wtorek, 26 stycznia 2016

Quentin Tarantino 'Nienawistna Ósemka' - recenzja filmu

To moja pierwsza próba zrecenzowania filmu na tym blogu i nie będę ukrywać, że jest to moment przerażająco ekscytujący. Dodatkowe palpitacje serca są spowodowane faktem, że nie jest to film byle jaki, i co ważniejsze, byle kogo. Quentin Tarantino to jeden z moich ukochanych, o ile nie najbliższy mojemu rozdygotanemu sercu, współczesny reżyser. I zanim opowiem wam wszystko na wstępie (moje serce aż się do tego rwą), spróbuję nieco ochłonąć i o niczym nie zapomnieć.

Tytuł: Nienawistna Ósemka
Tytuł oryginalny: The Hateful Eight 
Reżyseria: Quentin Tarantino
Scenariusz: Quentin Tarantino
Rok premiery: 7 grudnia 2015 (świat), 15 stycznia 2016 (Polska)

Quentin Tarantino wielkim reżyserem jest. Ja sama nie mam co do tego najmniejszych nawet wątpliwości. Jego problem polega jednak na tym, że można go kochać albo nienawidzić. Nie ma innej możliwości. Wszystko ze względu na jego specyficzny sposób tworzenia filmów, kreowania obrazów czy prowadzenia nas przez historie. Co więcej, nie zdarzyło mi się jeszcze spotkać osoby, która lubiłaby go (lub nie lubiła) tylko trochę. Jego oko może zafascynować, albo zanudzić. Ja, na szczęście, jestem zakochana w jego twórczości od początku do samego końca, więc nikogo nie powinien zdziwić fakt, że w tym momencie znajduję się w filmowej ekstazie.

Historia jaką przedstawia nam Tarantino, opowiada o grupce ludzi, uwięzionych w czterech ścianach przez śnieżycę. Większość filmu ma więc miejsce w Pasmanterii Minnie, która musi tymczasowo funkcjonować bez Minnie. O co chodzi, tego wam nie zdradzę, jednak przejdę dalej. Kiedy kilku mężczyzn i jedna kobieta trafiają pod wspólny dach, temperatura się podnosi, a wśród naszych bohaterów zaczynają pojawiać się niesnaski na tle rasowym czy społecznym. Mamy tu więc dwóch łowców głów, jedną pojmaną, kata, szeryfa, który być może nie jest szeryfem, kowboja-jakby-marzyciela, meksykanina-wielką-niewiadomą. woźnicę i starego wojskowego, który za ciemnoskórymi nie przepada. Warto dodać, że całość jest wykonana w klimacie westernu, który, jak możemy się przekonać, jest bliski sercu i oku Quentina Tarantino. 

Chwała wszystkim aktorom występującym w tym filmie za niesamowite przedstawienie. Oglądając to dzieło, trudno się nie zgodzić, że role były wprost stworzone dla nich. Kto wie? Może tak było naprawdę, biorąc pod uwagę fakt, że niektórzy z nich dość często i sukcesywnie występują w filmach tego reżysera. Szczególne pochwały należą się Tim'owi Roth'owi, który wcielił się w postać Oswaldo Mobray'a z rozmachem i wyczuciem nie często spotykanym wśród młodszego pokolenia. Moim aktorskim numerem dwa w tym filmie jest zdecydowanie genialnie wykreowana rola kobieca. W rolę Daisy Domergue wcieliła się Jennifer Jason Leigh, która już zgarnęła sporo nominacji do prestiżowych nagród, w tym do Oscara. Nikogo nie powinien ten fakt dziwić. Już od pierwszych scen Leigh daje z siebie wszystko i do końca nie ginie wśród wybitnych, męskich aktorów. Mimo wszystko, mimo tych wszystkich świetnie zagranych postaci, i nawet mimo tego, że obsada jest po prostu dobrana wybitnie, wśród wszystkich najjaśniej śni gwiazda Samuela L. Jacksona. Oglądając go na ekranie, miałam ciarki na ciele. Każde jego słowo, każdy ruch, nawet drgnięcie było wykreowane w sposób wybitny. Stąd moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że Samuel L. Jackson nie został nawet nominowany do Oscara za tę rolę. Nie będę jednak kłamać.. moje prywatne nominacje i te Akademii, często różnią się od siebie diametralnie.

Trudno nie wspomnieć o muzyce stworzonej przez wybitnego już Ennio Morricone (który dla odmiany został nominowany do Oscara za muzykę stworzoną do "Nienawistnej Ósemki"). Co prawda, jego praca w "Bękartach Wojny" spodobała mi się bardziej, nie oznacza to jednak, że i tym razem nie zrobił na mnie wrażenia. Prawda pozostaje jednak przytłaczająca. Ani muzyka, ani wybitna gra aktorów, nie uratowałyby filmu gdyby nie genialne oko reżysera. Quentin Tarantino zachwyca, miejmy ciągle nadzieję, że nie po raz ostatni. Przez bite trzy godziny siedziałam wpatrzona w wielki kinowy ekran, zastanawiając się jak ten człowiek to robi. Jeśli jesteście wyczuleni na sztukę i mieliście już szczęście oglądać "Nienawistną Ósemkę", jestem pewna, że zwróciliście uwagę na to jak reżyser manewruje kamerą. Siedząc na bezdechu nie mogłam pozbierać swojej szczęki z podłogi. Nie pamiętam kiedy po raz ostatni widziałam film z tak przemyślanymi, tak bezbłędnymi i zachwycającymi kadrami. Do teraz trudno złapać mi dech kiedy o tym myślę.

Siedząc tu i pisząc tych kilka słów, które i tak nie oddają tego co czuję, zastanawia mnie tylko jedno.. skąd tyle niepochlebnych opinii? Ten scenariusz, te dialogi, ci aktorzy, ten niesamowity reżyser.. wszystko dopełnia się w jedną, synchroniczną, idealnie współgrającą całość. Nie pokochacie tego filmu, jeżeli nie trawicie Tarantino, bo ten film to Tarantino sercem i duszą. To jak zwykle nieco popaprana wizja autora, który jak zwykle wyjaśnia wszystko pod koniec. To słodkie trzymanie w niepewności i sięganie do przeszłości. To hektolitry wylanej krwi, w sposób tak przerysowany, że tylko Tarantino mógł to stworzyć. Kocham ten film. Kocham Tarantino. Kocham jego popaprany umysł i to, że nie jest sztampowy. Może mam zbyt dużą słabość do tego reżysera.. może nie potrafię być wystarczająco krytyczna. Może. Nie zmienia to jednak faktu, że były to cudownie zmarnowane trzy godziny mojego życia w najlepszym towarzystwie jakie mogłam sobie wymarzyć. Niech więc będzie.


wtorek, 19 stycznia 2016

Podsumowanie Serii: Trylogia Angelfall, Susan Ee

Po dwa pierwsze tomy tej serii sięgnęłam około roku temu i były to jedne z pierwszych powieści zrecenzowanych na tym blogu. Pamiętam swoje oczekiwania wobec tej trylogii, pamiętam wielkie nadzieję i kilka rozczarowań. Kiedy przyszło mi się zmierzyć z kolejną, już ostatnią częścią, starałam się nie budować wielkich oczekiwań, bo ta trylogia wielką nie jest. Jednak o tym czym ta trylogia jest, więcej poniżej.



Penryn to nastolatka, której przyszło żyć w świecie postapokaliptycznym, o tyle ciekawym, że cała ta sytuacja została spowodowana nie przez nikogo innego, tylko przez anioły. TE anioły. Z białymi skrzydłami, czystymi sercami i łagodnym usposobieniem. Powiedzmy. Penryn spotyka Raffeego, kiedy temu zostają ucięte skrzydła. Chce je uratować, przy okazji, jak się okazuje, ratując swojego śmiertelnego wroga. Zacznijmy więc od pytania.. Kto z was ratowałby anioła w świecie, który został przez aniołów zniszczony..? Tak też myślałam. Poza tym Penryn ma również interesującą rodzinę. Mówiąc wprost, jej matka jest psychopatką, ojciec ich zostawił, i wygląda na to, że najnormalniejsza jest jej młodsza siostra.. zarówno na początku, jak i na końcu, mimo tego, że pod koniec nie jest już tą samą osobą.

Kiedy sięgałam po tą trylogię miałam ogromne oczekiwania. Po przeczytaniu streszczenia, pomyślałam, że to coś dla mnie, coś innego, zupełnie świeże spojrzenie na tego typu literaturę i tak dalej. Z bólem serca przyznaję, że się myliłam, chociaż mylić się (jak chyba każdy) nie lubię. Angelfall to zdecydowanie lektura wciągająca, co do tego nie mam wątpliwości. Przeczytanie dwóch pierwszych części nie zajęło mi nawet dwóch dni. Nie będę więc kłamać, że przeczytanie jej to jakieś szczególnie trudne zadanie, bo tak nie jest. Jednak mimo tego, że mnie zaciekawiła i naprawdę pochłonęłam ją z zawrotną szybkością, jest to trylogia raczej przeciętna, przerysowaną w mało atrakcyjny sposób i raczej dla czytelników młodszych, niż starszych. Poza tym, autorka nie wykorzystała całego potencjału, który pojawił się w jej pomyślę. Śmiem wręcz twierdzić, że poszła po najniższej bandzie i zamiast dzieła z potencjałem, stworzyła powieść średnią, wręcz przeciętna. A szkoda.

Zacznijmy więc od problemu, który w ostatnim czasie dotyczy sporej ilości powieści: romans w roli głównej. Jak już kiedyś mówiłam, miłość w tle jest zabiegiem dość przyjemnym, nawet pożądanym, tak długo jak nie wybija się na pierwszy plan. Chyba, że jest to powieść romantyczna, wtedy nie ma dyskusji. Jednak kiedy kupowałam te książki, nie znajdowały się one w kategorii powieści romantycznej, stąd moje obiekcje. Wszystkie możliwości zostały stłamszone przez romans, który momentami zakrawał o historie niczym z Harlequina. Te dialogi, te emocjonalne rozdarcia i często przelukrowane myśli.. to wszystko sprawiało, że lektura zamiast powalać, śmieszyła.. zamiast zachwycać, często nudziła. I nie chodzi nawet o to, że jestem przeciwna tego typu romansom.. nie. Uważam jednak, że mają one swoje miejsce w literaturze, a często nieumiejętność wplątywania miłości do książki kategorialnie innej, sprawia, że zamiast powieści fantastycznej, dostajemy powieść karykaturalną. Niestety, autorka tym razem posunęła się o jedno rozdarcie emocjonalne za daleko.

Poza tym, sama fabuła jak i postacie okazały się dość naiwne. Chociaż postacie nieco bardziej niż sama fabuła. Momentami miałam wrażenie, że autorka krąży w kółko i nie wie co ma zrobić, więc zamyka koło. Były oczywiście momenty naprawdę intrygujące, ciekawe, takie, które ratują moją końcową ocenę, jednak często zostawały one przyćmione przez półnagich aniołów, które w mojej wyobraźni jawiły się niczym bogowie greccy. Może troszkę żartuję, ale mam nadzieję, że rozumiecie o co mi chodzi. Czasami miałam wrażenie, że autorka naoglądała się za dużo Słonecznego patrolu, stąd to aż zbyt duże wyidealizowanie istot i tak, według ludzkiego rozumu, idealnych. Dodatkowo Penryn, która jest postacią ciekawą, jednak tylko troszkę. Do znudzenia przypomina często spotykane w powieściach nastoletnie bohaterki, które wzbudzają podziw mężczyzn, chociaż oczywiście same uważają się za przeciętne. Właśnie o to mi chodzi, tego oczekuję sięgając po powieść o apokalipsie z aniołami w roli głównej. Żartuję. Mały sarkazm na podgrzanie atmosfery.

Mimo moich gorzkich. przesiąkniętych sarkazmem słów, nie była to trylogia tragiczna, a część trzecia okazała się częścią najlepszą. Przynajmniej tyle. Jednak jest to seria raczej przeciętna, momentami nijaka. Powiedziałabym wręcz, że częściej nijaka niż zachwycająca. Czy spodoba się komuś? Niewątpliwie. Jestem pewna, że tysiące osób oszalały na jej punkcie skandują imię Raffeego pod Białym Domem. Jestem również pewna, że znajdzie się grono, które popiera moje zdanie. Powiem więcej, jestem pewna, że ta książka spodobałaby mi się bardziej jeszcze kilka lat temu. Większość nastolatków będzie zachwyconych, co ze starszą widownią? Cóż, myślę, że to rzecz gustu, ale jeżeli nie lubicie przelukrowanych postapokaliptycznych powieści, odradzam. Zostawcie tą pozycję osobą, które będą czerpać pełnię szczęścia z jej czytania. Ja byłam zadowolona, ale bardziej na 2+/3 niż na 5.


czwartek, 7 stycznia 2016

Stephen King "Mroczna Wieża III: Ziemie Jałowe"

Stephen, ach Stephen.. czasami zastanawiam się czy autor mojego życia przestanie mnie w końcu zaskakiwać, ale (na szczęście) wygląda na to, że nie. Mroczna Wieża to zdecydowanie jeden z moich faworytów roku poprzedniego, a jej kolejna część jest dobrze zapowiadającym się początkiem nowego roku czytelniczego. Ziemie Jałowe mnie zachwyciły. Porwały. Otumaniły. Na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie już życia bez tej serii, raz jeszcze, mówię to zupełnie poważnie.

Autor: Stephen King
Tytuł: Mroczna Wieża III: Ziemie Jałowe
Tytuł oryginalny: The Dark Tower III: The Waste Lands
Wydwanictwo: Albatros
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 557
Przekład: Zbigniew A. Królicki

Po tym jak Roland dogonił Człowieka w Czerni i powołał Trójkę, nadszedł czas na zmierzenie się z pierwszymi przeszkodami na drodze do tajemniczej Mrocznej Wieży. Mimo zagadkowego tytułu, o ziemiach jałowych autor wspomina niewiele, chociaż nie możemy mu zarzucić, że całkowicie pominął temat. Ba! Można wręcz powiedzieć, że podsunął go czytelnikowi w momencie największego rozchwiania emocjonalnego. To jednak nie one są głównym bohaterem historii, może to i lepiej.. King już i tak zabawia się z nami w bardzo niebezpieczną grę. Właściwie to on się bawi, my jesteśmy zabawką.

Sir Roland pod Mroczną Więżą stanął.. to jeszcze nie ten czas, ale wygląda na to, że jedna z moich największych miłości literackich ruszyła właśnie z kopyta ku swojemu przeznaczeniu.. nie mam jednak pewności czy dotrze na miejsce, biorąc pod uwagę sposób w jaki autor kończy ten tom.. jestem na etapie zastanawiania się czy King jest zdolny do zabicia głównego bohatera, kiedy przede mną jeszcze tyle tomów? Z nadzieją patrzę przyszłość i trzymam kciuki żeby Roland towarzyszył mi do końca podróży.. do jej sedna, czyli do Mrocznej Wieży. Ta przeklęta Mroczna Wieża to teraz również moja obsesja. Nastrój panujący na stronach tej książki udziela się, momentami aż za bardzo.

Przez ostatnie dni niewiele spałam. Budzę się w nocy i rzucam na łóżku nie mogąc znaleźć sobie miejsca.. nie mogąc przestać myśleć. No dobrze, może to zabrzmiało trochę zbyt wyniośle. W każdym razie przez ostatnie kilka nocy śnią mi się losy Rolanda i nic na to nie poradzę. Być może to sposób w jaki reaguje czytelnik kiedy trafia na coś tak wyjątkowego, że trudno wyjaśnić o co tyle krzyku. Doskonale wiecie, że uwielbiam Kinga. Cóż.. nazwałabym to wręcz obsesją. Nie wstydzę się tego. Jednak ta seria (a przynajmniej jej pierwsze trzy tomy) to zdecydowanie coś więcej niż tylko kolejne powieści Kinga, odhaczone na liście przeczytanych książek tego autora. Mroczna Wieża to seria, która diametralnie zmieniła moje postrzeganie dobrej literatury. Książki, którymi się zachwycałam wydają się teraz raczej blade, nieco zamazane, nieco niedopracowane. Poza tym, ta seria to kilka tomów, do których trzeba dorosnąć.. niekoniecznie wiekowo, ale zdecydowanie emocjonalnie. Ewentualnie pozwolić żeby King pomógł nam do tego dojść.

Ziemie Jałowe to ten rodzaj powieści, którymi czytelnik uwielbiam się delektować.. pod warunkiem, że jesteście czytelnikami takimi jak ja. King przeciera nowe szlaki dla innych autorów, pokazuje, że wyobraźnia to coś bez limitu, tak długo jak mamy odwagę tą wyobraźnię używać i dajemy jej dojść do głosu. Pisząc tych kilka słów mam ciarki na ciele i łzy cisną mi się do oczu. Muszę przyznać, że zawsze podchodziłam zbyt emocjonalnie do literatury. Zawsze szukałam nieokreślonego przez samą siebie celu. Wyobraźcie sobie jakie było moje zdziwienie, kiedy w końcu dotarłam do celu, o którym sama nie miałam pojęcia. King czyta mi w myślach i spija ze mnie całą energię (tak, jasne..). Powoduje, że płaczę, śmieję się i jestem czytelniczo spełniona, ale nie daję za wygraną. To to uczucie kiedy serce skacze i upada, żeby w końcu eksplodować. To reakcja, który oczekuje każdy czytelnik, kiedy sięga po książkę drżącymi dłońmi. W końcu, to powieść, która pozostaje niezapomniana, nieważne ile minie czasu. Po wielu latach Bastion może chwile odsapnąć, bo Mroczna Wieża powoli wspina się na miejsce pierwsze, żeby stanąć ramię w ramię ze swoim przyjacielem. Mam nadzieję, że teraz zrozumiecie na czym polega fenomen Kinga w moim życiu. To prawdopodobnie jedyny autor, który potrafi wysłać mnie na leczenie psychiatryczne. Dobrze, był żart, teraz chwila powagi. King to ten rodzaj pisarza, który potrafi wstrząsnąć moim czytelniczym życiem i to w taki sposób, że dostaję paraliżu. Dziękuję za uwagę.


sobota, 2 stycznia 2016

Grudniowy BookHaul + Styczniowa akcja i KONKURS (VLOG)

Troszkę mnie tu nie było, ale byłam na to przygotowana.. ostatnie kilka tygodni to szalony okres, ale na szczęście mamy nowy rok, nowy początek.. dzisiaj szybki wpis, w którym wyręczam się dwoma filmami:) Przy okazji życzę wam szczęśliwego, zaczytanego Nowego Roku:)