejnej części tej serii. Już za nią tęsknię, a przecież skończyłam ją czytać kilka godzin temu. Emocjonalna huśtawka za mną, teraz zadanie ważniejsze.. Jak was przekonać, że POTRZEBUJECIE tej serii w swoim życiu?

Autor: Pierce Brown
Seria: Red Rising
Tytuł: Red Rising: Gwiazda Zaranna
Tytuł oryginalny: Red Rising Trilogy #3: Morning Star
Wydawnictwo: Drageus 
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 585
Przekład: Małgorzata Koczańska

Przyszłość. Ludzkość została podzielona na kolory, rozrzucona po całym wszechświecie. Złoci to kolor rządzący, tyrani, zapatrzeni w siebie i swoje ideały. Czerwoni to rasa najniższa, zrzucona w podziemia Marsa, żeby utrzymać wszystkie kolory przy życiu. Wspominałam o tym w poprzednich recenzjach, więc dzisiaj dodam jedynie tyle, że Red Rising nie jest tym czym sobie myślicie. To coś więcej. To seria, która nie boi się ryzyka, dlatego tak bardzo za nią tęsknię kilka godzin po przeczytaniu ostatniej strony.

Kiedy w maju zeszłego roku sięgałam po pierwszy tom tej serii, cóż.. nie sądziłam, że stanie się dla mnie taka ważna. Później przeczytałam tom drugi i wiedziałam, że mam kłopoty. Teraz jestem świeżo po tomie trzecim, którego premiera wypada dzisiaj, i mam dreszcze na samą myśl o tym co jeszcze chwile temu działo się ze mną podczas czytania tej części. To niedorzeczne, żeby kilka słów wydrukowanych na papierze mogło tak wpływać na stan emocjonalny i fundować przejażdżkę rollercoasterem bez rollercoastera. To naprawdę nieprawdopodobne, panie Brown, że jest pan takim skurczybykiem.

Red Rising może brzmieć znajomo ze względu na podział społeczeństwa na kolory i hierarchię. Może się również wydawać, że to po prostu jedna z wielu serii, dystopijno-fantastycznych, które w ostatnim czasie serwuje nam wielu autorów. Swoją drogą, ja nie narzekam bo uwielbiam takie powieści, niestety ich pewnego rodzaju powtarzalność i przewidywalność zaczęły mnie męczyć. NA SZCZĘŚCIE Red Rising z powtarzalnością i przewidywalnością ma niewiele wspólnego. Pierce Brown nie boi się ryzyka i wie co robi. Prowadzi nas trzymając za rękę przez świat, w którym wszystko może się wydarzyć. Dlaczego? Ponieważ tak. Ponieważ tak mu się chce. Ponieważ to Pierce Brown. Kiedy zostajemy przez niego wyrwani z naszej czytelniczej strefy komfortu, trudno do niej wrócić. To (na szczęście) nie kolejna powieść, w której autor boi się zrobić coś nieprzewidzianego, wstrząsającego.. nie. Pierce Brown na drugie imię ma wstrząs. Tak przynajmniej podejrzewam.

I wiecie co? Płakałam. TAK! Płakałam, a nie uroniłam ani jednej łzy czytając Igrzyska śmierci. Co ze mną jest nie tak? Już wiem. Ta seria jest tak dobra, że nie mogłam się powstrzymać wiedząc co trzymam w rękach. Każda strona mogła zmienić całą historię o 180 stopni, i tak czasami było. Tu nic nie jest takie jak się wydaje. Każdy może umrzeć, wielu z nich właśnie tak kończy. Czytałam i czytałam.. a kiedy myślałam, że już wszystko będzie dobrze, że jestem bezpieczna, że mogę zacząć oddychać.. BAM! Pierce Brown udowadniał mi jak bardzo się myliłam. Jednak to ten rodzaj pomyłek, które uwielbiam, więc mogę mu wybaczyć. Przynajmniej tymczasowo, bo słyszałam, że pisze kolejną serię.

Jak zawsze po chaosie moich recenzji, musi nastąpić chwila nostalgii, zarodek powagi. Zaczynając tą przygodę nie sądziłam, że odkryję tak niesamowitą historię i młodego, genialnego autora. To powieść bez limitów i zobowiązań. To ten rodzaj historii, która porywa od 50 strony pierwszego tomu do 585 strony tomu ostatniego. Mimo, że czasami, nawet często, nie potrafię być poważna w tym co piszę (bo i nie o to mi chodzi w pisaniu) to wszystko co napisałam wyżej (a już naprawdę nie pamiętam co bredziłam) było prawdą. Jest prawdą. To najlepsza seria tego typu jaką miałam okazję czytać, najlepsza rozrywka od kilku miesięcy, i najsmutniejsze pożegnanie w ostatnim czasie. Targały mną sprzeczne uczucia, przeczytanie ostatnich rozdziałów odkładałam w nieskończoność..a kiedy ostatnie słowo było za mną, żałowałam, że nie mogę przeczytać jej jeszcze raz po raz pierwszy. Nie okłamuję was mówiąc, że potrzebujecie tej historii. To prawda. Chciałabym być na waszym miejscu i mieć ją jeszcze przed sobą. To była jedna z moich dwóch najbardziej wyczekiwanych premier tego roku, co oznacza, że już (niemal) mogę umrzeć spełniona. Dla takich historii stałam się czytelnikiem nałogowym. Dziękuję Panie Brown ( a zazwyczaj dziękuję tylko Kingowi).

Recenzja powstała za sprawą współpracy z wydawnictwem Drageus, któremu bardzo dziękuję za tą niesamowitą przygodę. Jednak chciałabym zaznaczyć, że recenzja nie jest zależna od tego czy dostałam książkę, czy sama ją kupiłam.. Gdyby mi się nie spodobało, na pewno bym wam o tym powiedziała. Znacie mnie. A teraz wynocha do czytania. Co tu jeszcze robicie?:)