czwartek, 28 kwietnia 2016

Zrozumienie przychodzi z czasem. Donna Tartt "Szczygieł"

Po miesiącu czytania, wielu próbach i błędach, po morzu łez i złości, zawodów i niespodzianek, nareszcie przychodzę do Was z lekturą, która zachwyciła niejednego czytelnika. "Szczygieł" był moim utrapieniem przez dłuższy czas, ale zaparłam się i po dwóch tygodniach dumania nad tym co właściwie mam napisać, postanowiłam dać się ponieść własnym myślą. Lepiej nie będzie.


Autor: Donna Tartt
Tytuł: Szczygieł
Tytuł oryginalny: The Goldfinch
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 839
Przekład: Jerzy Kozłowski

Kiedy Theo wychodzi ze swoją mamą z mieszkania, nie ma pojęcia, że ten dzień całkowicie zmieni jego dotychczasowe życie. Nie wie, że znajdzie się w złym miejscu o złym czasie, i w przeciwieństwie do swojej matki, ujdzie z tego z życiem. Po wybuchu bomby w muzeum budzi się wśród gruzu, spędza chwilę z umierającym mężczyzną i kradnie obraz. Oczywiście nie ma złych intencji, nie miał zamiaru zostać złodziejem i prawdopodobnie gdyby wiedział jaki wpływ Szczygieł będzie miał na jego życie, nigdy by tego nie zrobił. Jednak stało się. Słowo się rzekło. Rzecz się stała, a obraz będzie jego podporą w przyszłym życiu, ale też doprowadzi go do lekkiej obsesji.

Wyjątkowo postanowiłam zacząć od rzeczy, które nie do końca przypadły mi do gustu. Szczygieł, mimo niezaprzeczalnych walorów językowych, momentami dręczył graniem na zwłokę. Czasami miałam wrażenie, że autorka nie do końca wie co teraz, więc postanowiła napisać cokolwiek. Nie potrafię również do końca określić o czym była ta książka, a właściwie jaki płynie z jej sens. Zakochałam się w wielu rzeczach, jednak jej fenomen okazał się na mnie nie do końca działać. Czy to oznacza, że jestem okropnym nicponiem i nieznającym się czytelnikiem? Być może. Jednak, muszę to przyznać, momentami strasznie się nudziłam..

.. a momentami świetnie bawiłam. Stąd pytanie, co się właściwie stało? Nie jestem jeszcze do końca pewna co dokładnie myślę o tej książce. Jak na mnie zadziałała. Próbuję strawić jej treść i racjonalnie podejść do sprawy, ale to trudniejsze niż mogłoby się wydawać. Z jednej strony historia naprawdę przypadła mi do gustu, może nie zachwyciła, ale doceniam jej literacki fenomen i język jakim została napisana. Z drugiej jednak strony, były momenty kiedy po prostu nie mogłam przebrnąć przez jakąś stronę i robiłam kilka podejść. Mimo mojego wielkiego szacunku dla autorki za fenomenalny język jakim się posługuje, miałam czasami wrażenie, że przedobrza.. a jak wszyscy wiemy, co za dużo do nie zdrowo.

Najmocniejszym, według mnie, elementem powieść, jest oryginalny pomysł i cudownie wykreowani bohaterzy. Być może nie powinnam tego mówić, ale trochę zakochałam się w postaci Borisa. To właśnie strony, na których pojawiało się jego imię, najbardziej utkwiły w mojej pamięci i dały mi najwięcej przyjemności z czytania. Boris to nicpoń, typ chłopaka, później mężczyzny, który sprowadza naszego głównego bohatera na bardzo złą drogę, oczywiście nie mając takiego zamiaru. Jego życiorys jest fascynujący, niesztampowy, a osobowość uwodzi czytelnika, chociaż nie powinna. Naprawdę nie powinna. Mogłabym się tu rozpisywać na temat bohaterów, aż zanudziłabym was na śmierć, ponieważ pani Tartt ma talent nie tylko językowy, ale również charakteryzatorski. W jej powieści pojawia się cała paleta bohaterów różnych, zachwycających, innych w swojej moralności, z historią w tle. Nikt nie pojawia się tu przypadkowo. i dobrze. Chwała autorce za to.

Szczygieł to opowieść o wpływie sztuki na nasze życie. O obsesji, ale o tym już na pewno słyszeliście. To również powieść, w której spotykają się różne środowiska i muszą jakoś ze sobą współpracować. To, koniec końców, ciekawa, inspirująca (momentami na siłę przedłużana) historia chłopca, który nie ma łatwego, przesłodzonego, różowego, polanego lukrem życia. I powiem to głośno (napiszę, niech będzie), naprawdę się ze Szczygłem polubiliśmy, chociaż ciężka czytelnicza droga za nami. Niemal 5 tygodni potu i krzyku, samodyscypliny, żeby nareszcie dobrnąć do końca i stwierdzić rzecz absurdalną, że historia naprawdę mi się spodobała. Może nawet polała się jedna lub dwie łzy. Może nawet zaśmiałam się czasami więcej niż raz. I na pewno zakochałam w bohaterach, szczególnie tym prawie najgorszym. Myślę, że to prawo natury. I mimo mojego kręcenia nosem i niezdecydowania, niepewności co do własnych odczuć, uśmiecham się kończąc tą recenzję. To była naprawdę dobra lektura, warta każdej minuty i każdego przewrócenia oczami.

środa, 20 kwietnia 2016

Jak on to robi? Pierce Brown "Red Rising: Gwiazda Zaranna" [PREMIEROWO]

To koniec. Wszystko przepadło. Ostatnia strona została przerzucona. Ostatnie słowo przeczytane. To smutne, że nie będę miała szansy przeczytać kolejnej części tej serii. Już za nią tęsknię, a przecież skończyłam ją czytać kilka godzin temu. Emocjonalna huśtawka za mną, teraz zadanie ważniejsze.. Jak was przekonać, że POTRZEBUJECIE tej serii w swoim życiu?

Autor: Pierce Brown
Seria: Red Rising
Tytuł: Red Rising: Gwiazda Zaranna
Tytuł oryginalny: Red Rising Trilogy #3: Morning Star
Wydawnictwo: Drageus 
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 585
Przekład: Małgorzata Koczańska

Przyszłość. Ludzkość została podzielona na kolory, rozrzucona po całym wszechświecie. Złoci to kolor rządzący, tyrani, zapatrzeni w siebie i swoje ideały. Czerwoni to rasa najniższa, zrzucona w podziemia Marsa, żeby utrzymać wszystkie kolory przy życiu. Wspominałam o tym w poprzednich recenzjach, więc dzisiaj dodam jedynie tyle, że Red Rising nie jest tym czym sobie myślicie. To coś więcej. To seria, która nie boi się ryzyka, dlatego tak bardzo za nią tęsknię kilka godzin po przeczytaniu ostatniej strony.

Kiedy w maju zeszłego roku sięgałam po pierwszy tom tej serii, cóż.. nie sądziłam, że stanie się dla mnie taka ważna. Później przeczytałam tom drugi i wiedziałam, że mam kłopoty. Teraz jestem świeżo po tomie trzecim, którego premiera wypada dzisiaj, i mam dreszcze na samą myśl o tym co jeszcze chwile temu działo się ze mną podczas czytania tej części. To niedorzeczne, żeby kilka słów wydrukowanych na papierze mogło tak wpływać na stan emocjonalny i fundować przejażdżkę rollercoasterem bez rollercoastera. To naprawdę nieprawdopodobne, panie Brown, że jest pan takim skurczybykiem.

Red Rising może brzmieć znajomo ze względu na podział społeczeństwa na kolory i hierarchię. Może się również wydawać, że to po prostu jedna z wielu serii, dystopijno-fantastycznych, które w ostatnim czasie serwuje nam wielu autorów. Swoją drogą, ja nie narzekam bo uwielbiam takie powieści, niestety ich pewnego rodzaju powtarzalność i przewidywalność zaczęły mnie męczyć. NA SZCZĘŚCIE Red Rising z powtarzalnością i przewidywalnością ma niewiele wspólnego. Pierce Brown nie boi się ryzyka i wie co robi. Prowadzi nas trzymając za rękę przez świat, w którym wszystko może się wydarzyć. Dlaczego? Ponieważ tak. Ponieważ tak mu się chce. Ponieważ to Pierce Brown. Kiedy zostajemy przez niego wyrwani z naszej czytelniczej strefy komfortu, trudno do niej wrócić. To (na szczęście) nie kolejna powieść, w której autor boi się zrobić coś nieprzewidzianego, wstrząsającego.. nie. Pierce Brown na drugie imię ma wstrząs. Tak przynajmniej podejrzewam.

I wiecie co? Płakałam. TAK! Płakałam, a nie uroniłam ani jednej łzy czytając Igrzyska śmierci. Co ze mną jest nie tak? Już wiem. Ta seria jest tak dobra, że nie mogłam się powstrzymać wiedząc co trzymam w rękach. Każda strona mogła zmienić całą historię o 180 stopni, i tak czasami było. Tu nic nie jest takie jak się wydaje. Każdy może umrzeć, wielu z nich właśnie tak kończy. Czytałam i czytałam.. a kiedy myślałam, że już wszystko będzie dobrze, że jestem bezpieczna, że mogę zacząć oddychać.. BAM! Pierce Brown udowadniał mi jak bardzo się myliłam. Jednak to ten rodzaj pomyłek, które uwielbiam, więc mogę mu wybaczyć. Przynajmniej tymczasowo, bo słyszałam, że pisze kolejną serię.

Jak zawsze po chaosie moich recenzji, musi nastąpić chwila nostalgii, zarodek powagi. Zaczynając tą przygodę nie sądziłam, że odkryję tak niesamowitą historię i młodego, genialnego autora. To powieść bez limitów i zobowiązań. To ten rodzaj historii, która porywa od 50 strony pierwszego tomu do 585 strony tomu ostatniego. Mimo, że czasami, nawet często, nie potrafię być poważna w tym co piszę (bo i nie o to mi chodzi w pisaniu) to wszystko co napisałam wyżej (a już naprawdę nie pamiętam co bredziłam) było prawdą. Jest prawdą. To najlepsza seria tego typu jaką miałam okazję czytać, najlepsza rozrywka od kilku miesięcy, i najsmutniejsze pożegnanie w ostatnim czasie. Targały mną sprzeczne uczucia, przeczytanie ostatnich rozdziałów odkładałam w nieskończoność..a kiedy ostatnie słowo było za mną, żałowałam, że nie mogę przeczytać jej jeszcze raz po raz pierwszy. Nie okłamuję was mówiąc, że potrzebujecie tej historii. To prawda. Chciałabym być na waszym miejscu i mieć ją jeszcze przed sobą. To była jedna z moich dwóch najbardziej wyczekiwanych premier tego roku, co oznacza, że już (niemal) mogę umrzeć spełniona. Dla takich historii stałam się czytelnikiem nałogowym. Dziękuję Panie Brown ( a zazwyczaj dziękuję tylko Kingowi).

Recenzja powstała za sprawą współpracy z wydawnictwem Drageus, któremu bardzo dziękuję za tą niesamowitą przygodę. Jednak chciałabym zaznaczyć, że recenzja nie jest zależna od tego czy dostałam książkę, czy sama ją kupiłam.. Gdyby mi się nie spodobało, na pewno bym wam o tym powiedziała. Znacie mnie. A teraz wynocha do czytania. Co tu jeszcze robicie?:)