czwartek, 14 grudnia 2017

Złota skóra, Carla Montero

Wstyd się przyznać jak długo ta książka leżała na półce nieprzeczytana (3? 4 lata?). Jeszcze większy wstyd kiedy pomyślę, że była to powieść, którą naprawdę chciałam przeczytać. Później stała się kolejną, za którą wezmę się po przeczytaniu tej, tamtej i następnej. W końcu o niej zapomniałam. Została zakopana pod stertą innych książek. Również nieprzeczytanych. Taki właśnie ze mnie wzorowy czytelnik.


Kiedy byłam małą dziewczynką chciałam zostać malarką. Cóż.. w wieku siedmiu lat radziłam sobie całkiem nieźle, teraz to już inna historia. Mój zapał do malowania skończył się jakiś czas po odkryciu bogactw biblioteki. Jednak od czasu do czasu wracałam do malowania, tak długo jak mój zapał i chęci całkowicie nie wygasły. Teraz jedynie oglądam. I czytam.

Mówię wam to dlatego, że był to jeden z głównych powodów, dla których chciałam przeczytać 'Złotą Skórę'. To i początek XX wieku. I jeszcze Wiedeń. I sztuka.

Montero stworzyła historię lepszą niż się spodziewałam, a wierzcie mi na słowo, spodziewałam się naprawdę wiele. Osadzenie akcji w intrygującym czasie i miejscu, w zachwycającym towarzystwie i kulturze, było strzałem w dziesiątkę. Ta książka nie wciąga, ona pochłania nas bez reszty. Czytając ją przenosimy się do innego świata, poznajemy jego nawet najciemniejsze strony, widzimy zepsucie, ale też człowieczeństwo. Widzimy jak często pieniądze to nie wszystko, ale zdecydowanie wystarczająco dużo. Możemy się przekonać na własnej skórze jak osoby będące wzorcami dla innych, okazują się kimś kogo nie znamy. Jak ludzie stwarzają pozory, tylko po to żeby ukryć ich prawdziwą naturę. Cierpienie.

Autorka gra z nami w kotka i myszkę. Podaje nam potencjalnych zabójców na tacy, chce żebyśmy myśleli, że wiemy wszystko.. ale czy na pewno? Czy zawsze wszystko co jest oczywiste, jest takie naprawdę? Czy ludzie są nieomylni? Montero udowadnia nam, że nie wszystko złoto co się świeci. Nie każdy dobry jest taki naprawdę. Nie każdy zły na zewnątrz, jest taki w środku. Co więcej, nie rzuca wyzwania tylko nam, ale też swoim bohaterom. Wodzi ich za nos, pokazuje rozwiązania, które są tak oczywiste, że muszą być prawdziwe. Z drugiej strony, wskazuje palcem jak oczarowanie kimś może zamydlić oczy. Jak bardzo wypieramy ewentualne oskarżenia tylko dlatego, że nie chcemy żeby były prawdziwe. Pozostaje jednak pytanie.. czy są prawdziwe?

Żałuję kilku rzeczy. Jedną z nich jest to, że tak długo zwlekałam z przeczytaniem tej powieści. Drugą, że 'Złota Skóra' nie jest wielkości encyklopedii. Trzecią, że nie mam pod ręką innych książek tej autorki, bo bardzo teraz tego potrzebuję, ale na mojej półce jest tyle nieprzeczytanych maleństw, że wielkim grzechem będzie kupowanie kolejnych tylko po to żeby zasilały szeregi moich ignorowanych żołnierzy. Możecie jednak być pewni pojawienia się nazwiska tej autorki po raz kolejny już niedługo. Jej historia jest oryginalna, styl nieprzesadzony, a umysł genialny, biorąc pod uwagę jak beztrosko potrafi wprowadzić niemały zamęt. Czytając tą książkę zakochiwałam się powoli, stopniowo, w końcu dając się zauroczyć. Jeśli macie ją na swojej półce wstydu, nie zwlekajcie dłużej. Nie warto czekać.

wtorek, 5 grudnia 2017

Stephen King i Richard Chizmar, Pudełko z guzikami Gwendy

Z natury podchodzę sceptycznie do wszelkiego rodzaju współprac dotyczących pisania książek (tak długo jak nie są to zbiory opowiadań). Być może dlatego, że nie rozumiem jak taka współpraca między dwoma, często zupełnie różnymi autorami, wygląda. Poza tym, pisanie książek to trochę przelewanie swojej duszy na papier, coś intymnego, niekoniecznie wymagającego wtrącania się duszy numer dwa. Nie ukrywam też faktu, że jestem paskudnym introwertykiem, więc to niezrozumienie jest chyba, cóż, w pewnym sensie zrozumiałe. Przyznam jednak oficjalnie, że King wiedział co robi. Pan Chizmar również (dzięki tej książce dowiedziałam się o jego istnieniu, nic nie sugeruję).


Gwendy to zwyczajna dziewczyna, która pewnego dnia spotyka niezwyczajnego mężczyznę. Niezwyczajny mężczyzna daje jej tajemnicze drewniane pudełko z kilkoma guzikami i dwoma dźwigienkami. Pan w kapeluszu mówi Gwendy, że będzie wiedzieć do czego służą i Gwendy wie.

Istnieje spore prawdopodobieństwo, że to najkrótsza powieść Kinga, którą miałam w rękach. Żadnej jego książki nie przeczytałam w przeciągu dwóch godzin i nie spodziewałam się, że coś takiego kiedykolwiek się wydarzy.. a tu proszę. Niektóre jego opowiadania bywają dłuższe. Absolutnie nie narzekam, bo to jedna z moich ulubionych historii tego roku. Poza tym, przy moim wracaniu do czytania takie maluchy cenię nawet bardziej. A przy okazji.. wydana jest cudownie. 

To pierwsza kolaboracja Kinga z innym autorem jaką miałam okazję przeczytać. Nie wiedziałam co z tego wyniknie, trochę się bałam, trochę byłam niepewna, ale przyznaję z ręką na sercu, że to małe cudo. Co prawda skończyła się za szybko jak na Kinga (z jego normalnym tempem pewnie akcja byłaby jakieś 300 stron przed nami), ale może to właśnie cały urok tej historii? Bezpośredniość, nieowijanie w bawełnę, szybka akcja i przeskoki czasowe. I mimo tego niedosytu, tego dziwnego poczucia pustki po zakończeniu, była to lektura więcej niż dobra, więcej niż wciągająca. To ten rodzaj książki, którą kończy się za pierwszym podejściem, nie tylko ze względu na ilość stron. Historia Gwendy was pochłonie bo jest najzwyczajniej w świecie znakomitą lekturą na zimowy wieczór. A przynajmniej jego część.

Historia jaką stworzyli ci dwaj autorzy może stać się jedną z tych ponadczasowych książek, które w pewnym momencie każdy będzie znał lub chociaż o niej słyszał. Nie dlatego, że jest wybitnym arcydziełem. Tak po prawdzie nie każdy klasyk jest wybitnym dziełem znakomitego autora. Ta książka ma po prostu w sobie coś, czego ja się nie spodziewałam. Myślałam, że będzie zła, a to prawdopodobnie jedna z najlepszych historii jakie przeczytałam w tym roku (pominę fakt, że niewiele w tym roku przeczytałam). Jest intrygująca, zahacza o temat władzy niemal absolutnej, zmusza nas do zastanowienia się co my sami byśmy zrobili mając takie pudełko i dlaczego byłby to okropny pomysł. Rozumiecie do czego dążę? King często powtarza, że jego książki nie mają drugiego dna, ale jak ktoś się uprze, zawsze coś tam znajdzie po drugiej stronie, a ja jestem upartym człowiekiem.

To jedna z tych książek Kinga (a właściwie z udziałem Kinga), którą każdy może przeczytać. Tak naprawdę nieważne czy go lubicie, czy nie. W tej książce King jest Kingiem, i nie jest Kingiem. Być może to zasługa Chizmar'a. Może ich współpraca działała na zasadzie wzajemnego powstrzymywania się od tradycyjnego rozpisywania na 330 stron samego wprowadzenia. Być może King chciał spróbować czegoś nowego.. a może po prostu usiedli i napisali krótką, zwięzłą historię, która spodobała im się na tyle, żeby ją wydać. Na nasze szczęście to właśnie zrobili. Na nasze szczęście nie jest to kolejna powieść, która trafia do szuflady nieprzeczytana. Na wasze szczęście to historia, którą najpewniej polubicie nawet nie przepadając za Kingiem.. a to już niemal magia. 

sobota, 2 grudnia 2017

Confess, Colleen Hoover.

Nikt nie pisze o miłości tak jak Colleen Hoover. Niech dowodem będzie fakt, że jest jedyną autorką romansów, po którą sięgam przynajmniej raz do roku (w moim wypadku to naprawdę często). Nie lubię książek z tego gatunku, ale Pani Hoover.. och.. ach.. jej książki to zawsze emocjonalna huśtawka, którą ja z całego serca doceniam. Tak więc, napiszę o jej książce raz jeszcze i wiem, że niektórzy z Was docenią tą małą odskocznie od Kinga.


Auburn i Owen. Dwójka młodych ludzi, których życie nie należy do najłatwiejszych (jak to często w książkach Hoover bywa). Oboje stracili kogoś zbyt szybko.. oboje za wcześnie musieli dorosnąć. Kiedy ich ścieżki się przecinają w drzwiach galerii (która nie do końca jest galerią, ale to nie istotne) wiemy jak to się skończy, nie wiemy jednak w jaki sposób.. nie znamy ich tajemnic, nie wiemy zbyt wiele o ich przeszłości.. na nasze szczęście. Nie można dostawać wszystkiego na tacy.

Za każdym razem kiedy sięgam po książkę Hoover, wiem, że historia będzie absurdalnie dobra. Ta kobieta ma największy, ze wszystkich autorów powieści romantycznych, talent to wyciskania łez życiowymi historiami, których bohaterowie zazwyczaj mają pod górkę (albo mieli). Tak przynajmniej myślę, w końcu mniej więcej od czasów podstawówki wyrzekam się niemal wszystkiego co z typową literaturą romantyczną ma coś wspólnego. Jednak ja nie o tym..

Zacznę od tego co w książkach Hoover denerwuje mnie najbardziej, i niestety 'Confess' nie było wyjątkiem. Mimo mojego naprawdę dużego szacunku dla niej jako niesamowitej autorki, kreatorki życiowych powieści, mistrzyni wyciskania łez i niebanalnej romantyczki, nie mogę zignorować faktu, że postacie męskie pisane z jej perspektywy są bardzo.. kobiece. Sposób zachowania, myślenia, czasami nawet mówienia jest aż nazbyt zniewieściały, przesadny, przesłodzony.. wiem, że to książki pisane przez kobietę, i wiem, że to powieści romantyczne, i wiem, że się czepiam, ale to tylko moja mała uwaga, bo naprawdę nie mam się czego przyczepić (nawet nie mam na to ochoty). Nie zrozumcie mnie źle.. pokochałam Owena tak jak większość bohaterów męskich stworzonych przez tą panią. Jednak gdybym miała wskazać nad czym JA SAMA bym popracowała będąc Hoover, to właśnie kreacja naszych miłych, łamiących serca czytelniczek na całym świecie, panów.

Książki Hoover to magia. 'Confess' to magia. Nie będę nawet udawać, że nie płakałam, bo to byłoby bardzo nieprzekonywujące kłamstwo. Zastanawiam się czy są osoby, które czytając tą powieść nie poczuły ucisku w brzuchu? Nie uroniły chociaż jednej, malutkiej łzy? Jesteście tam? Bo jeśli tak, zdradźcie mi wasz sekret. Ja ryczałam jak bóbr, ale to dobrze. Książki są od emocji. Tych dobrych, i tych złych. Tych łamiących serce, i tych podnoszących na duchu. Hoover nas łamie, ale nie martwcie się.. robi to tylko po to żeby udowodnić, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być lepiej.

'Confess' to książka o przeznaczeniu, bez względu na to czy w nie wierzycie, czy nie. To historia o walce, o wysiłku, który trzeba włożyć, jeśli nam na czymś (lub na kimś) naprawdę zależy. To historia o tragicznej i 'nie-tak-tragicznej' miłości. O upadkach i o wzlotach. O tym, że nie wszystko jest takie, jak się może wydawać. To kolejna doskonała powieść Hoover. Kolejna, po którą warto sięgnąć. Tak naprawdę nawet zniewieściałe momenty bohaterów męskich są nieistotne.. bo Hoover to magia na scenie powieści romantycznych. Koniec wygadywania głupot.