wtorek, 19 stycznia 2016

Podsumowanie Serii: Trylogia Angelfall, Susan Ee

Po dwa pierwsze tomy tej serii sięgnęłam około roku temu i były to jedne z pierwszych powieści zrecenzowanych na tym blogu. Pamiętam swoje oczekiwania wobec tej trylogii, pamiętam wielkie nadzieję i kilka rozczarowań. Kiedy przyszło mi się zmierzyć z kolejną, już ostatnią częścią, starałam się nie budować wielkich oczekiwań, bo ta trylogia wielką nie jest. Jednak o tym czym ta trylogia jest, więcej poniżej.



Penryn to nastolatka, której przyszło żyć w świecie postapokaliptycznym, o tyle ciekawym, że cała ta sytuacja została spowodowana nie przez nikogo innego, tylko przez anioły. TE anioły. Z białymi skrzydłami, czystymi sercami i łagodnym usposobieniem. Powiedzmy. Penryn spotyka Raffeego, kiedy temu zostają ucięte skrzydła. Chce je uratować, przy okazji, jak się okazuje, ratując swojego śmiertelnego wroga. Zacznijmy więc od pytania.. Kto z was ratowałby anioła w świecie, który został przez aniołów zniszczony..? Tak też myślałam. Poza tym Penryn ma również interesującą rodzinę. Mówiąc wprost, jej matka jest psychopatką, ojciec ich zostawił, i wygląda na to, że najnormalniejsza jest jej młodsza siostra.. zarówno na początku, jak i na końcu, mimo tego, że pod koniec nie jest już tą samą osobą.

Kiedy sięgałam po tą trylogię miałam ogromne oczekiwania. Po przeczytaniu streszczenia, pomyślałam, że to coś dla mnie, coś innego, zupełnie świeże spojrzenie na tego typu literaturę i tak dalej. Z bólem serca przyznaję, że się myliłam, chociaż mylić się (jak chyba każdy) nie lubię. Angelfall to zdecydowanie lektura wciągająca, co do tego nie mam wątpliwości. Przeczytanie dwóch pierwszych części nie zajęło mi nawet dwóch dni. Nie będę więc kłamać, że przeczytanie jej to jakieś szczególnie trudne zadanie, bo tak nie jest. Jednak mimo tego, że mnie zaciekawiła i naprawdę pochłonęłam ją z zawrotną szybkością, jest to trylogia raczej przeciętna, przerysowaną w mało atrakcyjny sposób i raczej dla czytelników młodszych, niż starszych. Poza tym, autorka nie wykorzystała całego potencjału, który pojawił się w jej pomyślę. Śmiem wręcz twierdzić, że poszła po najniższej bandzie i zamiast dzieła z potencjałem, stworzyła powieść średnią, wręcz przeciętna. A szkoda.

Zacznijmy więc od problemu, który w ostatnim czasie dotyczy sporej ilości powieści: romans w roli głównej. Jak już kiedyś mówiłam, miłość w tle jest zabiegiem dość przyjemnym, nawet pożądanym, tak długo jak nie wybija się na pierwszy plan. Chyba, że jest to powieść romantyczna, wtedy nie ma dyskusji. Jednak kiedy kupowałam te książki, nie znajdowały się one w kategorii powieści romantycznej, stąd moje obiekcje. Wszystkie możliwości zostały stłamszone przez romans, który momentami zakrawał o historie niczym z Harlequina. Te dialogi, te emocjonalne rozdarcia i często przelukrowane myśli.. to wszystko sprawiało, że lektura zamiast powalać, śmieszyła.. zamiast zachwycać, często nudziła. I nie chodzi nawet o to, że jestem przeciwna tego typu romansom.. nie. Uważam jednak, że mają one swoje miejsce w literaturze, a często nieumiejętność wplątywania miłości do książki kategorialnie innej, sprawia, że zamiast powieści fantastycznej, dostajemy powieść karykaturalną. Niestety, autorka tym razem posunęła się o jedno rozdarcie emocjonalne za daleko.

Poza tym, sama fabuła jak i postacie okazały się dość naiwne. Chociaż postacie nieco bardziej niż sama fabuła. Momentami miałam wrażenie, że autorka krąży w kółko i nie wie co ma zrobić, więc zamyka koło. Były oczywiście momenty naprawdę intrygujące, ciekawe, takie, które ratują moją końcową ocenę, jednak często zostawały one przyćmione przez półnagich aniołów, które w mojej wyobraźni jawiły się niczym bogowie greccy. Może troszkę żartuję, ale mam nadzieję, że rozumiecie o co mi chodzi. Czasami miałam wrażenie, że autorka naoglądała się za dużo Słonecznego patrolu, stąd to aż zbyt duże wyidealizowanie istot i tak, według ludzkiego rozumu, idealnych. Dodatkowo Penryn, która jest postacią ciekawą, jednak tylko troszkę. Do znudzenia przypomina często spotykane w powieściach nastoletnie bohaterki, które wzbudzają podziw mężczyzn, chociaż oczywiście same uważają się za przeciętne. Właśnie o to mi chodzi, tego oczekuję sięgając po powieść o apokalipsie z aniołami w roli głównej. Żartuję. Mały sarkazm na podgrzanie atmosfery.

Mimo moich gorzkich. przesiąkniętych sarkazmem słów, nie była to trylogia tragiczna, a część trzecia okazała się częścią najlepszą. Przynajmniej tyle. Jednak jest to seria raczej przeciętna, momentami nijaka. Powiedziałabym wręcz, że częściej nijaka niż zachwycająca. Czy spodoba się komuś? Niewątpliwie. Jestem pewna, że tysiące osób oszalały na jej punkcie skandują imię Raffeego pod Białym Domem. Jestem również pewna, że znajdzie się grono, które popiera moje zdanie. Powiem więcej, jestem pewna, że ta książka spodobałaby mi się bardziej jeszcze kilka lat temu. Większość nastolatków będzie zachwyconych, co ze starszą widownią? Cóż, myślę, że to rzecz gustu, ale jeżeli nie lubicie przelukrowanych postapokaliptycznych powieści, odradzam. Zostawcie tą pozycję osobą, które będą czerpać pełnię szczęścia z jej czytania. Ja byłam zadowolona, ale bardziej na 2+/3 niż na 5.


2 komentarze:

  1. Czytałam tylko pierwszy tom, dość dawno temu, pamiętam, że nawet mnie wciągnął. Jednak do dalszych części mnie nie ciągnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeśli będę miała okazję to na pewno się skuszę na całą serię.

    OdpowiedzUsuń