poniedziałek, 23 maja 2016

Nie tak źle, nie tak dobrze. O Colleen Hoover i "Ugly Love".

Colleen Hoover. Ugly Love. Nie wiem co powiedzieć.

Autor: Colleen Hoover
Tytuł: Ugly Love
Tytuł oryginalny: Ugly Love
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 338
Przekład: Piotr Grzegorzewski

Nie jestem rasowym czytelnikiem powieści romantycznych, to już o mnie wiecie. Myślę, że swój zapał do czytania tego typu książek skończył mi się na przeskoku z podstawówki do gimnazjum (przeczytałam miliony powieści romantycznych dla młodzieży) a wypalił się niemal doszczętnie po przeczytaniu serii Zmierzch, której w sumie nie skończyłam o ile dobrze pamiętam. Jednak każdy ma swoje grzeszki, a moim jest Colleen Hoover. Po przeczytaniu Hopeless wiedziałam, że zaprzedałam duszę diabłu, a Maybe Someday wbiło mi gwóźdź do trumny. Dwie niesamowite powieści, w dodatku powieści romantyczne! Kto to widział? No i dzisiaj jestem. tu. przed. wami. z . powieścią. nie. tak. dobrą. ale. też. nie. tak. złą. No.

Tate postanawia zamieszkać u swojego brata, który jest pilotem więc więcej go nie ma niż nie. Miles jest przyjacielem brata Tate. Tate i Miles czują do siebie pociąg fizyczny. Postanawiają uprawiać niezobowiązujący seks i wychodzi jak wychodzi, czyli w sumie nie wiem co myśleć. Ach! Miles też jest pilotem, więc wygląda bosko w tym swoim mundurku.

Kiedy jeszcze nie zaczęłam czytać Ugly Love troszkę się bałam, że śmierdzi Greyem. Na szczęście okazało się, że mimo kilku łóżkowych scen Grey nawet do pięt tej książce nie dorasta. Hoover pisze lepiej, jej styl nie brzmi jak powieść pisana przez przedszkolaka i co więcej, jak to z Hoover bywa, książka ma sens, całkiem ciekawą, nieco popapraną fabułę. Brawo Hoover.  Poza tym główny męski bohater nie jest psychopatą lubiącym znęcać się nad kobietami, tylko dlatego, że w wieku 15 lat był czymś jakby męską prostytutką starej baby a główna postać żeńska nie jest infantylną dziewczyną wzdychającą do swojej wewnętrznej nimfy. Brawo Hoover.

Jednak to nie Maybe Someday. To nie książka, która sprawiła, że miałam ciarki na ciele. To nie książka, która sprawiłaby, że pokochałam autorkę, tak jak udało się to jej wcześniejszym dziełom. Niby wszystko jest w porządku, niby sama fabuła i pomysł na stworzenie przeszłości głównych bohaterów jest iście Hooverowski, czyli w dziesiątkę. I naprawdę, naprawdę lubię poczucie stylu i humoru autorki, ale.. ale, ale, ale. Sceny seksu były żenujące, nie dla mnie, ale w całym ogólnym zarysie. Nie wiem jaki jest sens kilkustronicowego opisu wkładania i wyciągania. Raz po raz. Nie szukam wymówek, wiedziałam na co się piszę, wiedziałam, że będzie tu małe co nieco, ale byłam ciekawa historii. To historia dobra, ale ponarzekać muszę na ten erotyk w tle, który sprawia, że się wzdrygam czytając takie dyrdymały.

Lubię Hoover. Jest niebanalna. Potrafi zaskakiwać. Lubię to, że zazwyczaj nie idzie na łatwiznę. Uwielbiam zarys fabularny Ugly Love, naprawdę. Podoba mi się również forma w jakiej ta książka powstała. Jednak nie przeczytałam jej na bezdechu, nie zakochałam się bez reszty, nie poczułam mrowienia ani nic z tych rzeczy. Według mnie książka byłaby lepsza bez tych, mogłoby się wydawać, na siłę wciśniętych opisów seksu. Pani Hoover nie musi tego robić bo jej książki są fantastyczne bez tych tanich zabiegów. Niech to zostawi lepiej zawodowcom, którzy może nie potrafią pisać o niczym innym. Ona potrafi. Potrafi i robi to dobrze. Z reguły bez zarzutu, ale nie tym razem. A szkoda, bo to mogła być kolejna świetna historia, gdyby nie to uczucie zażenowania, które towarzyszyło mi za każdym razem kiedy dobra książka zamieniała się w tani erotyk. I nie było to zażenowanie sceną, ale faktem, że czytam coś tak idiotycznego. Ciągle jednak panią cenię pani Hoover i niech tak zostanie.

środa, 18 maja 2016

Autor, który potrafi. Stephen King "Dallas'63"

Stephen King to autor, o którym uwielbiam pisać, głównie dlatego, że nigdy nie zawodzi. Przynajmniej do tej pory i mam nadzieję, że będzie tak zawsze. Nawet jego nienajlepsze powieści mają w sobie coś takiego, że trudno je nazwać kiepskimi. A może to po prostu sentyment? Sama nie wiem. Dzisiaj jednak przychodzę do was z powieścią, która nie potrzebuje sentymentu, taka epicka jest. 


Autor: Stephen King
Tytuł: Dallas'63
Tytuł oryginalny: 11/22/63
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 850
Przekład: Tomasz Wilusz

Dallas'63 zostało wydane w roku 2011 i zdecydowanie da się odczuć, że to nowy King (którego kocham równie mocno jak dobrze nam znanego "starego" mistrza horrorów"). W tej nowszej odsłonie King nie straszy już tak bardzo, ale ciągle zachwyca. Mnie być może zachwycił nawet bardziej.. ostatni raz byłam tak wniebowzięta po przeczytaniu kolejnego tomu Mrocznej Wieży czy Bastionu. To nie kolejny horror, chociaż autor pewnie nie byłby sobą gdyby nie dodał kilku szczegółowo opisanych, stosunkowo krwawych scen. Koniec końców to King,  a King w każdej wersji lubi tworzyć nasze koszmary.

Jake Epping jest nauczycielem w liceum, byłym mężem alkoholiczki (jeśli wierzyć doniesieniom, byłej-alkoholiczki) i człowiekiem, który często znajduje się w złym miejscu o złej porze, chociaż wiele osób może uważać inaczej. Nie będę wam mówić jak to się staje, że może podróżować w czasie, bo nie wyjaśnię tego tak dobrze jak autor bez rozpisywania się na kilka stron. Jake Epping po prostu przechodzi do roku 1958, dokładnie o godzinie 11:58. I bez znaczenia ile czasu spędzi w przeszłości, w teraźniejszości za każdym razem trwa to dokładnie 2 minuty. Jednak przechodząc do sedna.. Jake ma dwie misie do spełnienia: osobistą (próba uratowania rodziny znajomego) i tą zleconą (próba uratowania Kennedy'ego). Jak jednak możecie się domyślić, nic nie jest takie proste na jakie wygląda, a przeszłość bardzo nie chce być zmieniona.

King serwuje nam historię z polotem, o której trudno zapomnieć. Serwuje również powrót do przeszłości, kiedy ku zaskoczeniu czytelnika (miłemu, muszę dodać) wplata wątki z jego innych powieści. Już niemal zapomniałam jak cudowne TO było, ale King nie daje o sobie zapomnieć nawet we własnych działach. Jakkolwiek to nie zabrzmi. Co mogę wam powiedzieć? Że pokochałam tą książkę? Że ciągle o niej myślę, chociaż minął już tydzień? Że ciągle nie mogę się zebrać żeby oddać jej wielkość w słowach? Że nie powinnam zaczynać od "Że"? Jednak to wszystko prawda. King skrywa w sobie bestię i pisząc tą powieść spuścił ją ze smyczy. To nie tylko dobra książka. To książka wybitna. Genialna. Fascynująca. Imponująca. To dzieło przejmujące i pozostawiające nas z niedosytem. To dziecko, które chciałabym stworzyć, gdybym mogła. Nie mogę, więc nie ma dyskusji.

A to zakończenie! To najlepsze, najbardziej wzruszające zwieńczenie historii z jakim miałam do czynienia. I nie chodzi mi tylko o powieści Kinga, ale książki każdego autora, którego miałam okazję do tej pory przeczytać. Płakałam jak bóbr, byłam trochę zła, ale rozumiałam pobudki autora i jego wizję, która wspaniałą wizją jest. Czasami go nienawidzę za to jakim dobrym, przejmującym autorem potrafi być.. jednak jest to nienawiść wypełniona miłością, więc mój platoniczny związek czytelniczy z tym autorem jest bardzo intensywny.

Kocham Kinga. Kocham Dallas'63. Kocham każde zdanie, każde słowo, które wyszło spod jego pióra. Kocham. Kocham. Kocham..

Czasami zastanawiam się co będzie jak już go nie będzie. Wiem, że przede mną jeszcze sporo Kinga do przeczytania, ale już teraz nie potrafię sobie wyobrazić roku bez kolejnej jego, nowej, świeżo napisanej książki. To autor, którego nie spotyka się często.. przynajmniej na mnie rzadko kiedy pisarz wpływa tak bardzo żeby chcieć o nim pisać i nie móc skończyć. Dlatego też piszę, o nim.. o jego książkach. Dallas'63 to książka, z której jestem dumna, mimo, że to nie moje dzieło. Nie będę wam powtarzać jak żałuję, ale taka jest smutna prawda. To powieść, z której jestem dumna, ponieważ to dowód dla każdego, że King wybitnym pisarzem jest. Nie dobrym. Nie bardzo dobrym. King jest wybitny i staram się z tą jego wybitnością pogodzić.

Przeczytajcie więc Kinga. Przeczytajcie Dallas'63. Dajcie się porwać. Uwieść. Zachwycić.

To powieść, która na to zasługuje.

Cholera, jak ja kocham Kinga. 


czwartek, 5 maja 2016

Spotkanie pierwszego stopnia z Percy'm Jackson'em

Wierzcie mi na słowo.. nie tak miało wyglądać moje życie. W tym wymyślonym Harry'ego i Percy'ego miałabym za sobą przed osiemnastką. A teraz spójrzcie na mnie.. stara krowa, 23 prawie na karku i będę zachwycać się literaturą typowo młodzieżową.. oczywiście drażnię się z wami tylko. Celowo jakby nie patrzeć. Książki wiek nie interesuje, ja za to zakochałam się w obu seriach bezgranicznie, ale dzisiaj skupię się na tej, której trzy części dosłownie połknęłam w oka mgnieniu.


Pozachwycam się przez chwilę nowym wydaniem, dobrze? Bo wstyd się przyznać, ale czekałam na nie z nadzieją i koniec końców, to dzięki niemu wzięłam się za tą serię. Nie wiem jak było w wydaniu poprzednim, ale tutaj okładki tworzą idealną symbiozę, nie mówiąc już o grzbietach, które prezentują się fantastycznie. I mimo, że okładka to nie rzecz najważniejsza, a właściwie dodatek, to i tak serce się raduje na widok tego wydania. Nic na to nie poradzę. Wstyd, wstyd, wstyd.

A teraz posłuchajcie krótkiej historii o moim pierwszym spotkaniu z dobrze znanym herosem. Kiedy kupiłam tą serię musiała trochę odleżeć na półce, ale i tak miała szczęście bo nie był to okres długi. Tydzień. Może dwa. Już widzę jak inne książki, które leżą nieprzeczytane od roku, wściekają się i wyrywają sobie strony.. z głowy? W każdym razie sięgnęłam po część pierwszą nie oczekując niczego. Zauważyłam, że tak jest po prostu lepiej. Czysty umysł, zero zbędnych oczekiwań. Zaczęłam czytać. Uśmiechać się do siebie. To dobry znak! Czytałam, czytałam, czytałam.. minęły 3 dni a ja dalej czytałam. Morał z tej opowieści taki, że przeczytałam trzy tomy na raz i musiałam się powstrzymywać przed sięgnięciem po dwa kolejne, bo kto to widział czytać od razu całą serię?

Czy muszę mówić jak bardzo Percy i jego przygody przypadli mi do gustu? Zaprzyjaźniliśmy się od pierwszego rozdziału i od razu wiedziałam, że będzie to przyjaźń naprawdę solidna. Wiem, wiem.. mam 23 lata. Pewnie powinnam wziąć się za jakąś ambitniejszą literaturę. Ale po co? Nie chcę. Nie muszę. Poza tym, to naprawdę wciągająca seria jest. Pouczająca przy okazji. Nie wspominając o tym, że oporni na mitologię mogą z niej wynieść naprawdę sporo dobrego. Jakby tego było mało, Rick Riordan to niezły żartowniś i jego także polubiłam.

Przygody Percy'ego Jacksona, młodego herosa, który jest przy okazji sympatyczną, nieirytującą postacią, to jedna z najlepszych i najbardziej pomysłowych serii jakie miałam okazję czytać. Słowo się rzekło. Autor nie tylko genialnie wplata wątek mitologii greckiej, właściwie opiera na nim większość historii, ale też w sposób oryginalny posługuje się humorem lekkim, nienachalnym jak jego styl pisania. Przy okazji Rick Riordan znalazł sposób jak kształcić młodych ludzi bez krzyku i zgrzytania zębów, przez opowiadanie. Dzięki tej serii pewnie zapamiętam więcej na temat mitologii (którą uwielbiam swoją drogą), niż za czasów kiedy polonistka uparcie i z zapałem ślimaka próbowała wbić to mi i moim kolegom do głów. Głównie dlatego, że czytanie Percy'ego to przyjemność, a nie przymus. I kto mówi, że czytanie to strata czasu?

Uwielbiam takie niespodzianki. Coś z pozoru wyglądającego niewinnie, okazuję się strzałem w moje czytelnicze gusta. Może i oszalałam, ale zakochałam się w tej serii. Tak troszkę. A może bardzo, skoro nie widzę w niej żadnych wad. Moje pierwsze spotkanie z twórczością pana Riordana było ogromną przyjemnością. Czas spędzony z wykreowanymi przez niego bohaterami był nieziemską zabawą. Polecam, polecam, polecam.. Po stokroć polecam! Bez względu na to ile macie lat. Ta powieść to ten rodzaj historii, której czytanie jest niesamowitą, niezapomnianą przygodą. Czego więc chcieć więcej?