poniedziałek, 15 lutego 2016

Mark Helprin "Zimowa Opowieść"

Mam wrażenie, że o Helprinie w polskiej blogosferze książkowej nie mówi się niemal nic lub naprawdę niewiele. Ja sama wcześniej gdzieś słyszałam tytuły, co nieco przewinęło mi się przed oczami, ale jak szybko się pojawiło, tak szybko zniknęło. Poza tym, o ile mi wiadomo, w Polsce dostępne są tylko dwa tytuły tego autora, i po mojej pierwszej przygodzie z jego twórczością już żałuję, że polski czytelnik nie będzie miał (przynajmniej na razie) szansy na zapoznanie się z resztą dorobku Helprina. Przejdę jednak do rzeczy.


Autor: Mark Helprin
Tytuł: Zimowa Opowieść
Tytuł oryginalny: Winter's Tale
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 692
Przekład: Maciej Płaza, Joanna Dziubińska

"Zimowa Opowieść" to historia, o której trudno powiedzieć cokolwiek. Trudno stwierdzić o czym tak naprawdę jest. Trudno wskazać jaki to gatunek. Trudno opisać emocje towarzyszące nam w trakcie czytania tej powieście. Myślę jednak, że główna trudność polega na oddaniu magii jaką serwuje nam wujek Helprin (pozwoliłam go sobie uraczyć tym mianem). Ta recenzja może więc być krótka, ale może być też bardzo długa. Może spróbuję zaserwować wam próbę opisania czegoś co cholernie trudno zdefiniować, albo poddam się wiedząc, że to nie ma sensu.

Uznajmy, że głównym bohaterem jest Peter Lake, który sam do końca nie wie kim jest, podczas gdy my, przez większość czasu, jesteśmy tego w pełni świadomi. W pewnym momencie swojego życia, kiedy Peter zajmuje się sportem zwanym złodziejstwem, poznaje dziewczynę, która sama w sobie jest postacią dość interesującą. Beverly, bo tak na imię tej piękności, jest całkowitym przeciwieństwem Peter'a, być może dlatego zakochują się w sobie bez słowa sprzeciwu, kiedy ten włamuje się do jej domu. Nic więcej na temat fabuły wam nie wspomnę, bo pomieszam wszystko i zakończę tą recenzję z impetem, zanim w ogóle zacznę. Możemy jednak powiedzieć, że najtrudniejsze już za mną.

Napisałam "uznajmy" ze względu na to, że według mnie to nie Peter Lake jest głównym bohaterem, a miasto. Miasto, które technicznie jest Nowym Jorkiem, ale jak dla mnie Nowy Jork posłużył tylko jako odniesienie. Miasto żyje swoim życiem, napędzane wydarzeniami i bohaterami, którzy widzą w nim coś więcej. Miasto przyciąga swoją magią i niepojętą siłą. Miasto samo w sobie jest wyrocznią i przeznaczeniem. Miasto jest sprawiedliwe. To miasto koniec końców kumuluje wszystkich bohaterów, którzy mimo różnic czasowych (zrozumiecie jak przeczytacie) znajdują się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. Czytelnik nie do końca na początku zdaje sobie sprawę z czym ma do czynienia. Kto ? Po co? Dlaczego? I czym do cholery jest Jezioro Coheeries? Dodam jeszcze, że autor nie wyjaśnia zbyt wiele i pozostawia naszą wyobraźnię samej sobie.

Warty uwagi jest również sposób w jaki Helprin używa języka. Czytając jego powieść, da się słyszeć cichy, spokojny głos w głowie opowiadający całą historię własnym rytmem. To jakby historia opowiadana przy kominku przez wujka lub dziadka, który jest ulubieńcem wszystkich ze względu na swoją wyobraźnię. Każde zdanie, nawet słowo wydaje się być w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie, niemal jak bohaterowie tej powieści. Czytając, łatwo dać się uwieść magii i słowu pisanemu, które samo w sobie ma coś niezwykłego. To trochę tak jakby czytać nieszablonową powieść napisaną piórem czarodzieja. Może nawet nie trochę, ale dokładnie tak. Może Helprin naprawdę jest czarodziejem, który postanowił igrać z czytelnikami? Po przeczytaniu "Zimowej opowieści" nie byłabym nawet zaskoczona.

"Zimowa opowieść" to jak świeży podmuch wiosennego wiatru po mroźnej zimie. Być może brzmi to niezwykle patetycznie, ale tak rzeczywiście jest. To nie tylko powieść, którą trudno w jakikolwiek sposób zakwalifikować, ale również historia, która budzi w nas nieznane, dziwne instynkty, i tylko w sobie wiadomy sposób, daje nadzieję. To niemal sześćset stron czystej magii spisanej z niezwykłym rozmachem i kunsztem. To świadectwo miłości autora do słowa pisanego. To również dowód na niezwykłą wyobraźnię i brak jakichkolwiek zahamować, świadczący o tym, że pojęcie to nie dotyczy tylko pseudo-powieści-w-stylu-greya. W świecie, w którym magia umiera na każdym kroku i książki, które czasami nie powinny nawet ujrzeć światła dziennego odnoszą sukces na skalę światową.. w świecie, w którym wydaje się, że nic nas nie zaskoczy (co jest niezdrowe biorąc pod uwagę, że w książkach możemy stworzyć absolutnie wszytko), warto sięgnąć po powieść inną, niedoskonale doskonałą. Warto dać się porwać chociaż na chwilę i przenieść w miejsce, które istnieje, a którego nie ma. Warto tam być chociaż przez krótki moment. Wierzcie mi na słowo.

wtorek, 2 lutego 2016

Paula Hawkins "Dziewczyna z pociągu"

Kiedy dowiedziałam się, że 'Dziewczyna z pociągu' zostanie wydana w Polsce niemal skakałam z radości. Nie jestem w stanie zliczyć ile razy ta pozycja przewinęła się na amerykańskim booktubie i ile razy paliłam się z zazdrości, że oni mają a ja jeszcze nie. Moja ekscytacja zmalała kiedy polscy czytelnicy podzielili się na dwa obozy: tych, którym książka się nawet spodobała, i tych, którzy nie wiedzieli o co tyle krzyku. Niestety recenzje tych drugich przewijały się przed moimi oczami częściej i zaczęłam mieć mieszane uczucia. Książka jednak się kupiła, zaczął się maraton czytelniczy i została przeczytana. Na szczęście. 

Tytuł: Dziewczyna z pociągu
Tytuł oryginalny: The Girl on The Train
Autor: Paula Hawkins
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 327
Przekład: Jan Kraśko

Tytułową dziewczyną z pociągu jest trzydziesto-paro letnia Rachel, która na pierwszy rzut oka jest wrakiem człowieka. Dwa lata temu rozstała się z mężem, który zdradzał ją i dwa dni po tym jak wyniosła się z ich rodzinnego domu, wprowadził do niego swoją kochankę, z którą ma dziecko. Teraz ta kochanka jest nową żoną, a Rachel wynajmuje pokoik u swojej znajomej ze studiów. Jej życie jest, łaskawie mówiąc, beznadziejnie. Nie wygląda jak dawna ona, nie zachowuje się jak dawna ona, pije na umór i straciła pracę. Dla pozorów codziennie rano od kilku miesięcy jedzie do Londynu, udając przed Cathy (właścicielką domu, w którym mieszka), że wciąż tą pracę posiada. Jeździ i wraca zawsze tym samym pociągiem. Uwielbia to. Przez okna obserwuje ludzi mieszkających na ulicy, na której sama kiedyś mieszkała, na której była szczęśliwa jak nigdzie indziej.. Jej ulubioną parą jest małżeństwo mieszkające kilka domów dalej od jej starego, ukochanego domu. Myśli, że są idealni.. chce widzieć ich takimi jakimi sobie ich wyobraża.. w jej wyobraźni mają nawet swoje imiona, swoje zawody.. pewnego dnia przez szybę widzi coś co burzy cały ten obraz i postanawia coś z tym zrobić..

Muszę przyznać, że jestem zaskoczona tak wieloma niezbyt pochlebnymi recenzjami tej książki. Wiele osób twierdzi, że była przewidywalna i ciągnęła się w nieskończoność. Niektórzy uważają, że jest nudna jak flaki z olejem.. Nie będę się z nikim kłócić, ale dla mnie był to naprawdę idealny thriller psychologiczny, napisany z rozmysłem i stawiający czytelnika twarzą w twarz z jego strefą braku komfortu. Nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam tak wkurzona czytając książkę. Nie pamiętam kiedy po raz ostatni oburzenie aż kipiało mi uszami, kiedy zaciskałam szczękę i miałam ochotę zdzielić co poniektórych bohaterów. Zazdroszczę też niektórym czytelnikom, że domyślili się od razu jak książka się skończy, bo ja nie miałam bladego pojęcia. Chociaż podejrzewałam prawie wszystkich, to moje prawie było zdecydowanie niewystarczające.

Pamiętam, że na początku zeszłego roku, kiedy czytałam "Zaginioną dziewczynę", byłam równie zbulwersowana jak teraz. Różnica polega na tym, że tym razem wkurzali mnie bohaterowie, a wtedy sytuacja. I mimo, że "Zaginiona dziewczyna" ciągle jest moim numerem jeden wśród thrillerów psychologicznych, to "Dziewczyna z pociągu" jest jej młodszą siostrą. Nie robię tego porównania bez powodu.. ze względu na recenzje, które czytałam, i opinie, które słyszałam, chciałabym coś sprostować.. Wiele osób uważało, że autorka zrobiła nędzną podróbkę "Zaginionej dziewczyny", inni twierdzili, że "Dziewczyna z pociągu" do wyżej wymienionej nawet się nie umywa. Ja natomiast jestem zdania, że się umywa i nie do końca rozumiem te porównania. Czy to ze względu na dziewczynę w tytule? Czy może dlatego, że czytając tą powieść wyczuwa się podobny klimat? Nie chcę być ofensywna, ale jeśli o mnie chodzi, niemal każdy (dobrze napisany) thriller psychologiczny wywołuje u mnie podobne emocje. Niemal każdy thriller psychologiczny, który czytałam, był nie do końca jasny do samego końca. I tym właśnie jest "Dziewczyna z pociągu".. dobrze napisanym thrillerem psychologicznym.

Jestem w stanie uwierzyć, że nie każdemu ta powieść się spodoba. Tak to już z książkami jest, jednych zachwycają, drugich odstraszają. Jednak nie nazwałbym ją słabą czy przeciętną. Wręcz przeciwnie. Siedziałam nad nią kilka godzin, bo kiedy już ją zaczęłam, nie mogłam, nie chciałam się oderwać. Jak już wspominałam, niektórzy bohaterowie mnie denerwowali, niemal wszyscy.. Anna, kochanka męża Rachel, a później żona numer dwa, uosabiała wszystko czego w ludziach nienawidzę. Ale czy ta książka byłaby tak dobra bez niej? Zdecydowanie nie. Koniec końców to emocje, które nam towarzyszą podczas czytania powieści definiują to jaki ma o na nas wpływ. We mnie się po prostu gotowało, a oznacza to jedynie tyle, że dałam się zwieść autorce i wciągnąć w jej intrygę. Dla mnie "Dziewczyna z pociągu" jest powieścią świetną, z pewnością spodoba się czytelnikom miłującym się w takich klimatach. Jeśli jednak to nie wasza bajka, odradzam sięganie po nią. Niech każdy czyta to co lubi, a nie to co inni uważają za godne przeczytania. Amen.