wtorek, 30 sierpnia 2016

Najbardziej wzruszająca powieść jaką czytałam. Najprawdopodobniej.

To jedna z najpiękniejszych, najbardziej wzruszających powieści jakie czytałam. Ten rodzaj historii, o której chce się powiedzieć wiele, ale najzwyczajniej w świecie brakuje słów. Magiczna w swojej prostocie, prosta w swojej bajkowości.. jeśli jeszcze jej nie przeczytaliście, koniecznie to zróbcie. 

Autor: Jostein Gaarder
Tytuł: Dziewczyna z pomarańczami
Tytuł oryginalny: Appelsinpiken
Wydawnictwo: Czarna owca
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 142
Przekład: Iwona Zimnicka

Z pozoru niegroźna. Mała, cienka, taki okruszek. Ani to nie zapowiadało się na coś tak spektakularnego, ani też nie wzbudzało podejrzeń co do możliwości wylania milionów łez. Książka, o której słyszałam z każdej strony, ale jednocześnie nie wiedziałam o niej nic, poza tym, że podobno jest dobrą powieścią. I wiecie co? Jest dobrą powieścią. Małym gigantem, wśród małych gigantów.

O czym ona właściwie jest? Wiecie co.. sama się nad tym zastanawiałam zanim po nią sięgnęłam i doszłam do wniosku, że nic o niej nie wiem. "Może to i lepiej?", pomyślałam chwile później dodając już na głos, jakby słowa wypowiedziane miały jakąś większą moc: Jakoś przebrnę. Więc jakoś przebrnęła.

Książka to list ale nie do końca list. To list z dodatkami. List przerywany. List będący opowieścią ojca do syna. Martwego ojca do żyjącego piętnastoletniego syna. List ojca z komentarzami syna.

Ojciec Georga opowiada mu i nam historię o dziewczynie z pomarańczami, więc wiecie już skąd taki tytuł. Warto dodać, że ojciec Georga nie żyje (jak wspomniałam, jest martwy), zmarł kiedy jego syn był małym chłopcem. Teraz, kiedy George ma 15 lat w liście napisanym w ostatnich dniach jego życie opowiada tą cudowną, magiczną historię o cudownej, magicznej dziewczynie, w cudownym, magicznym świecie. Wiecie co w tym wszystkim jest takiego pięknego? Okazuje się zupełnie zwyczajne, a my dajemy się nabrać, a później przyznajemy autorowi rację. To, że nie dostrzegamy magii, nie znaczy, że jej nie ma.

Autor bawi się z nami trochę w kotka i myszkę. Przez znaczną część powieści nie wiemy czy przez przypadek ojciec Georga nie ma problemów psychicznych i urojeń. Wszystko co opisuje wydaje się być realne, ale nierzeczywiste. To ten absurdalny moment, kiedy znajdujemy się w psychologicznym potrzasku. Coś jest, ale czegoś nie ma. Nie wiem jak inaczej opisać wam wszystkie emocje towarzyszące mi podczas czytania tej historii. To tak jakby ktoś mi opowiadał historię swojego życia a ja patrzyłabym na tą osobę z niedowierzaniem i przytakiwała na odczepnego, a później okazałoby się, że to wszystko prawda. Ta książka jest bowiem prawdą. Bowiem. Prawdą. Jest prawdą tak ubraną w słowa, że tworzy bajkę.

Jeszcze nie wiecie dlaczego płakałam. Nie raz. Nie dwa. W ciągu kilkunastu ostatnich stron wypłakałam z litr łez. Płakałam i płakałam. Wszystko dlatego, że autor postanawia otworzyć nam oczy, mimo pozorów, dość brutalnie. Zadaje nam pytania, na które nie chcemy odpowiadać, ale odpowiadamy. Nie są to pytania szczególnie przyjemne czy łatwe. Pytania o naszą egzystencję chyba nigdy takie nie są.. i mimo, że wypłakałam całą wodę z organizmu i udręczona, wymęczona rozmyślałam nad moim nędznym żywotem (troszkę żartuję, ale tylko troszkę), "Dziewczyna z pomarańczami" to być może jedna z najlepszych książek jakie czytałam. To znaczy.. na pewno jest jedną z najlepszych. Być może nawet najlepszą, ale najlepszą w inny sposób niż najlepszy jest "Bastion". I wiem, że możecie teraz nie rozumieć o co mi chodzi. I możecie pukać się w głowę. I możecie zastanawiać się co ona bredzi. Tak naprawdę w tym wszystkim chodzi o to żebyście przeczytali tą historię i zrozumieli. A zrozumiecie. Jestem tego pewna.


poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Maggie Stiefvater " Złodzieje snów" oraz "Wiedźma z lustra" (czyli jak przy braku weny piszę dwie bzdury za jednym zamachem.. o serii cudownej)

To prawdopodobnie jedna z moich ulubionych serii. Jak się okazuje w ostatnim czasie, jest ich całkiem sporo. W każdym razie nie narzekam na brak ciekawych, wciągających książek. Maggie Stiefvater stworzyła książki nie tylko piękne zewnętrznie, ale również wewnętrznie. To co nam serwuje jest inne, a ja uwielbiam taką inność. Dodajmy do tego niewymuszony styl autorki i przepis na sukces gwarantowany.


Autor: Maggie Stiefvater
Tytuł: Złodzieje Snów
Tytuł oryginalny:The Dream Thieves
Seria: Seria Króla Kruków (tom II)
Wydawnictwo: Uroboros (Grupa Wydawnicza Foksal)
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 478

Drugi tom serii okazał się strzałem w dziesiątkę i chyba na tym stwierdzeniu mogłabym poprzestać. Ta książka była cholernie dobra. Wierzycie mi? Jeśli nie to zaraz uwierzycie.

Zacznijmy od samej fabuły, która na szczęście nie jest sztampowa. Widać, że autorka miała własny pomysł na historię, i co ważniejsze, można odczuć, że czerpała przyjemność z pisania. Ja często gęsto mam wrażenie, że pisarze po pewnym czasie, szczególnie jeśli chodzi o serie, robią wszystko na odwal się. Tu jest po prostu inaczej, chociaż to drugi tom i ciężko stwierdzić czy autorka nie znudzi się na trzecim, czwartym, piątym.. czy ile książek o Blue i jej przyjaciołach postanowi napisać.

Drugi tom serii, jak można się domyślić, wyjaśnia o co chodzi z tymi całymi Złodziejami Snów. Zakochałam się w tym pomyśle i żałuję, ze nie był mój. Sama idea tej książki zwaliła mnie z nóg. Poza tym.. Ronan, Ronan, Ronan.. w tej części poznajemy trochę lepiej naszego złego chłopca i jego sekrety. Wzbudza nas w skrajne emocje, co oznacza mniej więcej tyle, że jest postacią niemal idealną. Niemal, ponieważ każdy ma jakieś wady, ale w tym momencie nie jestem wam w stanie nic wymyślić. Później Blue, Blue, Blue.. Gansey, Gansey, Gansey.. Adam, Adam, Adam.. Noah, Noah, Noah.. wszyscy oni są tak różni, a tworzą grupę idealną do przygód stworzonych przez autorkę. Oczywiście nie odbyło się bez dramatów, zwrotów akcji, czy miłostek.. i miłości. Nie będę wam jednak o tym za dużo mówić, bo nie wiadomo co przyniesie przyszłość. Nie chcę wam dawać złudnej nadziei co do zakończenia.. sama żyję w stresie i pożeram kolejny tom żeby wiedzieć co dalej (swoją drogą, wy będziecie mogli o tym przeczytać w tym tekście, więc..)..


Autor: Maggie Stiefvater
Tytuł: Wiedźma z lustra
Tytuł oryginalny: Blue Lily Lily Blue
Seria: Seria Króla Kruków (tom II)
Wydawnictwo: Uroboros (Grupa Wydawnicza Foksal)
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 413

Czytam tą recenzję, a właściwie te recenzje, i dochodzę do wniosku, że są bez sensu. To ,mało ważne. Najważniejsze żebyście zrozumieli jak dobra jest to seria i jak bardzo chcecie ją przeczytać.

Nie zawiodłam się na tomie trzecim.

Nie zawiodłam się na tomie pierwszym i drugim.

Wszystko co tworzy autorka jest magiczne i przenosi nas do zupełnie innego świata, tak naprawdę pozostając w naszej rzeczywistości. "Wiedźma z Lustra" to kolejna cudowna część serii, która mnie zachwyca i nie będę mówić nic złego na jej temat, bo nie ma sensu wyszukiwać wad na siłę. To powieść fascynująca. Powieść intrygująca. Powieść znakomita, niemal zapierająca dech w piersiach. Mam ochotę przeczytać ją raz jeszcze, chociaż dopiero co przewróciłam ostatnią stronę, a na pułkach piętrzą się książki do przeczytania.. To wszystko jednak traci nagle ważność kiedy ma się w dłoniach książkę tak hipnotyzującą.

Nie chcę rozpisywać się na temat fabuły. Nie chcę też przeciągać tej recenzji na siłę. Połączyłam te dwie książki w jedno, bo cała seria jest tak zgrana, że aż boli. Pozytywnie, jeśli wierzycie w pozytywny ból. To jedna z najlepszych serii jakie trafiła w moje ręce i aktualnie jestem na etapie modlitwy o jak najszybsze wydanie w Polsce tomu kolejnego. To seria dla wszystkich, a takie są najlepsze. Seria nietuzinkowa, zachwycająca, oryginalna. Autorka nie daje się wciągnąć w tendencje panujące na rynku czytelniczym, nie pozwala sobie na narzucenie treści przez innych autorów. Mamy tu więc zdolną pisarkę, która wykorzystuje swoją wyobraźnię do maksimum, i na nasze szczęście, to wielka wyobraźnia jest.

brak mi weny twórczej, więc po prostu..


MUSICIE TO PRZECZYTAĆ

środa, 10 sierpnia 2016

Klasyka nie gryzie #3: Jane Austen "Duma i uprzedzenie"

Przypomniałam sobie, że coś kiedyś postanowiłam. Niby miałam czytać więcej klasyków. Niby więcej ich recenzować. Niby, niby.. W końcu mam dla was nie tylko recenzję klasyka, ale tekst niespotykany, bo o książce, którą przeczytałam po raz drugi. Rzecz niespotykana. W dodatku mogę kontynuować serię na moim blogu, którą wstyd nie kontynuować. Dzisiaj więc, moi drodzy, trochę wam pomarudzę o mojej kochanej "Dumie i uprzedzeniu". Cóż mogę powiedzieć na swoje usprawiedliwienie? Jak na osobę, która nie przepada za romansami aż tak, dałam się wciągnąć w sidła Austen. 


Autor: Jane Austen
Tytuł: Duma i uprzedzenie
Tytuł oryginalny: Pride and Prejudice
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 368
Przekład: Anna Przedpełska- Trzeciakowska 

O "Dumie i uprzedzeniu" już na pewno słyszeliście, ośmielę się nawet stwierdzić, że nie raz i nie dwa. To klasyk powszechnie znany. Nawet jeśli nie mieliście kontaktu z samą powieścią, jestem niemal pewna, że natrafiliście gdzieś po drodze na jedną z ekranizacji tego dzieła. Co mnie zaskakuje jednak najbardziej, to fakt, że ja z Austen naprawdę się polubiłyśmy, może nawet zaprzyjaźniłyśmy, a to ani trochę nie są moje klimaty. Wręcz przeciwnie, to ten rodzaj powieści, którą najchętniej (w czystej teorii) potraktowałabym wodą święconą i uciekła.

"Duma i uprzedzenie" opowiada historię rodziny Bennetów, która jest rodziną dość barwną, jednak o tym za chwilę. Pan Bennet ma pięć córek, zupełnie różnych ku uciesze czytelników. Pani Bennet natomiast zrobi wszystko aby te córki wydać jak najszybciej za mąż (takie czasy, taka mentalność). Kiedy więc do sąsiedztwa wprowadza się zamożny pan Bingley, matka dziewcząt wietrzy w tym wszystkim możliwość wydania jednej z córek za mąż. Razem z panem Bingleyem pojawia się jeszcze jedna postać, osławiony Pan Darcy, który jest naszą dumą. I tak toczy się historia..

.. która miejscami jest historią wręcz przekomiczną. Rodzina Bennetów to rodzina wyjątkowa. Matka żyjąca w swoim świecie, ojciec patrzący na swoją żonę z politowaniem (swoją drogą polubiłam pana Benneta za jego bezpośredniość). i ich córki: słodka Jane, błyskotliwa Elżbieta (nasze uprzedzenie), głupiutkie Kitty i Lidia, oraz Maria, którą w sumie trudno określić.. jest po prostu mądrze głupia. Wszystkie te indywidua sprawiają, że historia z potencjalnie nudnej staje się potencjalnie ciekawą. Jane to autorka błyskotliwa, z umiejętnością tworzenia historii zabawnych, jak i w prosty sposób wyjątkowych. Dopiero po tym jak przeczytałam tą powieść po raz drugi (po raz pierwszy przeczytałam ją kilka lat wcześniej i również byłam zachwycona), dostrzegłam pewne aspekty ironiczne całej powieści i zdecydowanie bardziej doceniłam postać pana Benneta. Jednak nikt nie jest w stanie rozbawić towarzystwa tak jak pani Bennet, Kitty oraz Lidia.. ta trójka jest tak bajecznie głupia, że mi samej było miejscami za nie wstyd. Ot, trzy kobiety/dziewczyny, którym tylko figle migle i zamążpójście w głowie. Jednak gdyby nie one cała powieść mogłaby stracić ten element śmieszności, a tak przynajmniej można czuć się zażenowanym i rozbawionym za jednym razem.

Oczywiście głównym epicentrum całej powieście jest romans pomiędzy naszą Dumą (Panem Darcy'm) a Uprzedzeniem (Elżbietą). Romans o tyle ciekawy, że od początku skazany na porażkę, mogłoby się bowiem wydawać, że ta dwójka to bardziej jak pies z kotem niż dwa zakochane gołąbki. On jest zniechęcony zachowaniem jej rodziny (szczególnie wielkiej trójki), a ona poirytowana jego poczuciem wyższości nad innymi (pan Darcy jest cholernie bogaty, wspominałam?). Po drodze pojawiają się również inne czynniki, które nic tylko (mogłoby się wydawać) pogarszają sytuację między tym dwojga. On jest coraz bardziej dumny, ona coraz bardziej uprzedzona.. i tak się toczą ich dzieję, tak długo, aż sprawa się nie wyjaśnia i cała historia nabiera inny obrót. Powiedzmy, że uprzedzenie zaczyna topnieć, resztę zostawię wam do odkrycia.

Jane Austen okazała się pisarką znakomitą, dokładnie taką jak pamiętałam. Niech dowodem będzie to, że czytałam "Dumę i uprzedzenie" dwa razy, a mi się to nie zdarza. Tak bardzo chciałam ją wam zrecenzować. To klasyk, który bawi i zapewnia świetną rozrywkę.. można więc stwierdzić, że dla wielu może się to okazać szokiem, ale tak jest naprawdę. Austen ma talent, jest zabawna, błyskotliwa i tworzy historię ciekawą z historii banalnej. Nie twierdzę również, że spodoba się każdemu, bo tak pewnie nie będzie, ale tak jest przecież zawsze. czyż nie? To po prostu autorka, o której poczuciu humoru i lekkim piórze warto przekonać się na własnej skórze. A jeśli nie macie odwagi, cóż, pozostaje wam jedynie uprzedzenie. Rozumiecie? Że klasyk.. że romans.. uprzedzenie.. takie zabawne.


czwartek, 4 sierpnia 2016

O serii, która okazała się zaskoczeniem. Słów kilka o Percy'm Jackson'ie .

Gdyby kilka miesięcy temu ktoś próbował mnie przekonać jak dobra jest to seria, cóż.. pewnie bym nie uwierzyła. A teraz spójrzcie na mnie. Oto ja. Główny niedowiarek świata czytelniczego, stoję przed wami próbując przekonać was, że powinniście przeczytać Percy'ego Jackson'a. Po prostu powinniście.



To nie książka tylko dla nastolatków, mimo, że mogliście słyszeć takie pogłoski. Mogę was zapewnić, że ja nastolatką nie jestem a lektura tej serii sprawiła mi ogromną przyjemność. Ogromnie ogromną. Percy Jackson jest młodym herosem, chociaż na początku nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. W wyniku kilku przypadków trafia do obozu herosów gdzie trafić zresztą powinien. Okazuje się, że nie jest synem byle kogo, bo samego Posejdona. Jednak to wcale nie jest taka dobra wiadomość biorąc pod uwagę, że przed laty Zeus, Posejdon i Hades uzgodnili, że nie będą mieć dzieci. A wszystko przez przepowiednię, która do samego niemal końca jest wielką niewiadomą.

Percy Jackson to jedna z tych serii, którą chętnie wcisnęłabym swoim rówieśnikom, rodzicom i dzieciom (których jeszcze nie mam). Co więcej, zapewniam was, że wszystkim by się spodobała. Rick Riordan to cudowny gawędziarz, a robi to z taką swobodą, że czytanie jego książek to czysta przyjemność. Czytając Percy'ego nawet nie zwracałam uwagi na czas. On po prostu płynął a ja byłam w swoim świecie, zupełnie pochłonięta tym co pan Riordan ma do zaoferowania. Zabawa była przednia. Czas mile spędzony. Historia ciekawa. Czego chcieć więcej?

Autor w sposób dla mnie idealny połączył mitologię z literaturą współczesną przez co jest to nie tylko przyjemna lektura, ale też można dowiedzieć się co nieco na temat mitologii. Wilk syty i owca cała. Można powiedzieć, że Riordan działa w wyższej sprawie i uczy nas najlepszą znaną mi metodą, przez opowiadanie. Jeśli wasze dzieci mają problemy z zapamiętaniem mitologii, albo je po prostu nudzi, podsuńcie im Percy'ego. Wierzcie mi na słowo, po przeczytaniu kilku stron nie będą mogły się oderwać od lektury. Ja nie mogłam, a mam 23 lata. Poza tym każdy w końcu musi trafić na swoją pierwszą książkową niespełnioną miłość, więc dlaczego nie miałby to być Percy Jackson? To taki Harry Potter mitologi greckiej. Seria wypełniona po brzegi ciekawymi zwrotami akcji i znakomitymi bohaterami, która sprawia, że nawet 70 latek nie będzie mógł się powstrzymać przed sięgnięciem po kolejną część. Gdyby tomy mi się nie skończyły pewnie dalej bym ją czytała, taka dobra jest.

Riordan ma prosty, zabawny styl. Nie szuka dziury w całym, szybko przechodzi z jednej akcji do drugiej. Ma niewiele wspólnego z Kingiem, a straciłam dla niego głowę. Jaka to była dobra lektura! Naprawdę nie miałam zamiaru jej kończyć, ale sumienie nie pozwoliło mi czekać ani dnia dłużej. Po przeczytaniu trzech pierwszych tomów siłą zmusiłam się do odłożenia dwóch ostatnich na później. Kiedy to później nadeszło, nic nie mogło mnie powstrzymać. Poczucie humoru autora, wyobraźnia, nawet dialogi.. oj polubiłam się z Riordanem. Dlatego jeśli zastanawiacie się czy powinniście sięgnąć po tą serię, cóż.. powinniście tak szybko jak to możliwe. Nie twierdzę, że się zakochacie. Nie mówię również, że to będzie najlepsza seria waszego życia. Jednak może być, więc nie ryzykujcie nie czytania jej. Wiecie.. czasami lepiej coś zrobić i żałować (a nie będziecie żałować), niż nie zrobić i żałować, że tego nie zrobiliście. Jasne?

Zabierzcie więc swoje dzieci, rodziców, wujki, ciotki, braci, siostry, nawet dziadków, i zróbcie małą terapię relaksacyjną z Percym. To seria. która ma szansę łączyć pokolenia. To seria, którą ja pokochałam od kilku pierwszych stron, chociaż zupełnie się tego nie spodziewałam. Uwielbiam takie niespodzianki i takich autorów. Co tu dużo mówić.. bardzo miło z Riordana strony, że postanowił się z nami podzielić tak cudowną serią.