środa, 23 marca 2016

Emily St. John Mandel "Stacja Jedenaście"

O tej książce było głośno za granicą, a i tak nie miałam pojęcia co to właściwie jest i czego mam się spodziewać. Sam tytuł był dla mnie tajemnicą i cóż, nie takiego rozwiązania się spodziewałam, chociaż skłamałabym twierdząc, że jestem zawiedziona. Dlatego też dzisiaj, moi drodzy, przychodzę do was z powieścią, która okazała się jedna z najlepszych powieści postapokaliptycznych jakie czytałam w ostatnim czasie. Kto by się spodziewał?

Autor: Emily St. John Mandel
Tytuł: Stacja Jedenaście
Tytuł oryginalny: Station Eleven
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 423
Przekład: Magdalena Lewańczyk

Historia zaczyna się pewnego wieczoru, kiedy znany aktor, Arthur Leander, gra Króla Leara na teatralnej scenie. Wspominam o tym, ponieważ cała późniejsza fabuła łączy się i miesza, pomiędzy bohaterami, którzy w pewien sposób byli połączeni z tym aktorem i tym konkretnym wydarzeniem.. Arthur umiera na scenie. Chociaż biorąc pod uwagę późniejsze wydarzenia, może zawał był lepszą alternatywą? Jeszcze tego samego wieczoru rozprzestrzenia się wirus grypy gruzińskiej, która (jak możecie się domyślić) zabija około 99% populacji ludzkiej. Mamy więc nasz koniec świata (który trudno nazwać końcem świata biorąc pod uwagę, że życie ciągle się toczy).. i przenosimy się 20 lat później, żeby zobaczyć co stało się między rokiem pierwszym nowego wieku po zagładzie, a rokiem dwudziestym..

Wiem co możecie sobie pomyśleć i pozwólcie, że wyprowadzę was z błędu. Nie jest to kolejna książka postapokaliptyczna, która wiąże się z superbohaterami, nieustraszonymi, pięknymi, wysportowanymi kobietami i nieustraszonymi mężczyznami. Nie jest to książka o dyktatorach, ani tym bardziej o kosmitach, chociaż pojawia się tu banda samozwańczych proroków. Nawet sam tytuł nie świadczy o jakimś zaawansowanym technologicznie ośrodku, który prowadzi eksperyment na ludzkości. Nie, nie, nie.. Stacja Jedenaście, to tak właściwie nazwa komiksu podarowanego małej dziewczynce, aktorce, przez Arthura, tuż przed jego śmiercią..

Stacja Jedenaście to powieść o potrzebie. O potrzebie ludzi do tworzenia społeczeństwa, o potrzebie życia, o potrzebie pragnienia czegoś więcej. To również historia o sztuce, która nawet w najtrudniejszych czasach, może przynieść ukojenie. Bo czym byłby świat bez Shakespeare'a czy muzyki? Autorka pokazała nam więc czasy po apokalipsie, swego rodzaju apokalipsie, z trochę innej, prawdziwszej strony. Pokazuje nam ludzi, którzy mogliby być nami i to wcale nie jest takie nierealne. Przedstawia grupę artystyczną wędrującą pomiędzy jednym prowizorycznym miasteczkiem, a drugim. Opisuje czym jest sztuka dla ludzi i jak, mimo wszystkich pozorów, ważnym elementem stała się dla człowieka. W przedstawionej powieści autorka nie tylko fantazjuje na temat Shakespeare'a (a właściwie jego sztuk) będącego namiastką dawnego życia, ona stawia nas przed faktem: sztuka może uratować duszę i umysł. Cóż.. trudno się z nią nie zgodzić.

To nie będzie szczególnie długa recenzja, bo i nie odczuwam potrzeby żeby taka była. Mam wrażenie, że czasami mniej naprawdę znaczy więcej, co widać po dziele pani Emily St. John Mandel. Nie kombinuje, nie koloryzuje, nie stara się na siłę.. to widać i, co więcej, ta sztuka daje niesamowite efekty, Jej pióro jest lekkie a historia, niby oczywista, dała mi coś czego potrzebowałam.. Żadnych trójkątów miłosnych. Żadnych socjopatów (no prawie). Żadnych nierealistycznych uniesień. To powieść, która zasługuje na oklaski za wskazanie palcem, rzucenie nam w twarz, realnymi konsekwencjami prowizorycznego końca świata. Pokazuje nas, ludzi, zagubionych, szukających siebie, po tym jak straciliśmy wszystko. Wskazuje na niebezpieczeństwa jakie mogą się pojawić, religijnych fanatyków, czy ludzi, którzy zrobią wszystko, nawet zabiją, jeśli dostaną taką okazję. To po prostu piękna, momentami smutna i melancholijna powieść, o odnajdywaniu się w nowym świecie, który tak bardzo przypomina stary, ukochany, zdewastowany dom.

środa, 16 marca 2016

Stephen King "Bazar złych snów", czyli nie taki autor straszny?

Kinga zawsze czytam z zapartym tchem, bez względu na to, czy jest to King nowy czy stary. Nie zwracam również szczególnej uwagi na poziom adrenaliny podczas czytania, chociaż niektóre jego powieści, bardziej niż inne, zmuszają mnie do odłożenie ich zanim zrobi się ciemno. Rozumiem jednak osoby, które dzielą Kinga na dwie części, tą bardziej straszną, i tą, którą King serwuje nam od jakiegoś czasu. Wiem również, że wiele osób jest zawiedzionych brakiem tradycyjnego Kinga w tym zbiorze opowiadań, pozwólcie mi jednak wyjaśnić dlaczego zawiedzeni być nie powinniście..

Autor: Stephen King
Tytuł: Bazar Złych Snów
Tytuł oryginalny: The Bazaar of Bad Dreams
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 667
Przekład: Tomasz Wilusz

Czytając książki Kinga słyszę jego głos w głowie, przetwarzający każde pojedyncze słowo. Nawet pisząc tą recenzję gdzieś w tle leci wywiad z nim. Mówię to dlatego, że King zachwyca mnie od dawna niekoniecznie jako autor horrorów, ale jako artysta, pisarz wybitny, przez wiele osób uważany za przecenianego. King nie jest jedynie wybitnym pisarzem grozy, o czym czasami zapominamy, a twórcą historii, który posługuje się językiem jak żaden inny znany mi współczesny autor. Wsadzanie Kinga w jakiekolwiek ramy to czytelnicze przestępstwo, biorąc pod uwagę, że to autor wolny, podający nam na talerzu to co sam uważa za słuszne, i co ważniejsze, zawsze robi to w wielkim stylu, w końcu to nie "50 twarzy...

Jeżeli oczekujecie, że to kolejna powieść Kinga wypełniona potworami z nie z tego świata, przerażająca do szpiku kości, wprowadzająca w paraliż, historia, która sprawia, że mamy nocne koszmary.. zawiedziecie się. King nie tworzy tu kolejnego Pennywise'a. Nie rzuca z rękawa potworami mieszkającymi pod naszym łóżkiem, nie ma tu wilkołaków czy wampirów.  Tym razem autor skupia się głównie na człowieku. To człowiek jest tematem jego opowiadań, i albo jest dobry, albo zły. W większości są to opowiadania o ludziach powodujące ciarki na ciele. Dlaczego? Przecież dopiero co wam powiedziałam, a właściwie napisałam, że King nie jest tu szczególnie straszny. Może i nie jest, ale ciągle wie jak sprawić, że czytelnicy nieświadomie wpadają w mały czytelniczy obłęd. Umówmy się. To King. Bez znaczenia czy znajdziemy tu powstające z grobu koty, czy nie, jest to autor, który niemal zawsze serwuje nam mały stan przedzawałowy i nic w tej kwestii się nie zmienia. Jego opowiadania są bardziej.. dorosłe? Nie wiem czy to dobre określenie, ale czytając je, to było jedno ze słów, które przychodziły mi na myśli. Opowiadania, które przerażają, bo są tak realistyczne, tak potencjalnie możliwe, że skóra cierpnie.

King to słowa. King jest, był i zawsze będzie słowami. Bez znaczenie czy sięgniemy po jego krótkie utwory, czy te dłuższe, stare, czy nowe. King to czarodziej, który używa magii słów żeby otumanić czytelnika. A jaką frajdę mu to sprawia! Ile radości! Za każdym razem kiedy czytam wstęp lub zakończenie spisane ręką tego autora, mam wrażenie, że to dla niego największa radocha na świecie, przerażać nas, wiernych fanów i czytelników. Bazar złych snów nie jest wyjątkiem. Jest jak plac zabaw, na którym mały King straszy swoich kolegów. Jest niczym niepozorne dziecko, które niby nieświadomie doprowadza swoich rodziców do obłędu. To wilk w owczej skórze, więc nie dajcie się zwieść.. Nic tak nie przeraża jak opowiadanie przypominające się kiedy coś stuknie w domu w środku nocy.. a ponieważ duchy można szybko zakwalifikować jako nieszkodliwe, King postanowił zwalić nam na głowę postacie realne. Ludzi. Z krwi i kości, żyjących pośród nas, mijanych każdego dnia na ulicy.. chwała mu za ten paraliż na środku chodnika w środku dnia.

Nie wiem jak on to robi i być może nigdy się nie dowiem.. nie znam innego autora, który potrafi tworzyć taką intymną relację pomiędzy czytelnikiem a książką. Mimo, że nie jest to moja pierwsza książka tego autora (wiecie już, że mam na jego punkcie obsesje) i zdecydowanie nie najstraszniejsza, to nie pamiętam kiedy ostatni raz czytało mi się coś tak szybko i przyjemnie. Może sekret tkwi w tym, że to zbiór opowiadań, a opowiadania mistrza grozy są zdecydowanie łatwiej przyswajalne niż jego inne powieści, które, jak już nieraz wspomniałam, czytam tylko w świetle dnia. A może to po prostu same opowiadania, to jak dobrze zostały napisane i jakie intrygujące się okazały, sprawiło, że nie mogłam się oderwać od tej pozycji na więcej niż jedną noc. Nie mówiąc już o tym, że za dnia byłam nieobecna ukrywając się po kątach z powieścią Kinga. I wiecie co? Już za nim tęsknię. Tęsknię za jego czarnym humorem, za bezpośredniością i jego nieodgadnionym dla mnie jeszcze umysłem. Mimo, że jego książki mam na wyciągnięcie ręki, będę pewnie usychać z tęsknoty do następnego razu..

..więc do następnego razu Mistrzu. Miłych snów.. ja pewnie jeszcze długo nie zasnę spokojnie. 

wtorek, 8 marca 2016

Podsumowanie trylogii: C. Clare "Diabelskie maszyny"

To moje pierwsze i jestem pewna, że nie ostatnie spotkanie z panią Clare. Być może dlatego, że zanim skończyłam tą trylogię, kupiłam już jej kolejne książki, a być może dlatego, że pani Clare to całkiem ciekawa i charyzmatyczna autorka. Mimo, że nie zgadzam się z opinia jakoby jej powieści ociekały bezbłędnością, ciągle jestem zdania, że trzymanie jej książek w dłoniach i możliwość czytania tego co stworzyła, to całkiem niezła rozrywka.


O Nocnych Łowcach słyszeli wszyscy, lub niemal wszyscy. W książkowej blogosferze mało kto nie czytał czegoś tej autorki, i teraz należę do dumnego grona osób, które spotkanie pierwszego stopnia z jej twórczością mają już za sobą. Cassandra Clare to zdecydowanie autorka interesująca i sprytna, biorąc pod uwagę, że większość swoich dzieł oparła na jednym pomyśle, jednym świecie, czepiając się go i tworząc wokół niego swoje historie. Nikt nie ma do niej pretensji oczywiście. Nie może mieć, bo jeśli coś się podoba i sprzedaje, naturalną koleją rzeczy jest, że autor trzyma się tego rękami i nogami. Ja tymczasowo skończyłam dopiero pierwszą serię o Nocnych Łowcach, jednak trzymam kciuki żeby pani Clare nie zanudziła mnie przy naszym kolejnym spotkaniu. Jednak swoje obawy odłożę na razie na bok i przez chwilę skupię się na tym co istotne w dzisiejszym tekście, czyli na Diabelskich Maszynach..

Sam pomysł i wykonanie spodobały mi się tak bardzo, że zdecydowałam się sięgnąć po kolejne dwa tomy. Spodobało mi się to jak autorka kieruje historią, jak nie podaje nam od razu wszystkiego na tacy i jaki momentami zamęt wprowadza. Poza tym, początkowo sądziłam, że nawet zarys historii miłosnej nie przeszkadza mi aż tak bardzo jakbym mogła podejrzewać. Pani Clare najwidoczniej posiadła rzadką umiejętność równoważenia akcji i romansu, czego mogliby się od niej uczyć niektórzy koledzy po fachu. Byłam urzeczona kończąc tom pierwszy i nie posiadałam się w zachwytach kiedy dotarłam do zakończenia części drugiej. Moje ochy i achy osiągnęły taki stopień, że postanowiłam od razu sięgnąć po część ostatnią. Z sercem na dłoni i umysłem otwartym na nowe doznania, pełna nadziei zaczęłam ten mały horrorek, jak się okazało.

Tu, zanim dodam coś jeszcze, chciałabym od razu wyjaśnić, że to nie tak, że nie podoba mi się tom trzeci. To co zaraz powiem nie oznacza również, że to całkowite dno. strach się bać a kontakt cielesny kończy się tragicznie. Jednak w tym miejscu nie mam również najmniejszego powodu udawać, że tom trzeci spełnił oczekiwania, bo tak nie było. Być może właśnie ze względu na to nieszczęsne zjawisko, OCZEKIWANIA. Z drugiej jednak strony, nawet bez oczekiwań nie mogłabym przyznać, że tom trzeci dorównuje dwóm  pozostałym, bo tak nie było. Kiedy skończyłam czytać ostatnią część byłam zawiedziona. Autorka powoli i sukcesywnie zaczęła zmieniać swoją historię w Harlequina, którego epicentrum był oczywiście wątek miłosny, i jakby mogło być inaczej, z mały trójkątem w samym środku. Jakby tego było mało, pani Clare postanowiła zeswatać niemal każdego bohatera w książce, pewnie co by nikomu smutno nie było. Po skończeniu lektury byłam rozczarowana, nie samą fabułą, ale tym w jaki sposób autorka straciła równowagę, za którą ją ceniłam. Brakowało mi tu Willa, którego poznaliśmy w pierwszym tomie. Mimo, że za Tessą jakoś szczególnie nie przepadam, nawet jej mi brakowało w jej pierwotnej postaci. Nie twierdzę, że są to zmiany szczególnie widoczne, ale pamiętajcie.. czujny czytelnik, który jest na fali czytania trylogii w ciągu, wyłapie wszystko, nawet najmniejsze anomalie. Pani Clare ugięła się pod koniec, a szkoda.. być może nie zniszczyła potencjału w pełni, ale zdecydowanie mogła go wykorzystać bardziej.

Mimo, że tom trzeci mnie zawiódł i do dzisiaj mam mały kryzys, uważam, że pani Clare wykonała kawał świetnej roboty. Fabuła była ciekawa, żeby nie powiedzieć wciągająca jak diabli. Bohaterzy intrygujący, szczególnie ta męska część, która zawładnęła pewnie sercem niejednej czytelniczki. Świat przez nią wykreowany jest tym co lubię najbardziej, nierealną rzeczywistością, a jej styl to wymagająca prostota. Nigdy nie czytałam niczego podobnego i to również zasługuje na pochwałę. Nie będę jednak rzucać ochów i achów na prawo i lewo i mówić wam, że musicie to przeczytać. Nie musicie. Ta trylogia nie zmieni waszego życia, ale może je ubarwić. Może zabrać was w ciekawą podróż, która powinna skończyć się dwadzieścia stron wcześniej, ale to nie my, tylko autorka jest tu panią i władczynią. Możemy więc albo zakochać się w tej trylogii, ale kręcić na nią nosem.. w ogólnym rozrachunku postanowiłam się w niej zakochać, bo popełnianie błędów to nie taki znowu wielki grzech. 


czwartek, 3 marca 2016

Roger Zelazny "Kroniki Amberu" tom I

Nie mam pojęcia ile już czasu próbuję napisać tą recenzję. Minęły trzy tygodnie.. cóż, więc jednak mam jako takie pojęcie. Za każdym razem kiedy starałam się napisać coś sensownego, coś co będzie mieć jakieś znaczenie, kończyło się to fiaskiem. Jednak "Kroniki Amberu" to jedna z TYCH powieści. Powieści tak absolutnie fantastycznych, że brak słów jest wskazany. A oto ja. Dziewczyna z brakiem słów, która spróbuje w końcu coś z siebie wydusić na temat Rogera Zelaznego i jego niepojętej wyobraźni. 

Autor: Roger Zelazny
Tytuł: Kroniki Amberu tom I
Tytuł oryginalny: The Complete Amber Chronicles
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 637
Przekład: Blanka Kwiecińska-Kuczborska, Piotr W. Cholewa

Zanim zacznę rozpływać się nad tym pisarskim dziełem sztuki, chciałabym powiedzieć wam kilka krótkich słów na temat aspektów technicznych tej, tych powieści. "Kroniki Amberu" zaczęły się pojawiać na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, a cała seria składa się z dziesięciu ksiąg. Wydawnictwo Zysk i S-ska wydała całe kroniki w dwóch (pięknie oprawionych) tomach, każdym po pięć ksiąg. Pierwsze pięć ksiąg ( o których dzisiaj wam opowiem co nieco) zostało napisanych z perspektywy Corwina, księcia Amberu, syna Oberona. O drugim tomie nie powiem wam jeszcze nic, choć mogłabym. Jednak po pierwsze, podaruję wam spoilery, po drugie, jeszcze nie przeczytałam tomu II. Skoro mamy to już za sobą, przejdźmy do recenzji.

Amber jest wszystkim. Jest początkiem i końcem. Jest miarą wszechrzeczy. Jest wzorem. Jest prawdą. Wszystko inne jest tylko jego odbiciem, cieniem. Ziemia również jest tylko jego pewną kopią, zwaną, uwaga, Cieniem Ziemią. Amberem rządzi Oberon, król Amberu, który rozpływa się w powietrzu. Nie dosłownie, po prostu go nie ma i nikt nie wie co się z nim stało. Po długiej nieobecności Oberona zaczynają się problemy, głównie dlatego, że król był człowiekiem o dość rozległej płodności, a jego dzieci, książęta i księżniczki Amberu, pochodzą od różnych matek. Koniec końców nadal nie wiem kto jest, od której matki.. Jak można się domyślić dziedzice rywalizują między sobą, wiążą się spiski, nikt nie może ufać nikomu, nic nie jest takie jakby mogło się wydawać. Dosłownie nic, więc nie ma co się nad tym rozpisywać. Wspomnę jedynie o Wzorcu, przez, który mogą przejść jedynie prawowici potomkowie Amberu, i którego przejście daje zrozumienie, oraz o Atutach, czyli kartach, które umożliwiają kontaktowanie się pomiędzy naszymi bohaterami oraz pewnego rodzaju teleportację. I choć bardzo chciałabym rzucać tu spoilerami na prawo i lewo, powstrzymam się i przejdę dalej. Dla waszego dobra.

Naszym narratorem jest Corwin, książę Amberu, jeden z tych synów Oberona, który pragnie tronu bardziej niż czegokolwiek innego. Nie oceniajcie go jednak negatywnie. Corwin na początku nie pamięta zupełnie nic. Nie wie kim jest, nie wie co się stało. Budzi się w szpitalu, z którego nie chcą go wypuścić, ale oczywiście ucieka. Trafia do jednej ze swoich sióstr, ale jej również nie pamięta i rozpoczyna swoją grę..

"Kroniki Amberu" to powieść, która z banałem nie ma nic wspólnego. Mimo, że powstawała w latach siedemdziesiątych, jest jak świeży powiew poranka na dzisiejszym, często powtarzalnym, rynku czytelniczym. To ten rodzaj fantastyki, który kładzie się na górnej półce żeby było go widać i żeby zachwycał. Powieść o wymiarze ponadczasowym, zresztą ponad jest nie tylko nad czasem. Czasami mam wrażenie, że w dzisiejszej literaturze brakuje oryginalności. Nie twierdzę, że powieści oryginalnych nie ma, bo są. Nie twierdzę również, że nie podoba mi się dzisiejsza literatura, bo bym skłamała, Chodzi mi o to, że mimo wszystkich moich zachwytów nad literatura współczesną, czasami zastanawiam się co dalej. Wiem, że wy też wyczuwacie pewien trend, szczególnie wśród autorów fantastyki i dystopii, i mówię tu o powieściach, które odnoszą naprawdę znaczące sukcesy i o których mówi się niemal wszędzie. Ktoś może powiedzieć, że jeden autor kopiuje pomysły drugiego, albo, że ten trzeci zrobił miks dwóch wcześniejszych. To prawda i nieprawda. Nie możemy oceniać tylko jednego autora, jeśli wszyscy tworzą historie o takiej samej podstawie. Natomiast sięgając do Zelaznego, możemy się z łatwością przekonać, że wydawnictwa ciągle wiedzą co dobre, i czasami wręcz konieczne jest sięgnięcie do powieści starszych, żeby docenić niedoceniane. Zakochać się w czymś o czym nie mówi każdy wszędzie..

Nie chcę mówić tu zbyt wielu niepotrzebnych słów. Tak naprawdę mogłabym wam tylko powiedzieć, że jest to powieść, po którą MUSICIE sięgnąć, a wy, uparciuchy, i tak tego nie zrobicie. Spróbuję więc zachęcić was z drugiej strony. Absolutnie nie jest to powieść, po która musicie sięgnąć, ale możecie. Jest to ten rodzaj literatury, którego bohaterów się pamięta, a ja, osoba, która nigdy nie pamięta imion bohaterów po przeczytanej lekturze, tym razem zaskoczyłam sama siebie. Jest to powieść o fabule zaskakującej, innej niż wszystko co czytaliście do tej pory. Dodam również, że Zelazny to autor niesamowity, który wdarł się w moje czytelnicze życie jak grom z jasnego nieba i ubolewam, jak nigdy, nad tym, że jest tak niedoceniany przez współczesnego polskiego czytelnika. Ja sama pewnie bym po niego nie sięgnęła, gdyby sam Andrzej Sapkowski nie wspomniał o nim w wywiadzie. Później zobaczyłam to piękne wydanie i nazwałam to przeznaczeniem. Nadal w to wierzę, więc i wy uwierzcie na słowo, a właściwie słowa. To dobra książka, tak cholernie dobra, że będę ją czytać raz za razem i nigdy mi się nie znudzi, a rzadko kiedy czytam coś więcej niż raz. Cóż więcej mogę Ci powiedzieć, drogi czytelniku? Nie sięgając po nią stracisz więcej niż możesz się spodziewać. Tylko ostrzegam.