wtorek, 13 grudnia 2016

Z życia książkoholika #1: jak to się zaczęło?

Jestem książkoholikiem. Czytam książki (dużo, dużo książek), piszę o nich (a czasami nie) i kupuję. Właściwie kupuję więcej niż czytam i piszę, więc być może to jest ten jedyny problem jaki pojawia się wraz z uwielbieniem do książek. O tym jednak dzisiaj pisać nie będę (ale na pewno za niedługo. może kiedy pojawi się #2). Dzisiaj chciałabym wam powiedzieć co nieco na temat tego jak to wszystko się zaczęło, dlaczego się zaczęło, dlaczego zniknęło i znowu się pojawiło. Każdy ma jakąś historię. Każdy sięgnął po książki w tym właśnie konkretnym, jedynym, niepowtarzalnym momencie i większość z nas przepadła.. ale przyznajmy to otwarcie: wśród wszystkich nałogów, ten jest najcudowniejszy.

Swoją pierwszą książkę przeczytałam w wieku 5 lat i pamiętam ją do dziś.. głównie dlatego, że czytałam ją w kółko i w kółko, w końcu ucząc się jej na pamięć. Brzydkie kaczątko Hansa Christiana Andersena było TĄ książką, tym ognikiem zapalnym, który po części przyczynił się do tego kim jestem teraz.  Do dzisiaj pamiętam okładkę tej książki, która w tym momencie już pewnie nie istnieje, zjedzona przez moją młodszą siostrę, która po swoim pojawieniu się na tym świecie postanowiła zeżreć albo obślinić każdą stronę zebranej przeze mnie książki (a miałam już całkiem niezłą kolekcję). I tak, do dzisiaj jej to wypominam. Trochę ze złośliwości, trochę ze względu na siostrzaną miłość. Trochę też dlatego, że to trochę zabawne. 


Oto ja. Paulin w wieku 5 lat. Tak, Paulin, nie Paulina, tak się przyjęło w ostatnim czasie, cóż.. Ostatnie zdjęcie jest chyba jednym z moich ulubionych, zawsze tak wyglądam i tańczę kiedy przeczytam jakąś świetną książkę. Nic się nie zmieniło. 

Zawsze byłam nieśmiałym dzieckiem i chyba nic się nie zmieniło (mimo wszelkich pozorów jakie mogę sprawiać). Ludzie mnie denerwowali już od najmłodszych lat, rówieśnicy irytowali i ogólnie wolałam czytać i biegać po łąkach z dwoma najlepszymi przyjaciółkami niż udawać, że kogoś lubię. Koniec przedszkola i szkoła podstawowa to ten okres kiedy odkryłam dwa bardzo interesujące fakty: po pierwsze, uwielbiam czytać, i po drugie, jestem językowcem (trochę leniwym, nie do końca wykorzystującym swoje talenty, ale jednak). Szkoła podstawowa, a właściwie dwie ostatnie klasy, to też okres kiedy wręcz obsesyjnie czytałam romanse dla nastolatków. Nie wiem czy ktoś z was jeszcze kojarzy serię "nie dla mamy, nie dla taty, lecz dla każdej małolaty". Cóż, ja pamiętam. Pamiętam jak co chwilę biegałam do biblioteki sprawdzać czy nie ma kolejnej książki z tej serii (a bibliotekę miałam 10 metrów od domu.. w sumie byłam częstym gościem u pani bibliotekarki) a później dokładnie połykałam ją całą sobą w trybie natychmiastowym. Tak, to były piękne czasy kiedy takie bzdury pochłaniały mnie całą. 

Byłam też dobrą uczennicą, zawsze przynosiłam czerwone paski, chociaż nie przykładałam się do tego jakoś szczególnie. Nigdy nie czułam się zobowiązana do tego żeby komukolwiek udowadniać swoją inteligencję, więc podchodziłam do wszystkiego.. na luzie, z pewnym dystansem i, cóż, nigdy nie przeczytałam żadnej lektury, a już na pewno nie w terminie. Dlatego największą zagadką okresu szkolnego jest: jakim cudem zdawałam znajomość lektur na bardzo dobre oceny skoro właściwie nie znałam tych lektur? Tajemnica pozostanie tajemnicą. Zawsze potrafiłam dobrze kłamać i lać wodę. 

Gimnazjum to ostatnie podrygi przed WIELKĄ rewolucją. Zaczytywałam się w historiach Shakespeare'a i po raz pierwszy sięgnęłam po Sapkowskiego, nie zdając sobie wtedy do końca sprawy kim jest ów autor Trylogii Husyckiej. Ostatnią serią jaką przeczytałam przed swoim wielkim kryzysem był Zmierzch. Nie osądzajcie mnie. W sumie nie pamiętam nawet czy ją skończyłam, ale byłam zachwycona i zakochana. Do dzisiaj mam ją na swojej półce. Nie wstydzę się tego, mimo pozorów to dość ważna pozycja w mojej całej książkowej egzystencji i sentymentalna wyprawa do mojego gustu czytelniczego sprzed lat. No i trochę ciągle mam do niej słabość. Później, na początku liceum, pojawił się pierwszy chłopak, pojawiły się bzdurne problemy, bzdurne kryzysy, bzdurne stresy związane z nauką i tym kim mam być w przyszłości. Bzdurna presja ze strony nauczycieli i rówieśników, bzdurna próba dopasowania się do czegokolwiek i kogokolwiek.. nie czytałam za wiele, właściwie prawie wcale i nie warto o tym pisać.


Olśnienie przyszło kiedy na ostatnim roku studiów pisałam pracę licencjacką na temat twórczości Stephena Kinga, ale o tym za chwilę. Po pierwszą książkę tego autora sięgnęłam przez przypadek (okres liceum). Wszyscy rozgadywali się na temat Zielonej Mili (filmu, nie książki) i w sumie byłam tego ciekawa, ale nie aż tak żeby siedzieć przed telewizorem do późna w oczekiwaniu na jakiś tam film (który koniec końców obejrzałam dopiero.. hym.. rok temu?). Jednak weszłam do księgarni, po raz pierwszy od jakiegoś czasu, i zobaczyłam tą nieszczęsną Zieloną Milę za 16 złotych, w końcu to wersja kieszonkowa, ale wtedy nawet o tym nie myślałam. Kupiłam i zaczęłam czytać kiedy wróciłam do domu. Później wróciłam po Serca Atlantydów, następny w kolejności był pożyczony od kuzyna Bastion i kupione To... koniec bajki. To przeleżało na mojej półce 3 albo 4 lata (jest to związane z bolesnym licealnym rozstaniem, załamaniem, pierwszą miłością, bla bla), z zakładką wstawioną na 50 stronie, czekając na tą konkretną noc kiedy zdałam sobie sprawę, że to co robię to kompletny idiotyzm.

Wyobraźcie sobie teraz taką sytuację: późny wieczór, listopad, rok 2014. Paulin siedzi w swoim łóżku, zakopany kołdrami i kocami, z laptopem na kolanach, próbuje napisać coś konkretnego o Kingu w dodatku po angielsku. Patrzę na tą pieprzoną półkę z książkami i widzę TO. TO, które zaczęłam czytać już dawno, dawno temu, i którego nie skończyłam. Sytuacja o tyle komiczna, że w tym samym czasie staram się napisać coś konstruktywnego na temat mojego ukochanego autora, jego twórczości i zdaję sobie sprawię, że nie tknęłam nic tego autora od 3 lat. 3 lat.. Nie jest to tylko związane z niechęcią do czytania, ale raczej faktem, że studia wywarły na mnie straszną presję. Straszną. Bywały noce, że budziłam się o 2 nad ranem i sięgałam po książkę z gramatyki, żeby sprawdzić czy na pewno dobrze pamiętam, bo już nawet we śnie zdawałam kolokwia. W tamtym momencie, kiedy spojrzałam na tą książkę, odłożyłam laptopa i wzięłam ją z półki. Nie wyszłam z łóżka dopóki nie skończyłam czytać. Nie poszłam następnego dnia na zajęcia. I kolejnego też nie. Nie pamiętałam kiedy ostatni raz czułam się tak dobrze. ( Chciałam tylko napomknąć, że miałam naprawdę wspaniałych wykładowców, uwielbiałam tych ludzi, nadal tak jest. Presje sama sobie nałożyłam starając się robić rzeczy nie do wykonania. Zdałam śpiewająco;)) 

Swoją drogą.. TO było pierwszą zrecenzowaną przeze mnie książką na tym blogu.


Więc oto ja. Paulin. Książkoholik z natury, może też z urodzenia. Mam tego bloga od dwóch lat, już nieco ponad. Nie jestem najlepszą blogerką książkową w Polsce. Nie nagrywam najlepszych filmów, czasami nie potrafię się nawet wysłowić. I już na pewno nie wstawiam najlepszych zdjęć na Instagrama i trochę zazdroszczę innym tych talentów, ale tylko trochę. Kocham mówić o książkach, pisać o nich, a już najbardziej je czytać. W ciągu ostatnich dwóch lat przeczytałam mnóstwo cudownych, wzruszających i przerażających powieści. Niektóre były emocjonalnie niszczące, inne sprawiły, że zaczęłam inaczej patrzeć na świat. Ostatnie dwa lata były być może dwoma najlepszymi w moim życiu. Robię to co kocham, nie oczekując niczego od nikogo. Nie powiedziałam wam wszystkiego, ale to dopiero początek. Niedługo Nowy Rok a z nim kolejne, niesamowite powieści, niesamowite krainy, niesamowici bohaterzy. Nie wiem jak wy, ale ja już nie mogę się doczekać. 

Jak już tu trafiłeś/-łaś i masz ochotę coś napisać, to chętnie przeczytam jak zaczęła się twoja książkowa historia. 

środa, 7 grudnia 2016

Stephen King "Doktor Sen" (naprawdę kocham tego nicponia)

Już wiecie, że nie jestem osobą, którą jakoś szczególnie trzeba zachęcać do sięgania po Kinga. Właściwie to wpycham go wam wręcz siłą, bez względu na to czy akurat piszę o jego książkach czy nie. To zdecydowanie autor mojego życia. Człowiek, którego pokochałam od pierwszej książki, pierwszego słowa. Więc co powiecie jeżeli wyznam, że "Doktor Sen" czekał prawie dwa lata na mojej półce żebym go w końcu przeczytała? Wstyd, Wstyd, Wstyd.. gdybym wiedziała jak bardzo mi się spodoba, nie traciłabym tyle czasu. 



Książka powstała bo King myślał i myślał. Zastanawiał się i zastanawiał. W końcu doszedł do wniosku, że wypadałoby napisać co właściwie stało się z Dannym, synem Jack'a Torrance'a, który jaśniał (lub lśnił, w zależności jak kto to sobie przełoży). I po tych wszystkich rozmyśleniach i zastanowieniach, napisał co napisał, bo tak chciał. I tak powstał "Doktor Sen". Musiałam.

"Doktor Sen" to teoretycznie kontynuacja kultowego już "Lśnienia" (kto nie czytał ten trąba). Użyłam to brzydkie słowo "Teoretycznie", ponieważ czytając w ogóle nie odczułam, żeby była to kontynuacja czegokolwiek, mimo, że autor kilkakrotnie odniósł się do "pierwszej części". Nie wiem dlaczego tak było. Może ze względu na czas dzielący publikację tych dwóch pozycji, a może o sam klimat powieści. O ile "Lśnienie" było wręcz do bólu realistyczne mimo wszystkich pomysłów Kinga z kosmosu, o tyle "Doktor Sen" śmierdzi (a właściwie pachnie) nierealnością. Na szczęście King to King i zawsze potrafi wmówić czytelnikowi, że to co pozornie nierealistyczne, jest o wiele bardziej możliwe niż początkowo zakładamy.

Danny jest już dorosły. Ma za sobą Panoramę, życie na rozjazdach, śmierć. Nie swoją, rzecz jasna. Ma za sobą też wiele nieciekawych przeżyć, równie nieprzyjemne uzależnienie (które właściwie jeszcze nie ma za sobą) i niełatwe życie przed sobą, ale zawsze mogło być gorzej. To w końcu książka Kinga, a on raczej nie jest łaskawy dla swoich bohaterów. W końcu znajduje miejsce, w którym wie, że zostanie. Niekoniecznie dlatego, że chce, ale to po prostu czuje. Wie, że to właściwie. Wie, że tak być musi, choć jeszcze nie wie dlaczego. I może lepiej.. gdybym to ja była na jego miejscu i wiedziałabym co się święci, pewnie już dawno wzięłabym nogi za pas. Ale to Danny. Danny, który przeżył Panoramę, więc jest w stanie przeżyć wszystko. A może i nie? Przecież wytrzymałość psychiki ludzkiej też ma swoje granice. Tak.. właśnie.. słyszy mnie Pan, Panie King?

Gdybym miała w jakikolwiek sposób określić tą książkę użyłabym pewnie zawrotnego połączenia gatunków jakim jest "horror fantastyczny" albo "fantastyczny horror", ponieważ właśnie to nam King sprzedaje. Powieść momentami straszną, momentami nierealną, czasami naciąganą, ale na szczęście on to potrafi. Czasami mam wrażenie, że wszystko co nie wolno innym pisarzom, King wykorzystuje, i co śmieszne, robi to więcej niż dobrze. King jest pisarzem bardzo charakterystycznym, nie trzyma się żadnych reguł, jeżeli stwierdzi, że coś ma tak być, to tak jest i nikt się z tym nie kłóci. Niektórym się to podoba, innym nie. Ja, jak doskonale wiecie, kocham tego nicponia miłością jeszcze dla mnie nie do końca zrozumiałą. Mogę go czytać, trawić jego zwariowane pomysły i zachwycać się tym jak genialnym pisarzem, operatorem słowa jest. Nie znam innego autora, który tworzy ten konkretny klimat. Nazwijmy go klimatem kingowskim. Niektórzy autorzy są po prostu nie do podrobienia tylko dlatego, że nikt inny nie ma ich odwagi, A King tchórzem na pewno nie jest.

"Doktor Sen" był lepszy niż myślałam. Możecie pomyśleć, że troszkę kłamię, biorąc pod uwagę, że zawsze spodziewam się Kingu tylko tego co najlepsze. Problem w tym, że zanim zdecydowałam się sięgnąć po tą powieść (dwa lata.. pozostawię to bez komentarza) nasłuchałam się sporo mieszanych opinii. Głównie na temat tego, że "Lśnienie" było lepsze, miało swój klimat, a "Doktor Sen" to taka bajka. Kolejny problem to fakt, że ja takie bajki lubię. Uwielbiam wręcz. Dlatego nie będę porównywać tych dwóch powieści, bo jak wspominałam, dla mnie to dwa osobne byty i na tym się skupię. "Doktor Sen" to nie "Lśnienie". Jednak jest to powieść wciągająca i świetnie napisana. Fabuła jest ciekawa, a zakończenie nie tak złe jak można by się po Kingu spodziewać (trochę się droczę). Nie żałuję niczego.. no poza tym, że czekałam tak długo z przeczytaniem jej. Więc jeśli Ty, drogi czytelniku tego bloga, masz tą książkę na swojej półce i jesteś tak bezczelny jak ja nie sięgając po nią, cóż.. lepiej napraw swój błąd bo King widzi wszystko i lubi straszyć nocą.

Stephen King, Doktor Sen, Wydawnictwo Prószyński i S-ka