czwartek, 14 grudnia 2017

Złota skóra, Carla Montero

Wstyd się przyznać jak długo ta książka leżała na półce nieprzeczytana (3? 4 lata?). Jeszcze większy wstyd kiedy pomyślę, że była to powieść, którą naprawdę chciałam przeczytać. Później stała się kolejną, za którą wezmę się po przeczytaniu tej, tamtej i następnej. W końcu o niej zapomniałam. Została zakopana pod stertą innych książek. Również nieprzeczytanych. Taki właśnie ze mnie wzorowy czytelnik.


Kiedy byłam małą dziewczynką chciałam zostać malarką. Cóż.. w wieku siedmiu lat radziłam sobie całkiem nieźle, teraz to już inna historia. Mój zapał do malowania skończył się jakiś czas po odkryciu bogactw biblioteki. Jednak od czasu do czasu wracałam do malowania, tak długo jak mój zapał i chęci całkowicie nie wygasły. Teraz jedynie oglądam. I czytam.

Mówię wam to dlatego, że był to jeden z głównych powodów, dla których chciałam przeczytać 'Złotą Skórę'. To i początek XX wieku. I jeszcze Wiedeń. I sztuka.

Montero stworzyła historię lepszą niż się spodziewałam, a wierzcie mi na słowo, spodziewałam się naprawdę wiele. Osadzenie akcji w intrygującym czasie i miejscu, w zachwycającym towarzystwie i kulturze, było strzałem w dziesiątkę. Ta książka nie wciąga, ona pochłania nas bez reszty. Czytając ją przenosimy się do innego świata, poznajemy jego nawet najciemniejsze strony, widzimy zepsucie, ale też człowieczeństwo. Widzimy jak często pieniądze to nie wszystko, ale zdecydowanie wystarczająco dużo. Możemy się przekonać na własnej skórze jak osoby będące wzorcami dla innych, okazują się kimś kogo nie znamy. Jak ludzie stwarzają pozory, tylko po to żeby ukryć ich prawdziwą naturę. Cierpienie.

Autorka gra z nami w kotka i myszkę. Podaje nam potencjalnych zabójców na tacy, chce żebyśmy myśleli, że wiemy wszystko.. ale czy na pewno? Czy zawsze wszystko co jest oczywiste, jest takie naprawdę? Czy ludzie są nieomylni? Montero udowadnia nam, że nie wszystko złoto co się świeci. Nie każdy dobry jest taki naprawdę. Nie każdy zły na zewnątrz, jest taki w środku. Co więcej, nie rzuca wyzwania tylko nam, ale też swoim bohaterom. Wodzi ich za nos, pokazuje rozwiązania, które są tak oczywiste, że muszą być prawdziwe. Z drugiej strony, wskazuje palcem jak oczarowanie kimś może zamydlić oczy. Jak bardzo wypieramy ewentualne oskarżenia tylko dlatego, że nie chcemy żeby były prawdziwe. Pozostaje jednak pytanie.. czy są prawdziwe?

Żałuję kilku rzeczy. Jedną z nich jest to, że tak długo zwlekałam z przeczytaniem tej powieści. Drugą, że 'Złota Skóra' nie jest wielkości encyklopedii. Trzecią, że nie mam pod ręką innych książek tej autorki, bo bardzo teraz tego potrzebuję, ale na mojej półce jest tyle nieprzeczytanych maleństw, że wielkim grzechem będzie kupowanie kolejnych tylko po to żeby zasilały szeregi moich ignorowanych żołnierzy. Możecie jednak być pewni pojawienia się nazwiska tej autorki po raz kolejny już niedługo. Jej historia jest oryginalna, styl nieprzesadzony, a umysł genialny, biorąc pod uwagę jak beztrosko potrafi wprowadzić niemały zamęt. Czytając tą książkę zakochiwałam się powoli, stopniowo, w końcu dając się zauroczyć. Jeśli macie ją na swojej półce wstydu, nie zwlekajcie dłużej. Nie warto czekać.

wtorek, 5 grudnia 2017

Stephen King i Richard Chizmar, Pudełko z guzikami Gwendy

Z natury podchodzę sceptycznie do wszelkiego rodzaju współprac dotyczących pisania książek (tak długo jak nie są to zbiory opowiadań). Być może dlatego, że nie rozumiem jak taka współpraca między dwoma, często zupełnie różnymi autorami, wygląda. Poza tym, pisanie książek to trochę przelewanie swojej duszy na papier, coś intymnego, niekoniecznie wymagającego wtrącania się duszy numer dwa. Nie ukrywam też faktu, że jestem paskudnym introwertykiem, więc to niezrozumienie jest chyba, cóż, w pewnym sensie zrozumiałe. Przyznam jednak oficjalnie, że King wiedział co robi. Pan Chizmar również (dzięki tej książce dowiedziałam się o jego istnieniu, nic nie sugeruję).


Gwendy to zwyczajna dziewczyna, która pewnego dnia spotyka niezwyczajnego mężczyznę. Niezwyczajny mężczyzna daje jej tajemnicze drewniane pudełko z kilkoma guzikami i dwoma dźwigienkami. Pan w kapeluszu mówi Gwendy, że będzie wiedzieć do czego służą i Gwendy wie.

Istnieje spore prawdopodobieństwo, że to najkrótsza powieść Kinga, którą miałam w rękach. Żadnej jego książki nie przeczytałam w przeciągu dwóch godzin i nie spodziewałam się, że coś takiego kiedykolwiek się wydarzy.. a tu proszę. Niektóre jego opowiadania bywają dłuższe. Absolutnie nie narzekam, bo to jedna z moich ulubionych historii tego roku. Poza tym, przy moim wracaniu do czytania takie maluchy cenię nawet bardziej. A przy okazji.. wydana jest cudownie. 

To pierwsza kolaboracja Kinga z innym autorem jaką miałam okazję przeczytać. Nie wiedziałam co z tego wyniknie, trochę się bałam, trochę byłam niepewna, ale przyznaję z ręką na sercu, że to małe cudo. Co prawda skończyła się za szybko jak na Kinga (z jego normalnym tempem pewnie akcja byłaby jakieś 300 stron przed nami), ale może to właśnie cały urok tej historii? Bezpośredniość, nieowijanie w bawełnę, szybka akcja i przeskoki czasowe. I mimo tego niedosytu, tego dziwnego poczucia pustki po zakończeniu, była to lektura więcej niż dobra, więcej niż wciągająca. To ten rodzaj książki, którą kończy się za pierwszym podejściem, nie tylko ze względu na ilość stron. Historia Gwendy was pochłonie bo jest najzwyczajniej w świecie znakomitą lekturą na zimowy wieczór. A przynajmniej jego część.

Historia jaką stworzyli ci dwaj autorzy może stać się jedną z tych ponadczasowych książek, które w pewnym momencie każdy będzie znał lub chociaż o niej słyszał. Nie dlatego, że jest wybitnym arcydziełem. Tak po prawdzie nie każdy klasyk jest wybitnym dziełem znakomitego autora. Ta książka ma po prostu w sobie coś, czego ja się nie spodziewałam. Myślałam, że będzie zła, a to prawdopodobnie jedna z najlepszych historii jakie przeczytałam w tym roku (pominę fakt, że niewiele w tym roku przeczytałam). Jest intrygująca, zahacza o temat władzy niemal absolutnej, zmusza nas do zastanowienia się co my sami byśmy zrobili mając takie pudełko i dlaczego byłby to okropny pomysł. Rozumiecie do czego dążę? King często powtarza, że jego książki nie mają drugiego dna, ale jak ktoś się uprze, zawsze coś tam znajdzie po drugiej stronie, a ja jestem upartym człowiekiem.

To jedna z tych książek Kinga (a właściwie z udziałem Kinga), którą każdy może przeczytać. Tak naprawdę nieważne czy go lubicie, czy nie. W tej książce King jest Kingiem, i nie jest Kingiem. Być może to zasługa Chizmar'a. Może ich współpraca działała na zasadzie wzajemnego powstrzymywania się od tradycyjnego rozpisywania na 330 stron samego wprowadzenia. Być może King chciał spróbować czegoś nowego.. a może po prostu usiedli i napisali krótką, zwięzłą historię, która spodobała im się na tyle, żeby ją wydać. Na nasze szczęście to właśnie zrobili. Na nasze szczęście nie jest to kolejna powieść, która trafia do szuflady nieprzeczytana. Na wasze szczęście to historia, którą najpewniej polubicie nawet nie przepadając za Kingiem.. a to już niemal magia. 

sobota, 2 grudnia 2017

Confess, Colleen Hoover.

Nikt nie pisze o miłości tak jak Colleen Hoover. Niech dowodem będzie fakt, że jest jedyną autorką romansów, po którą sięgam przynajmniej raz do roku (w moim wypadku to naprawdę często). Nie lubię książek z tego gatunku, ale Pani Hoover.. och.. ach.. jej książki to zawsze emocjonalna huśtawka, którą ja z całego serca doceniam. Tak więc, napiszę o jej książce raz jeszcze i wiem, że niektórzy z Was docenią tą małą odskocznie od Kinga.


Auburn i Owen. Dwójka młodych ludzi, których życie nie należy do najłatwiejszych (jak to często w książkach Hoover bywa). Oboje stracili kogoś zbyt szybko.. oboje za wcześnie musieli dorosnąć. Kiedy ich ścieżki się przecinają w drzwiach galerii (która nie do końca jest galerią, ale to nie istotne) wiemy jak to się skończy, nie wiemy jednak w jaki sposób.. nie znamy ich tajemnic, nie wiemy zbyt wiele o ich przeszłości.. na nasze szczęście. Nie można dostawać wszystkiego na tacy.

Za każdym razem kiedy sięgam po książkę Hoover, wiem, że historia będzie absurdalnie dobra. Ta kobieta ma największy, ze wszystkich autorów powieści romantycznych, talent to wyciskania łez życiowymi historiami, których bohaterowie zazwyczaj mają pod górkę (albo mieli). Tak przynajmniej myślę, w końcu mniej więcej od czasów podstawówki wyrzekam się niemal wszystkiego co z typową literaturą romantyczną ma coś wspólnego. Jednak ja nie o tym..

Zacznę od tego co w książkach Hoover denerwuje mnie najbardziej, i niestety 'Confess' nie było wyjątkiem. Mimo mojego naprawdę dużego szacunku dla niej jako niesamowitej autorki, kreatorki życiowych powieści, mistrzyni wyciskania łez i niebanalnej romantyczki, nie mogę zignorować faktu, że postacie męskie pisane z jej perspektywy są bardzo.. kobiece. Sposób zachowania, myślenia, czasami nawet mówienia jest aż nazbyt zniewieściały, przesadny, przesłodzony.. wiem, że to książki pisane przez kobietę, i wiem, że to powieści romantyczne, i wiem, że się czepiam, ale to tylko moja mała uwaga, bo naprawdę nie mam się czego przyczepić (nawet nie mam na to ochoty). Nie zrozumcie mnie źle.. pokochałam Owena tak jak większość bohaterów męskich stworzonych przez tą panią. Jednak gdybym miała wskazać nad czym JA SAMA bym popracowała będąc Hoover, to właśnie kreacja naszych miłych, łamiących serca czytelniczek na całym świecie, panów.

Książki Hoover to magia. 'Confess' to magia. Nie będę nawet udawać, że nie płakałam, bo to byłoby bardzo nieprzekonywujące kłamstwo. Zastanawiam się czy są osoby, które czytając tą powieść nie poczuły ucisku w brzuchu? Nie uroniły chociaż jednej, malutkiej łzy? Jesteście tam? Bo jeśli tak, zdradźcie mi wasz sekret. Ja ryczałam jak bóbr, ale to dobrze. Książki są od emocji. Tych dobrych, i tych złych. Tych łamiących serce, i tych podnoszących na duchu. Hoover nas łamie, ale nie martwcie się.. robi to tylko po to żeby udowodnić, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być lepiej.

'Confess' to książka o przeznaczeniu, bez względu na to czy w nie wierzycie, czy nie. To historia o walce, o wysiłku, który trzeba włożyć, jeśli nam na czymś (lub na kimś) naprawdę zależy. To historia o tragicznej i 'nie-tak-tragicznej' miłości. O upadkach i o wzlotach. O tym, że nie wszystko jest takie, jak się może wydawać. To kolejna doskonała powieść Hoover. Kolejna, po którą warto sięgnąć. Tak naprawdę nawet zniewieściałe momenty bohaterów męskich są nieistotne.. bo Hoover to magia na scenie powieści romantycznych. Koniec wygadywania głupot.

poniedziałek, 20 listopada 2017

Klasyka nie gryzie #6: A.Dumas 'Trzej Muszkieterowie'

Za długo mnie tu nie było. Przyznaję to z ręką na sercu i grymasem na twarzy. Zrobiłam się strasznie leniwa, a przecież to kocham, prawda? Kocham pisać. Niekoniecznie potrafię, ale zapał do czegoś to połowa sukcesu. Książki kocham nawet bardziej, więc nie mam pojęcia co strzeliło mi do głowy żeby z premedytacją zapominać (każdego cholernego dnia), że mam tu swoje ulubione miejsce, w którym mogę pisać wszystkie bzdury jakie przyjdą mi na myśl i nie przejmować się konsekwencjami. Dlatego jestem. Trochę też tęskniłam.



'Trzej Muszkieterowie' odhaczeni. Z jednej strony bardzo się cieszę, bo naprawdę wstyd się przyznać jak długo ta książka męczyła się na mojej półce nieprzeczytana i samotna.. z drugiej jednak trochę mi żal, że nie będę mogła przeżyć tej przygody na nowo, nie wiedząc czego się spodziewać. To ten dziwny moment kiedy się zastanawiam czy książki to największy cud naszego świata, czy przekleństwo.. ciągle nie zdecydowałam. To się raczej nie zmieni (wiecie o tym równie dobrze jak ja).

Pytanie pierwsze: czy ktoś poza mną nie znał "Trzech Muszkieterów"? Pytanie drugie: Jeśli tak, to co właściwie robicie ze swoim życiem? Jeżeli istnieje na tym świecie klasyk, który zasługuje na waszą uwagę bardziej niż "Trzej muszkieterowie", to w tym momencie nie potrafię wam go wcisnąć, choćbym się dwoiła i troiła (może jutro). To jedna z najzabawniejszych, najsympatyczniejszych i najbardziej karykaturalnych powieści jakie miałam okazje czytać w ostatnim czasie. A to dużo 'naj' jak na mój gust.

Opowieść o trzech muszkieterach i jednym, biednym panu d'Artagnan, zachwyciła już niejednego czytelnika w tym ponurym świecie. Jeżeli macie tą lekturę już za sobą (co jest wielce prawdopodobne) na pewno wiecie jak trudno czasami się nie uśmiechać podczas jej czytania. I nie chodzi nawet o to, że postacie są przerysowane, sytuacje są stworzone na wyrost, a cały klimat książki jest absurdalny.. chociaż nie, właściwie chodzi dokładnie o to. Pan Dumas był albo znakomitym kawalarzem, albo bardzo poważnym autorem, któremu trochę humoru wypłynęło spod pióra. Przygody tych czterech przyjaciół to nie tylko humorystyczna, ale też błyskotliwa plątanina dziejów, które w swojej powadze śmieszą najbardziej. Trudno się od niej oderwać, a jeszcze trudniej nie zakochać.

Klasyk to bardzo ciężkie określenie, często mylone z bardzo trudną do przejścia literaturą. A szkoda. Zarówno 'Trzej Muszkieterowie' jaki i ta garstka klasyków, które do tej pory oceniłam (nie zrecenzowałam, zaznaczę po raz kolejny), to lektury idealne na przyjemny, już zimowy, wieczór z książką. Styl Dumas nie jest skomplikowany, jego postacie nie są wybujałe, a cała historia nie przygniata swoim nabrzmiałym ego. Poza tym (według mojego skromnego zdania) to jedna z tych pozycji, które naprawdę warto znać nie tylko ze słyszenia (szczególnie, że to cholernie dobra lektura, moi drodzy). Czasami warto sięgnąć po coś, co nie będzie emanować powagą, co niekoniecznie musi być brane na poważnie.. coś co będzie wzbudzać w nas zażenowanie i litość wobec postaci i ich często niezbyt mądrych decyzji, które koniec końców okazują się przebłyskami geniuszu.

I już ostatnie.. najprawdopodobniej będziecie chcieli się zaprzyjaźnić z głównymi bohaterami. Będziecie marzyć o uczestnictwie w ich przygodach i jakże (dla nich) poważnych rozmowach. Będziecie chcieli być świadkami wszystkich miłości d'Artagnana, poznać historie Athosa, posłuchać mądrości Aramisa i podziwiać Porthosa za jego zdolności manipulacyjne. Ta czwórka to najprawdopodobniej najwięksi szczęściarze w literaturze. Jeżeli dorwiecie już ich w swoje ręce, nie puszczajcie i bawcie się dobrze. To w końcu literatura.

niedziela, 1 października 2017

Strażak.

Słyszałam, że 'Strażak' ma być zastępcą 'Bastionu'. Słyszałam też, że to najlepsza (jak dotąd) powieść Hill'a. Być może nawet dzieło jego życia (jak dla mnie autor ma przed sobą jeszcze wiele swoich 'dzieł życia'). Z jednym mogę się zgodzić.. to jedna z najlepszych książek wydanych w tym roku (w Polsce) jaką miałam okazję czytać.. Nie jest to jednak najlepsza książka Hill'a a 'Bastion' pozostaje niezastąpiony. Tak się sprawy mają z mojej strony. 


Moja przyjaźń z Joe Hill'em rozwija się swoim tempem. O ile z jego ojcem połączyła mnie niezastąpiona więź porozumienia od pierwszej przeczytanej strony, o tyle z synem buduję zaufanie stopniowo. Nie dlatego, że jest pisarzem gorszym, czy dlatego, że jego powieści są 'nie tak dobre' jak Kinga seniora.. nie. 'Pudełko w kształcie serca' wciągnęło mnie bez reszty, na 'Rogach' też się nie zawiodłam. Co więcej, w obu powieściach (a szczególnie w 'Pudełku..') były momenty i autorskie popisy, których i King by się nie powstydził. Może w tym rzecz.. Czasami Hill za bardzo przypomina mi Kinga (tylko czasami) a ja bardzo nie chcę go oceniać przez pryzmat ojca. Uważam, że jest utalentowany. Uważam też, że zasługuje na uznanie chociaż za to, że nie chciał się wybić na sławnym nazwisku. I bardzo, bardzo się starałam nie myśleć o nim jak o synu Kinga. KINGA. Człowieka dzięki, któremu wróciłam do czytania. Człowieka, który okazał się TYM autorem.. ale Hill sam mnie sprowokował wspominając 'Bastion' w swoim wywiadzie. 'Bastion'.. 'Bastion' który jest TĄ książką.

Może zanim napiszę coś jeszcze, wspomnę tylko, że 'Strażak' naprawdę mi się spodobał. Co prawda czytałam go przez trzy miesiące.. Właściwie nie czytałam, ale to nie wina Hill'a tylko mojego tymczasowego książkowstrętu (został pokonany w zarodku, spokojna głowa). Jednak koniec końców książka okazała się całkiem przyjemną lekturą, i niemiłym potwierdzeniem, że 'Bastion' jest tylko jeden. Nieważne jak będą się starać, i pocić, i myśleć, i kombinować.. są rzeczy, których nie da się podrobić. Są książki, których nie da się napisać pod inną przykrywką. Są historie, którym nie można dać drugiego życia.. Ta część mojej opinii będzie dokładnie o tym jak Hill spieprzył sprawę porównując 'Strażaka' do 'Bastionu'. Takich rzeczy się nie robi. Takich słów się nie wypowiada. Jesteś utalentowanym pisarzem, według niektórych lepszym od ojca.. w porządku. Jednak mimo wszystko (tu warczę pod nosem, adrenalina mi skacze, sama się nakręcam..) porównywanie swojej książki do jednego z najlepszych dzieł Kinga, najbardziej znaczących dzieł Kinga, cóż.. tak nie wypada, Joe, po prostu nie wypada. Szczególnie, że przecież nie chciałeś być porównywany do ojca, utalentowany skurczybyku, prawda??

Skoro już trochę sobie ulżyłam, moja frustracja nieco zmalała, a adrenalina opadła, powiem wam dlaczego powinniście sięgnąć po 'Strażaka'. Przede wszystkim nie podchodźcie do tego jak do zastępcy 'Bastionu', dobrze? Po prostu tego nie róbcie. To trochę świętokradztwo i koniec tematu. To książka, w której choroba jest punktem zapalnym prowadzącym do końca świata (bo jak wiemy, według ludzkości, koniec naszej rasy to cóż.. koniec świata... niech nam będzie), a to coś co w tym momencie i tym świecie lubimy najbardziej... Apokalipsy różnego rodzaju. Poza tym Hill to naprawdę niewiarygodnie utalentowany pisarz. Mówię to z ręką na sercu, i sercem na dłoni. Potrafi prowadzić czytelnika przez historię, zachęcać do przewrócenia kolejnej kartki, przeczytania kolejnej strony.. wplata też trochę morałów dających do myślenia. Nie mówię, że po przeczytaniu tej historii będziecie się czuć lepiej. Nie będziecie. Hill zabija nas moralnie w niektórych momentach, pokazuje jakimi skurwysynami (nie powinnam tu przeklinać, prawda?) potrafią być ludzie. Jak żerujemy na nieszczęściu innych, jak odwracamy się plecami, tylko dlatego, że nas to nie dotyczy. Na szczęście pokazuje też, że nie jesteśmy aż tacy źli.. tylko po to żeby chwile później udowodnić, że jednak jesteśmy gorsi niż na początku myśleliśmy. I mimo, że powinniśmy się spodziewać niektórych zwrotów akcji stworzonych przez autora, nie chcemy się ich spodziewać. Tak po prostu. Jesteśmy ludźmi, koniec końców chcemy myśleć o sobie dobrze.

Nie powiem, że to najlepsza książka Hill'a (chciałam napisać King'a.. ups) jaką przeczytałam. Nie zawsze trzymała w napięciu, nie zawsze dawała to czego można od niej oczekiwać, ale nie zawiodłam się ( mimo, że nie jest to ekhm.. 'Bastion') i Hill dostanie kolejny kredyt zaufania. Polubiłam się z jego postaciami. Niektóre znienawidziłam. Niektóre sprawiały nawet, że książka wylądowała na ścianie.. kilkakrotnie.. ale to dobrze. Wiecie dlaczego? Dlatego, że Hill potrafi wzbudzać emocje. Sprawia, że nie tylko czytamy, ale też czujemy. Pokazuje, że może nie jest Kingiem, ale potrafi się uczyć na powieściach własnego ojca. Udowadnia, że nie chce być jak on, ale wie, że byłby głupi nie naśladując ojca chociaż w niektórych aspektach. To jego krew. Są rzeczy, których nie można się wyrzec.. Hill ma talent. Może będzie lepszy niż King. Może już jest, nie dla mnie, ale dla kogoś na pewno. Jestem podekscytowana jego przyszłą literacką podróżą. Mam nadzieję, że uraczy nas jeszcze wieloma niesamowitymi powieściami, które zerwą nam czapki z głów. Na razie pozostaje mi czekać.. na szczęście jestem cierpliwa, tylko błagam.. żadnych więcej porównań.

'To przerażająco niesprawiedliwe, jeśli umierasz w trakcie dobrej historii, zanim dowiesz się, jak się skończyła. To znaczy, poniekąd każdy z nas umiera w trakcie dobrej opowieści. Swojej własnej historii. Historii naszych dzieci. Albo wnuków. Śmierć jest okrutna dla miłośników książek.'
Joe Hill, Strażak 

wtorek, 27 czerwca 2017

Stephen King "Dziewczyna, która kochała Toma Gordona"

Wiem co powiecie.. Stephen King. Znowu. A ja nawet nie będę udawać, że mi przykro, ponieważ tak.. macie racje.. Stephen King. ZNOWU. Uśmiecham się pisząc to 'znowu'. Naprawdę. Pewnie dlatego, że za każdym razem kiedy pojawia się tu nazwisko Pana Kinga, to bardziej niż pewne, że mam za sobą cudownie spędzony czas, z cudownie napisaną książką, cudownego autora. Wiecie, że się trochę droczę. Przeciągam na siłę bzdurny wstęp. Udaję, że wiem co robię. Popełniam mnóstwo błędów dla zabawy. Piszę tak jak się pisać nie powinno. Ale tylko przez chwilę. Bo mogę. 


Jeśli jesteście tutaj nowi, musicie coś o mnie wiedzieć zanim zaczniecie czytać ten tekst (chociaż na dobrą sprawę zaczęliście go czytać jakieś pół minuty temu). Kocham Stephena Kinga. Tak. Powiedziałam to. Znowu. I nie myślcie, że to tylko takie gadanie. Nie. Ja NAPRAWDĘ kocham Stephena Kinga. Więc jeśli w trakcie czytania stwierdzicie, że coś ze mną nie tak.. że może trochę przesadzam, że jestem nieco.. nieco zbyt entuzjastyczna jeśli chodzi o książki Kinga, cóż.. zapewne macie racje. Dlatego przymrużcie jedno oko, a później drugie, i wiedzcie, że nawet nie próbuję przesadzać. 

Kto potrafi pisać książki o chodzeniu, które będą interesujące? Dam wam małą podpowiedź.. jego nazwisko zawsze zajmuje pół miejsca na stronie tytułowej.. zapewne dla tych, którzy usilnie próbują ignorować fenomen tego autora. Tak, to Stephen King. Człowiek, który zmusza nas do czytania książek nie mających prawa być ciekawymi, a jednak. Nie miałam pojęcia o czym będzie ta książka, wierzcie mi na słowo. Z natury nie lubię czytać opisów zamieszczonych na tyłach książek. Nie wiem dlaczego.. tak po prostu jest. Jednak zawsze w głowie czytelnika pojawia się wyobrażenie na temat danej książki. Pewnie dlatego sądziłam, że 'Dziewczyna, która kochała Toma Gordona' to książka o kobiecie, która wymyśliła sobie jakiegoś mężczyznę i zaczęła tracić rozum. Wiem, że się śmiejecie, wy, którzy czytaliście tą książkę. Powiem to raz.. nie miałam racji. Nie. To książka o dziewczynce zgubionej w lesie. Dziewczynce, która krąży i krąży, i krąży.. dziewczynce z walkmanem, zakochanej w Tomie Gordonie. Tak po prostu.

Kiedy zaczęłam czytać i doszło do mnie co tak naprawdę będzie się działo w tej książce, cóż.. w sumie nie miałam pojęcia co o tym myśleć. Jedną książkę Kinga o chodzeniu miałam już za sobą i nie byłam pewna czy jestem psychicznie przygotowana na kolejną tego typu historię w tak, mimo pozorów. krótkim czasie. Z drugiej strony.. czy na powieści Stephena Kinga można być psychicznie przygotowanym? Otóż nie. Nie jesteście w stanie przewidzieć co ten nieszczęsny pisarz znowu wymyśli. Ja przestałam bawić się w jasnowidza już dawno temu. To nie typ autora, który daje czytelnikowi to czego czytelnik pragnie. Nie. To typ autora, który napisze książkę tak jak chce z kilku powodów.. Bo może. Bo chce. Bo może. Bo chce. Więc jeśli nie lubicie czytelniczego dyskomfortu, nie polubicie się z Kingiem.. czy warto jednak zaryzykować? Oj, warto.

Przez pierwszą część książki działo się niewiele, ale jako czytelnik w Kinga już wprawiony, pozostawałam czujna. Wiem co on potrafi, wiem kiedy potrafi, i wiem jak potrafi. Dziewczyna zgubiła się w lesie. W porządku. Dziewczynka słucha meczów przez swojego walkmana. W porządku. Dziewczynka chodzi, płacze, więcej chodzi, myśli.. i ciągnie się to przez jakiś czas, i podoba się to nam bardziej niżbyśmy chcieli, i być może nawet tracimy na chwilę, na krótką chwilę czujność.. i wtedy wchodzi King i jego paranoje, które stają się naszymi. Nagle coś pojawia się w ciemności, i czujemy tego wzrok na sobie, chociaż nie powinniśmy, bo jak? To przecież tylko książka. Tylko książka. Tylko i wyłącznie książka. 

Ale dyskomfort pozostaje,
Pozostaje uczucie bycia obserwowanym.
Pozostaje niepewność.

To tylko King moi drodzy. Słaby taki ten autor. Pierdoły pisze, nie książki. To nawet nie jest prawdziwa literatura. Nie czytajcie.. nie warto. Dobrze.. koniec nieśmiesznych żartów. To tylko King moi drodzy czytelnicy, nic więcej.. to tylko historie takie jak ta, które sprawiają, że chcę więcej, i więcej, i więcej.. a to nawet nie jego najlepsza książka. Nie. Nie umieściłabym jej w czołówce moich ukochanych powieści mistrza. To tylko jedna z jego powieści, którą po prostu napisał, która została wydana i trafiła w końcu w moje ręce, w ręce czytelnika nieświadomego, zakochanego, wdzięcznego. Czasami coś nie musi mieć sensu, wiecie o tym? Literatura nie zawsze musi poruszać poważne tematy, nie zawsze musi być życiowa. Mam wystarczająco dużo życia i rzeczywistości wokół siebie. Czasami jestem wdzięczna, po prostu wdzięczna, za tego popaprańca i książki takie jak ta. Nie oceniajcie mnie za te bzdury i za to, że cóż.. kocham Stephena Kinga.

Może kiedyś nawet napiszę recenzję na temat książki, a nie list miłosny do autora.. może, ale nie czekajcie na to. 

piątek, 23 czerwca 2017

Klasyka nie gryzie #5: John Steinbeck 'Myszy i ludzie'

Od czasu do czasu w ręce wpada nam książka, o której dużo słyszeliśmy, ale tak naprawdę, niekoniecznie coś o niej wiemy. 'Myszy i ludzie' to już książka klasyczna, chociaż w porównaniu do innych klasyków, można określić ją mianem młodzika. Jeżeli będziecie chcieli (a wierzcie mi, będziecie chcieli) pożrecie tą książeczkę w ciągu jednego dnia. Nie powiem wam dlaczego. Tak po prostu się stanie. I będziecie niewiarygodnie zadowoleni.



Zacznijmy może od tego, że cokolwiek sobie nie wyobrażacie na temat tej książki na pewno okaże się ona zupełnie inna od waszych rozważań na jej temat, więc porzućcie wszelkie domysły i po prostu ją przeczytajcie. Nie jest to książka o biednych i bogatych (a przynajmniej nie taki jest jej główny zamysł). Nie znajdziecie tu również walki pomiędzy myszami i ludźmi. Nie ma ona również nic wspólnego z Kopciuszkiem, Tomem i Jerrym.. i w sumie nie pamiętam innych bajek, w których pojawiały się myszy. To książka, której tytuł niedosłownie daje nam jakiekolwiek wskazówki, aczkolwiek jest chwytliwy, więc można trochę poużywać wyobraźni, tylko po to, aby przekonać się jak bardzo się myliliśmy.

To historia oparta na ludzkich emocjach, czyli coś co przemawia do mnie najbardziej. Powieść nieskomplikowana, jednocześnie uruchamiająca rollercoaster myśli. Jej prostota jest jej najmocniejszą stroną. Jej najmocniejszą stroną jest jej prostota. To książka o niespełnionych nadziejach, przyjaźni.. o przypadkowym powiązaniu dwójki ludzi. O przypadkowym powiązaniu człowieka i psa. O przypadkowych odcieniach miłości, lub w niektórych przypadkach, jej braku. O nieświadomym źle. O dobroci, która cierpiała. O cierpieniu, które nie zawsze było dobre. To historia o niewypowiedzianych słowach. Trudnych decyzjach. Niespełnionych marzeniach. To książka o nadziei, która czasami po prostu tylko jest.. a czasami się kończy.

Uwielbiam takie książki, chyba o tym wiecie. Uwielbiam kiedy autor potrafi wykorzystać prosty pomysł i wycisnąć z niego jak najwięcej. Wycisnąć z niego tyle, żeby czytelnicy byli spragnieni kolejnych historii. Pan Steinbeck pozostawia po sobie przyjemny niedosyt, który zmusza mnie do sięgnięcia po jego kolejne powieści. Może nawet nie zmusza.. może po prostu chcę po nie sięgnąć. Może szukam tylko pretekstu żeby kupić kolejne książki, położyć je na półce, i nie mieć czasu na ich przeczytanie? Może. W takich sytuacjach każdy powód wydaje się być odpowiedni, prawda?

To cudowna, naprawdę cudowna historia, chociaż nie potrafię wam dokładnie powiedzieć dlaczego tak jest. Nie ma tu nic szczególnego.. żadnych superbohaterów. Żadnych nadzwyczajnych, nadnaturalnych elementów. To historia tak prosta jak tylko proste potrafi być życie, a jednak.. ma w sobie to magiczne, nieokreślone coś, które sprawia, że czytamy od początku do końca, na jednym wdechu, czasami nawet zapominając oddychać. Nie, nie zakochałam się. Jestem pod wrażeniem? Owszem. Czy uważam, że powinniście po nią sięgnąć? Jak najbardziej. Jednak wiecie, że do niczego was nie zmuszam. Polecam, liczę, że przeczytacie i polubicie Steinbecka, tak jak ja polubiłam.. Kto wie? Może kiedyś się nawet zaprzyjaźnimy?

Nigdy nie mów nigdy, prawda?


poniedziałek, 20 marca 2017

Czy wspominałam, że jestem uzależniona od Mrocznej Wieży?

Czy jest tu ktoś jeszcze, kto nie wie jak bardzo (bardzo, bardzo..) kocham i doceniam twórczość Kinga? I czy jest tu ktoś, kto nie wie jak bardzo (bardzo, bardzo..) szaleję za Mroczną Wieżą? Myślę, że nie.. a jeśli nawet to oznacza to jedynie tyle, że prawdopodobnie jesteś tu nowy, więc witaj w moich skromnych progach i przygotuj się psychicznie na niezdrową wręcz dawkę uwielbienia dla Kinga. Tak przy okazji.. Wilki z Calla to jak dotąd moja ulubiona część, jeśli tytuł nie mówi sam za siebie.


Stephen King, Stephen King.. nawet ja jestem już znudzona tą wieczną pochwałą płynącą spod moich palców na temat tego autora (który jest przy okazji moim ukochanym autorem, więc niech się dzieje). Jeżeli jeszcze nie znudziło się wam moje wychwalanie jego twórczości, nie krępujcie się.. czytajcie dalej. Aczkolwiek nie polecam. Tak dla zasady.

Wilki z Calla to już piąty tom Mrocznej Wieży.. co oznacza, że zostały jeszcze dwie części (plus coś pomiędzy nazywane Wiatrem przez dziurkę od klucza), po które bardzo nie chcę sięgać. Tak bardzo, że bardziej się nie da.. Głownie dlatego, że jak skończę to będzie już naprawdę koniec. Rozumiecie? Koniec Rolanda. Koniec światów pośrednich. Koniec Człowieka w Czerni. Koniec mojej czytelniczej egzystencji. Najprawdopodobniej. 

Najprawdopodobniej będę również płakać. 

Najprawdopodobniej.

Nie myślmy jednak o tych wszystkich smutnych rzeczach, które czekają mnie w niedalekiej przyszłości. Pora skupić się na tym dobrym, najlepszym wręcz.. Wilki z Calla były tak genialne jak tylko genialny może być najlepszy tom Mrocznej Wieży (jednej z najcudowniejszych serii jakie kiedykolwiek powstały, bang bang). Wierzcie mi na słowo, naprawdę chciałabym w końcu obsmarować Kinga z góry na dół, żeby wydawało się to wszystko bardziej autentyczne, ale jak mam to robić, kiedy serwuje mi coś takiego? Kiedy serwuje mi Rolanda, który za nic w świecie nie powinien łamać mi serca.. no cóż.. spójrzcie na mnie. Moje serce zostanie złamane za dwa tomy, a moja intuicja nigdy się nie myli. 

Najprawdopodobniej będę rzucać książkami.

Najprawdopodobniej.

Najśmieszniejsze jest to, że nawet nie chodzi o historie. Nie. Tutaj bohaterowie grają pierwsze skrzypce. To oni tworzą powieść. Nawet nie ich losy. Nie. Oni. To kim są, Czym są. To jakie podejmują decyzję. To co sobą reprezentują. To jak ich oczy na nas patrzą ze stron kolejnych tomów. To jak w pewnym momencie mamy wrażenie, że oni tu są. Tu, obok.. kiedy leżysz i czytasz książkę, oni czekają aż skończysz, żeby zapytać jak Ci się podobało. Co im odpowiesz?

Najprawdopodobniej nie będę w stanie nic więcej przeczytać. To wszystko się skończy.

Najprawdopodobniej.

I nie wstydzę się tego, że autor tak 'popularny' (co to właściwie za obraza?) jest dla mnie tak ważny. Nie wstydzę się tego, że te durne książki tak bardzo mi się podobają. Nie mogę się tego wstydzić, kiedy ten 'popularny' i 'przereklamowany' autor serwuje mi coś takiego. Nie mogę się tego wstydzić kiedy pożeram stronę za stroną, a później przez tygodnie nie jestem w stanie nic przeczytać, bo nic nie jest w stanie tego przebić. Nie mogę się wstydzić powiedzieć, że Wilki z Calla wywołują u mnie dreszcze, i zachwyt, i płacz, kiedy tak naprawdę jest. I chcę więcej. Potrzebuję tego. Czasami kiedy nie podoba Ci się świat, w którym żyjesz, i w sumie nie przepadasz aż tak za ludźmi, takie powieści są jak dar z nieba. 

Najprawdopodobniej się uzależniłam.

Najprawdopodobniej moje serce pęknie.

Najprawdopodobniej Roland jest najlepszą postacią wykreowaną przez Kinga.

Najprawdopodobniej. 


Stephen King, Mroczna Wieża: Wilki z Calla, Wydawnictwo Albatros

poniedziałek, 6 marca 2017

A więc przeczytałam Harry'ego Potter'a. Myliłam się.

Myliłam się. Mam prawie 24 lata i przyznaję przed wami, że popełniłam ogromny błąd. Przez większość swojego życia egzystowałam w przeświadczeniu, że Harry Potter jest przereklamowanym, dobrze wypromowanym tworem, który nie niesie ze sobą nic interesującego. Wszyscy o nim mówili, wszyscy się zachwycali, a ja (jak to ja) coraz bardziej się zniechęcałam słysząc te wszystkie ochy i achy. Cóż.. możemy to nazwać dziwnym zjawiskiem wypierania. Lub odpierania. To nieważne. Najważniejsze jest to, że się myliłam. I to cholernie. 



Kto nie słyszał o Harrym Potterze ręka w górę. Nie ma ich za wiele, prawda? Cóż, wygląda na to, że wcale nie trzeba przeczytać książek czy obejrzeć filmów, żeby wiedzieć kim jest ten nieszczęsny Potter. To prawdopodobnie jedna z najbardziej znanych serii książek jaka kiedykolwiek powstała. Nie tylko w ciągu ostatnich 20 lat. Kiedykolwiek. Pamiętam, że jak byłam trochę młodsza (a było to już jakiś czas temu) w telewizji pokazywano relacje z dni wydania kolejnych poszczególnych części Harry'ego Potter'a. Pamiętam ludzi śpiących na ulicach czekających na otwarcie księgarni. Pamiętam to chociaż wtedy jeszcze to do mnie nie docierało. Nie wiedziałam jakim fenomenem był tak naprawdę Harry Potter. Teraz wiem. I rozumiem.

Pozwólcie, że nie będę zawracać wam głowy (i zabierać sobie cennego czasu na zachęcenie was do sięgnięcia po tą serię jeśli jeszcze tego nie zrobiliście) rozpisywaniem się na temat fabuły. Jestem pewna, że znaczna większość z was chociaż trochę wie o co tam mniej więcej chodzi. Może nawet więcej niż trochę. Są też na pewno tacy, którzy przeczytali tą serię kilkakrotnie. Podziwiam i zazdroszczę. Dzisiaj pozachwycam się trochę, ponarzekam, może nawet napiszę parę zdań świadczących o moim podziwie i oddaniu. Być może. Póki co trochę sprawdzam waszą cierpliwość wiedząc, że połowa odpadła na wstępie. Was również podziwiam.

Harry Potter to seria zachwycająca. Nie sądziłam, że kiedykolwiek napiszę coś takiego. Na pewno nie w miejscu publicznym. Jednak to prawda. Harry Potter to cudowne dzieło. Sam fakt, że nazywam te książki dziełem o czymś świadczy. Może się okazać, że nie jestem wymagającym czytelnikiem. Może wyjść na to, że w sumie nie znam się na książkach (co właściwie będzie nawet prawdą). Może nawet uległam tym szatańskim wpływom Harry'ego Potter'a, o których wszędzie tak głośno (jestem osobą wierzącą, szanujmy się). Koniec końców, mam to gdzieś. Wiecie dlaczego? Nigdy, naprawdę nigdy, nie zdarzyło mi się skończyć czytać serie i chcieć ją zacząć czytać od początku. Nigdy, aż do teraz. Przez miesiąc po przeczytaniu Harry'ego Potter'a nie byłam w stanie przeczytać nic innego, a wierzcie mi na słowo, robiłam wiele podchodów. Ciągle.. było warto.

Te książki spowodowały u mnie emocjonalny rollercoaster. Mam nawet na to świadków. Było mi ciężko przejść przez niektóre momenty, przez śmierci pewnych (jeśli czytaliście na pewno wiecie o kim mowa) bohaterów. Bywało, że rzucałam książkami. Bywało, że zaczynałam płakać a jak ktoś zapytał co się dzieje w sumie nie mogłam wydusić z siebie słowa. Zdarzało mi się też śmiać do siebie, co nawet nie było takie złe. Byłam wściekłam. Byłam szczęśliwa. Byłam załamana. Byłam zakochana. Byłam zraniona. Kiedy zamknęłam ostatni tom miałam pęknięte serce. Dopiero później zdałam sobie sprawę, że to przecież fikcja. To tylko fikcja,

Pani Rowling została moim bohaterem. Albo raczej bohaterką. Jeśli ktoś kiedyś napisał książkę, która miała duszę, jest to na pewno ona. Harry Potter pożre was żywcem. Wydusi z was ostatnią łzę. Zmusi was do czytania strony po stronie dopóki nie zamkniecie ostatniego tomu. Harry Potter to coś więcej niż seria książek. To historia żyjąca własnym życiem poza stronami książek. Jeśli dacie się jej porwać, przesiąknie was do ostatniego milimetra waszego życia. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że trudno wskazać co takiego te książki mają w sobie. Może dlatego, że wszystko tam jest takie cudowne, takie magiczne.. pomijając nawet fakt, że to książki o czarodziejach.Nigdy nie czytałam czegoś takiego. Tak wyjątkowej historii o przyjaźni i miłości. Zakochałam się. Przepadłam. Mam 24 lata (prawie) i się tego nie wstydzę.

A więc tak. Myliłam się.. już wiecie dlaczego.

środa, 25 stycznia 2017

Stephen King i rzecz o wampirach. Tak, to tekst o 'Miasteczku Salem' .

Przychodzę do was po raz kolejny z tekstem o książce Kinga. Muszę przyznać, że w tym właśnie momencie uśmiecham się do siebie wiedząc, że już chyba nikogo ten fakt nie dziwi. Zresztą.. wystarczy zobaczyć na sekcję bloga gdzie wypisane są etykiety i wszystko staje się jasne. Tak. To ja. Wygląda na to, że trochę lubię Kinga, więc nie wychwalając go od początku przejdę do porządku dziennego i tekstu właściwego (w którym zapewne będę wychwalać Kinga, pogódźcie się z tym).




'Miasteczko Salem' to prawdopodobnie (obok "Lśnienia", "Carrie", "Misery" i paru innych..) jedna z najbardziej rozpoznawalnych książek Kinga. Przynajmniej jeśli chodzi o sam tytuł, bo z treścią już bywa różnie. Jeśli podsuniecie osobie nieczytającej ten tytuł, coś zapewne zaświta jej w głowie, nie będzie tylko wiedziała gdzie dokładnie. Nie naśmiewam się, bo w sumie nie ma z czego. Sama nigdy nie wiem czego dotyczą książki, dopóki sama się za nie nie wezmę, więc.. no tak.. przechodząc do rzeczy.

'Miasteczko Salem' (zaczynając raz jeszcze ten jakże pouczający tekst) jest (uwaga, uwaga) książka o wampirach. Mam nadzieję, że nie pomyśleliście od razu o rodzinie Cullenów, bo to nie ten rodzaj wampirów. I w sumie kiedy zorientowałam się w końcu, że to powieść o wampirach, a właściwie zawierająca ten wątek, bałam się trochę, że King przekoloryzuje, co mi, jak wiecie, nigdy nie przeszkadza, ale jednak.. bałam się, że zrobi się z tego straszna bajeczka. No i w sumie wyszła trochę straszna, ale nie bajeczka. Bo King tym razem jest śmiertelnie poważny. Na tyle na ile poważny King może być.

Reasumując: Miasteczko Salem jest książką o wampirach. Idźmy dalej.

Możecie zacząć czytać od tego momentu.

Do miasteczka Salem wraca mężczyzna, który jak większość mężczyzn, był kiedyś chłopcem. Ben, bo tak ma na imię ów pisarz, który jest na tyle niemądry żeby wrócić do miasteczka swojego dzieciństwa, jeszcze właściwie nie wie w co się pakuje. Może to i lepiej. Gdyby wiedział za nic w świecie nie zechciałby zostać głównym bohaterem książki tego psychopaty (Panie King, kocham Pana). Wraca nie tylko dlatego, ze usycha z tęsknoty za miejscem tak wspaniałym i cudownym jak Salem (sarkazm, nie tęskni), ale też dlatego, że.. po pierwsze, pisze nową książkę, której miasteczko ma być jednym z głównym bohaterów, po drugie.. dom Martensów. Dom Martensów, w którym mąż brutalni zabił żonę a później siebie. Dom Martensów, w którym Ben jako mały chłopiec znalazł coś przerażającego. Dom Martensów, który w pewnym sensie (ale tylko w pewnym sensie) żyje własnym życiem.. dom, który przyciąga zło.

Jak wspomniałam nieco wyżej, bałam się, że King trochę przekoloryzuje. Z reguły jego powieści, szczególnie te opisywane jako straszne, balansują na tej krawędzi śmieszności i straszności, na szczęście raczej nie przekraczając tej delikatnej granicy. Miałam już w rękach książki, w których pisał o duchach, starych cmentarzach, złu w źle, telekinezie.. wszystko to było po części straszne same w sobie, bo realne. Dlatego kiedy zorientowałam się, że tym razem przyszło mi się zmierzyć z wampirami oblały mnie zimne poty. Nie dlatego, że wampiry mnie przerażają. Właśnie wręcz przeciwnie.. też mam za sobą etap podkochiwania się w Edwardzie, nie myślcie, że nie (chociaż może lepiej byłoby dla mnie gdybyście ciągle żyli w nieświadomości) i dlatego trochę spanikowałam. Na szczęście King to bydlak i już chyba nigdy nie pomyślę o wampirach jako o słodkich, pięknych, dobrych istotach. Wiecie co to oznacza? King nie przekoloryzował. Mógł, ale nie był nawet blisko tego. Był bezwzględny, polała się krew, zapadła cisza. Życie książkoholika bywa okrutne,

Nie będę nikogo okłamywać. Przeczytałam tą książkę, ponieważ zostałam do tego psychicznie zmuszona (pozdrawiamy z tego miejsca Konrada, jak się masz?). Dowiedziałam się, że nie mam prawa sięgnąć po następną część Mrocznej Wieży (jednej z najlepszych serii jakie miałam w swoich czytelniczych rączkach) dopóki nie przeczytam 'Miasteczka Salem'. Po takiej groźbie, jak się domyślacie, nie miałam wyjścia i w końcu przeczytałam tą nieszczęsną książkę o wampirach, która jest prawdopodobnie najlepszą książką o wampirach jaką miałam w rękach. Nie dyskredytując 'Zmierzchu', który w swoim czasie też był najlepszą książką o wampirach jaką czytałam (młoda byłam, głupia). Chociaż może jest jedną z najlepszych, nie można zapominać o 'Draculi' bo się Stoker obrazi.

To już prawie koniec tego wspaniałego tekstu. Powiem wam jedną, niezaprzeczalnie najprawdziwszą prawdę.. uwielbiam.. kocham Kinga. Nie tyle za jego powieści (chociaż też), co za sposób w jaki te powieści przekazuje. Czasami, na początku, trudno mi wejść w jego historię, ale jak już się to stanie.. przepadam. Znikam. Nie ma mnie dla świata. To wspaniałe i przerażające jednocześnie. King to człowiek słowa i grzesznikiem byłby ten, kto zabroniłby mu to słowo do niecnych celów wykorzystywać.

Stephen King, Miasteczko Salem, Wydawnictwo Prószyński i S-ka

czwartek, 12 stycznia 2017

TBR na najbliższe trzy miesiące.

Koniec roku, początek roku.. nadszedł ten czas kiedy zostawiamy wszystkie swoje porażki i nieprzeczytane książki za sobą, patrząc z nadzieją w oczach w czytelniczą przyszłość. Trochę koloryzuję i się droczę, ale dla mnie ostatni rok był czytelniczo średni. Niestety. Dlatego też nie myślę już o tym co było i z zapałem pochłaniam kolejne strony.. BO TYLE JESZCZE KSIĄŻEK ZOSTAŁO DO PRZECZYTANIA.

Mój plan jest prosty (też się dziwię, że go mam): przeczytać wszystkie nieprzeczytane książki z moich półek i ograniczyć kupowanie nowych. Muszę się wam przyznać, że nie jest tak źle.. mam około 70 nieprzeczytanych książek i zapał, żeby zminimalizować tą liczbę do minimum. Myślę, że 10 nieprzeczytanych książek mnie zadowoli (w końcu każdy książkoholik jakiś zapas musi mieć). Na najbliższe trzy miesiące wybrałam 30 książek. Nie wiem czy uda mi się przeczytać wszystko co zaplanowałam, a wręcz jestem pewna, że w międzyczasie wszystko zmieni się diametralnie, ale to tylko plany. Moje życie od tego nie zależy, więc jak zawsze podchodzę do wszystkiego z przymrużeniem oka.

Trzydziestka zawiera dziewiętnaście książek, które posiadam, dziesięć, których jeszcze nie posiadam (w tym dwie planuję przeczytać w języku angielskim) oraz jedną niespodziankę. Takie małe szaleństwo gdyby pojawiła się jakaś wydawnicza niespodzianka. Stwierdziłam, że będę robić TBRy co trzy miesiące bo cóż.. bo tak. A oto zwycięzcy najbliższych trzech miesięcy:


Oraz cuda, których jeszcze nie posiadam:


Jakie są wasze plany czytelnicze na najbliższy miesiąc? I jak wam minął rok 2016? Jakikolwiek by nie był, życzę wam przeczytania jeszcze większej ilości fantastycznych powieści w tym roku:)